RSS
piątek, 28 lutego 2014

   A może jedno i drugie? Nie wiem. W każdym razie całkiem niedawno doszedłem do niezwykle przyjemnej konstatacji, że – ja również posiadam władzę! Oczywiście moja jest niezmiernie ograniczona – sprowadza się bowiem jedynie do kartki papieru i długopisu, niemniej, mimo że nie fizyczna, wyszło mi, że to też jednak władza. Jakaś. Choćby tylko intelektualna, bo pozostająca jedynie w obszarze literatury, ale jest. W myśl zresztą słów pewnego klasyka, który zwykł mawiać: „Nie z tego świata moje królestwo”, czy jakoś tak podobnie.

   Zatem, na tej same zasadzie co królestwo wyżej rzeczonego, ja również mam władzę! Tyle, że pozostaje ona przede wszystkim umowna. Bo to władza jedynie w zakresie literackim. I tylko w tym obszarze. Tworząc bowiem bohatera, dając mu tym samym życie, wyposażam go w pewne cechy, stawiam przed konkretnymi wyborami, stwarzam jego wewnętrzny świat, mikrokosmos myśli, które również znajdują swoje odzwierciedlenie w słowach i działaniach. Krótko mówiąc – jestem jego bogiem!

   Zapewne dla wielu to władza marna, nie warta nawet komentarza. Mnie ona jednak zadowala. W pełni i zdecydowanie. Powołanie kogoś do życia – choćby tylko literackiego, to też pewnego rodzaju „cud stworzenia”! Nowe życie, działanie, wybory, decyzje, dialogi, to świat, w którym niepodzielnie rządzę, świat, w którym tylko ja mam władzę! Władzę realną w nierzeczywistym świecie!

      28.02.2014 r.

12:51, adelmelua
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 27 lutego 2014

    Dzisiejsze wpisy pochodzą ze stycznia 1993 roku. Nie będę ich jednak rozdzielał, ponieważ w zasadzie świetnie się wzajemnie uzupełniają – tym bardziej, że oba dzieli od siebie dokładnie dwa i pół tygodnia od momentu powstania. Więc również czasowo pozostają wobec siebie niezwykle zbieżne.

    „Tak sobie myślę, że gdyby nasi szanowni politycy, którzy wymagają dla siebie szacunku od narodu, sami siebie wzajemnie szanowali, nie zacietrzewiali się podczas pierwszej lepszej dyskusji, gdyby byli o wiele lepiej przygotowani na krytykę – nie krytykanctwo, ale rzetelną krytykę, to może wówczas mogliby dużo więcej wyciągnąć zarówno dla siebie samych z tych krytycznych uwag kierowanych pod ich adresem. Gdyby potrafili dostrzec w „Kabareciku” Olgi Lipińskiej siebie i swoje niepoważne cechy, nabzdyczone miny, nieprzystające do ich funkcji słowa czy gesty, słowem – gdyby widzieli i słyszeli siebie i swoje prostackie zachowania, może wówczas zrozumieliby, że pewnych rzeczy najzwyczajniej w świecie nie wypada im nie tylko robić, ale w ogóle nawet mówić! Będąc bowiem częścią społeczeństwa, którego pozostają reprezentacją w parlamencie i w imieniu którego pełnią władzę ustawodawczą, zobligowani są w pierwszym rzędzie do jego poszanowania i respektowania, ponieważ nie znajdują się poza prawem, które uchwalają. Kogo jak kogo, ale właśnie ich przestrzeganie tego prawa w sposób szczególny zobowiązuje!

    Ich zachowanie nie tylko już nawet nie jest naganne i niewłaściwe, ono pozostaje najzwyczajniej w świecie nierzadko zwyczajnie chamskie i żenujące. Szczególnie dotyczy to tych tzw. >zapomnianych< polityków, którzy nie mogąc się z tym stanem rzeczy pogodzić, próbują siebie niejako wskrzesić przy pomocy obelg, pomówień i insynuacji na publicznej scenie naszego życia. Próbują ponownie w jakiś sposób zaistnieć. A że każdy sposób prowadzący do celu jest dobry, wiec mamy to, co mamy.

   Ostatnio popis takiego właśnie chamskiego wręcz zachowania dał lider Porozumienia Centrum Jarosław Kaczyński w marszu na Belweder, podczas którego skandowano hasła: Bolek do Moskwy!, oraz: Towarzysz Bolek, wynocha do Tworek!. Mnie, oprócz niesmaku całej tej sytuacji, pozostała jedna smutna refleksja: im mniejszy bożek, tym łacniej łaknie krwi. Chociaż doskonale zdaję sobie sprawę, że słowo >bożek< zostało tutaj przeze mnie mocno nadużyte. Powinienem raczej napisać – popłuczyny bożka. Taki to bowiem bożek naszej sceny politycznej.

   Oj, nie udali nam się politycy, stanowczo nie udali. Co gorsza, nie tylko oni – wielu duszpasterzy również ma problem ze sobą. Na czele zresztą z ks. prymasem J. Glempem, który zalicza takie wtopy swoimi wypowiedziami, że lepiej by było gdyby milczał i tylko ładnie wyglądał. Tyle – przynajmniej ja – od niego oczekuję, niczego więcej. Gdyby był kobietą, z którą żyję, powiedziałbym: leż i pachnij, kochanie, a już będzie pięknie!”:)

    P.S.

   Wiem, trochę seksistowsko zabrzmiało to ostatnie zdanie, ale mam nadzieję, że będzie mi jednak wybaczone.

      27.02.2014 r.

12:16, adelmelua
Link Dodaj komentarz »
środa, 26 lutego 2014

   Obejrzałem wszystkie filmy W. Smarzowskiego i, niestety, jestem niezmiernie przygnębiony. Oczywiście nie poziomem tych filmów, bo ten oceniam bardzo wysoko, a raczej tym, że tak fatalnie wyglądamy w jego filmach jako naród. Diagnoza z nich wypada wręcz zatrważająco!

   Wychodzi bowiem na to, że bez względu na czasy – czy mamy do czynienia z przygnębiającą peerelowską rzeczywistością (Dom zły), czy współczesną Polską prawie ćwierć wieku po zmianach ustrojowych (Wesele czy Drogówka), to lustro podstawione nam przed twarz przez W. Smarzowskiego ukazuje ryja zapyziałego kombinatora, umoczonego w różnego rodzaju układziki i zależności, a także tych, którzy mając duże pieniądze, pociągają za odpowiednie sznurki. I chociaż już dawno wyrosłem z wiary w czystość ludzkich działań i mam świadomość, że współczesny świat może wyglądać równie makabrycznie tu, jak i tam, to chyba zawsze w sposób szczególny przeraża własne podwórko. Bo zwykle jest tak, że bardziej i dojmująco boli to, co nas bezpośrednio dotyczy tu i teraz.

   Żeby dopełnić reszty obrazu dodam coś, co napisałem 05.01.1993 roku w swoim kajecie, a co, tak myślę, w jakiś sposób pozostaje kompatybilne z tym, z czym mamy do czynienia dzisiaj.

   „Ogłoszono konkurs na sztukę o jednoczącej się Europie. To, że chciałbym ją napisać wydaje się naturalne. Jest jednak pewien problem. Nie wiem, czy powinienem pisać o tym, co jest i co widzę, czy raczej to, czego nie ma, a co chciałbym czy też pragnę, żeby było. Bo to, niestety, dwa skrajne podejścia, które niezwykle odmiennie determinują treść.

   Oczywiście o wiele łatwiej pisze się o pragnieniach, niż o tym, co się widzi i co nas otacza. Nierzadko bowiem widok opisywanych spraw jest nie do przetrawienia. Tym bardziej, że jaka może być mowa o jednoczącej się Europie, gdy widzę następujące obrazki:

   – zarówno wwóz jak i wywóz broni, narkotyków, szkodliwych substancji, różnego rodzaju odpadów itd., itp.;

   – nielegalny handel tzw. „żywym towarem”. On również istnieje tam, naturalnie, rzecz jednak w tym, że później, obawiam się, przybierze na tyle duże rozmiary, iż znajdzie się poza wszelką kontrolą;

   – potencjalna eskalacja terroryzmu;

   – nielegalny wywóz dzieł sztuki, kradzionych samochodów itp.;

   – nasilenie się afer gospodarczych;

   – zagrożenie stabilności gospodarczej niektórych państw, a tym samym również ich waluty.

  Zagrożeń oczywiście może być i zapewne jest więcej. Być może niektóre z wyżej wymienionych przeze mnie są wyolbrzymione. Na usprawiedliwienie mam jedynie to, że piszę je z pozycji laika, czyli zwykłego obserwatora, który nie bazuje na jakichś tajnych materiałach, a jedynie na tym, co przeczyta w gazetach, obejrzy w TV, czy wysłucha w radiu, a następnie wyciągnie jakieś tam wnioski. Dlatego mogę się mylić w swojej ocenie. Czy się jednak mylę, pokaże czas. Dzisiaj tak właśnie to widzę.”

   Od momentu skreślenia tych słów, upłynęło dwadzieścia jeden lat. Ile z tego się sprawdziło, a ile pozostało jedynie moim wymysłem, łatwo sprawdzić.

      26.02.2014 r.

13:08, adelmelua
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 25 lutego 2014

   To, że władza deprawuje, a władza absolutna deprawuje absolutnie, wiemy chyba niemal wszyscy. Pytanie kluczowe, jakie się tutaj pojawia, brzmi: Dlaczego tak się dzieje?

  Odpowiedź, myślę, jest w zasadzie prosta: oprócz zaspokojenia ambicji i pozornej bezkarności rządzącego i świadomości, że ktoś taki może zrobić niemal wszystko, tzn. dużo więcej niż przeciętny obywatel, jest jeszcze coś, mianowicie – wydzielający się w takiej sytuacji hormon przyjemności, czyli endorfina, a także dopamina – hormon szczęścia. Innymi słowy władza, to w zasadzie nic innego, jak uzależniający narkotyk. Dlatego tak trudno jest z niej dobrowolnie zrezygnować.

   Pisząc 19. lutego o Ukrainie zasugerowałem, że wyjściem z tej sytuacji, w jakiej znalazło się to państwo, jest bunt części oddziałów milicji i przechodzenie ich na stronę protestujących na Majdanie. Nie wiem, czy wyprorokowałem czy też „wykrakałem” takie rozwiązanie, niemniej rozwój takiego właśnie scenariusza stał się faktem. Najpierw zbuntowały się oddziały milicji we Lwowie, potem Stanisławowie, a następnie w Tarnopolu i… poszło. Dzisiaj Ukraina, za ogromną cenę życia około stu niewinnych ofiar, wraca do normalności.

   Dobrze, że zakończył się horror Majdanu, dobrze, że padła kolejna bastylia i kolejny bandyta został odsunięty od władzy. Ale to tylko jedna strona medalu, drugą – przynajmniej dla mnie – jest coraz większe rozwarstwienie pomiędzy tymi, którzy posiadają coraz większe bogactwa, a tymi, którzy na te bogactwa niewielkiej grupy posiadaczy pracują. Dlatego nie sposób nie pomyśleć w tym momencie również o… Polsce.

  Dzisiaj jest tak, że świat, dzięki coraz lepszej technice, skurczył nam się niemiłosiernie. Dzisiaj o wydarzeniach w każdym zakątku naszego świata wiemy chwilę po tym, jak tylko się one dokonały. Bunty, których byliśmy świadkami w ostatnim czasie w Libii, Egipcie, Syrii czy na Ukrainie mówią w zasadzie o jednym: że bezkarność rządzących skończyła się, a bunt obywateli przeciwko władzy, powstanie z klęczek jakiegokolwiek społeczeństwa może dokonać się z dnia na dzień. Wszędzie – tak w Rosji czy w Polsce, jak i w Chinach, Francji czy Grecji. W niektórych miejscach zapewne z większymi oporami, z większą ilością ofiar, jednak bunt społeczeństw jest na dłuższą metę nie do zatrzymania.

  Powodów wymówienia posłuszeństwa rządzącym dzisiaj nie jest zbyt wiele. Jeden podstawowy pozostaje w zasadzie jednak od lat bez zmian: to brak pracy i wynikająca z tego tytułu bieda i brak perspektyw na przyszłość. Szczególnie jest to dotkliwe, gdy dotyczy młodych ludzi, którzy dopiero wchodzą w swoje życie, a już niejako stoją na straconej pozycji.

   Na szczęście dzisiaj skrzyknąć się poprzez internetowe komunikatory to nic trudnego – nie trzeba żadnej wielkiej podbudowy logistycznej. Wszystko dzieje się spontanicznie na bazie powszechnej euforii. Oczywiście konsekwencje takiego stanu są zarówno pozytywne, jak i negatywne. Jedno wszak jest pewne: taki ruch niezwykle trudno powstrzymać, jeżeli już znalazł swoje koło zamachowe.

   Dlatego, myślę, ostatnie wydarzenia powinny szczególnie uzmysłowić politykom, nie tylko tym z naszego podwórka zresztą, że władza dana przez społeczeństwo nie została im oddana raz na zawsze i dożywotnio; że ich działaniom nie powinny przyświecać jedynie prywatne interesiki, ale przede wszystkim interes ogólny milionów obywateli społeczeństwa, którego, tak się złożyło, są reprezentantami. Jeżeli tego nie zrozumieją na czas, jestem pewien, że nadjedzie taki dzień, w którym rachunek za ich rządy zostanie im wystawiony. Tyle tylko, że ten będzie należał do tych niespłacalnych, ponieważ wystawiającym go będzie wówczas rozemocjonowany tłum, który, jako niekontrolowana i niesterowalna siła, będzie działać na zasadzie tsunami – zmiecie wszystko, co napotka na swojej drodze.

        25.02.2014 r.

12:07, adelmelua
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 24 lutego 2014

   Tydzień temu teatr telewizji przedstawił sztukę, zatytułowaną Kolacja na cztery ręce. Świetną zresztą! Ja jednak nie będę o niej pisał, przytoczę tutaj dzisiaj to, co napisałem 21. lat temu na temat sztuki H. Pintera Powrót do domu.

  „W zasadzie aktorstwo pomijam, bo ono, jak zwykle zresztą w naszym teatrze, jest bardzo dobre, ze świetnym Mariuszem Dmochowskim na czele w roli Maxa – ojca. To, co istotne tutaj i co mnie intryguje najbardziej, to oczywiście treść. A ta nasunęła mi trzy refleksje.

  Pierwsza to taka, że mężczyźni to skończeni dranie i zwyrodnialcy! I tego w sztuce jest aż nadto. Druga refleksja jest taka, że kobiety, bezsprzecznie jak jeden mąż, a właściwie jak jedna żona, to dziwki i w ogóle nic dobrego. Słowem – jakby kurewstwo miały zakodowane w swoich genach. I tego w sztuce również nie brakowało. Ostatnia refleksja, i tego, niestety, brakowało mi najbardziej w niniejszym przedstawieniu, to totalny wręcz brak wiary w człowieka, w tę lepszą stronę jego natury. Wniosek? Niestety, wszystko razem tworzy przygnębiające wrażenie i sprawia, że człowiek po obejrzeniu tego spektaklu może czuć się najzwyczajniej w świecie podle. Oczywiście może się tak czuć pod jednym warunkiem: gdy w taką wizję człowieka uwierzy. Na szczęście nie musi tego robić, bo świat przecież taki nie jest.

   Nie jest, prawda?”

      24.02.2014 r.

05:49, adelmelua
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 23 lutego 2014

   Zastanawialiście się kiedyś nad tym, czy jest coś, co w jakiś sposób łączyło ze sobą i łączy nadal wielu wodzów, przywódców religijnych, trybunów ludowych? Ja, przyznam, zastanawiałem się, i to nawet często, i doszedłem do wniosku, że to, co ich łączy, to wspólne charakterologiczne cechy. Oczywiście, nic odkrywczego, myślę jednak, że warte zwrócenia uwagi.

   Ktoś może powiedzieć: „Też mi wiadomość! Przecież wszyscy ludzie mają jakieś tam wspólne cechy, więc ci również”. Odpowiadam: Jak najbardziej! Tyle tylko, że przywódców religijnych od pozostałych ludzi z ww. dwóch grup różni dodatkowo jeszcze coś: ci pierwsi walczą zwykle za pomocą słowa, a nie zbrojnego czynu. Stąd wnioskuję, że w ich horoskopach urodzeniowych dominują zapewne inne planety niż np. wojowniczy Mars. Więcej jest, tak myślę, tych ugodowych i skłonnych do kompromisu. Chociaż zapewne i tutaj nie brakuje również i tych, które niezwykle mocno determinują stanowczy charakter ludzi.

   Oczywiście, to nic odkrywczego. W końcu niejako normalnym jest to, że ludzie dokonujący podbojów militarnych, albo np. odkryć naukowych czy geograficznych, mają podobne cechy. Mnie w tym kontekście zastanawia coś innego, mianowicie – jeżeli przyjmiemy, iż są to cechy wspólne, to co je determinuje i odpowiada za to, że akurat u tych ludzi one występują w sposób jakby zintensyfikowany?

   Jako że zawsze interesowała mnie bardziej przyczyna niż skutek naszych działań i różnego rodzaju zjawisk, więc i tutaj chciałem znaleźć jej źródło. I wyszło mi, że tym czymś są cechy tożsame ze znakiem zodiaku, czyli takim usytuowaniem planet, które odpowiadają za charakter danego osobnika.

  Naturalnie wielu wykpi taki punkt widzenia, inni każą mi się puknąć w czoło, wymownie zataczając palcem wskazującym na nim kółko, dając tym samym do zrozumienia, że mam po prostu fisia, czyli zwykłe fiksum dyrdum.

   Nie wiem, być może będą mieli rację. Ja jednak twardo będę obstawał przy swoim: wpływ planet na życie każdego z nas jest dla mnie ewidentny! Na tej samej zasadzie, na jakiej dzieje się to w przypadku takiej gwiazdy jak słońce, czy ziemskiego satelity księżyca. Przyjmować wpływ jednych, a odrzucać drugich, to co najmniej podejście nielogiczne.

   Wiemy, że Jan Chrzciciel urodził się 24 czerwca, czyli na przełomie dwóch znaków – raka i bliźniąt; że tacy ludzie jak Indira Gandhi (19 listopada), Nelson Mandela (18 lipca), Hitler (20 kwietnia), Lenin (22 kwietnia), Aleksander Wielki (19/20 lipca), Stalin (18 grudnia), i wielu innych z Kim Dzong Ilem (16 lutego) na czele również przychodzili na świat na ich przełomie. Jeszcze inni, np. marszałkowie Napoleona, czy przywódcy, jak Kim Ir Sen (baran), A. Kwaśniewski (skorpion), czy M. Thatcher (waga), Indira Gandhi (skorpion) i W. Putin (waga), czy w końcu sam Napoleon (lew) albo trybuni ludowi jak Lech Wałęsa (waga) również rodzili się w znakach niezwykle walecznych. Nie znaczny to jednak, że w tych znakach nie pojawiali się reformatorzy religijni. Oczywiście że się pojawiali, jak choćby Marcin Luter (skorpion), Kalwin czy współczesny nam Dalajlama – obaj spod raka. Mnie w tym kontekście intryguje szczególnie jedna postać – Jezus z Nazaretu. Ten, który zwiastował nadejście „ery ryb”, mające Go symbolizować, a które, paradoksalnie, zamiast pokoju i miłości, zwiastowały raczej przez wiele wieków nienawiść, krew, a w końcu ostatecznie śmierć.

    To, co wiemy na Jego temat (Ewangelia św. Mateusza), to to, że przyszedł na świat jeszcze wówczas, gdy żył Herod. A jako że ten umarł w 4. roku p.n.e., więc tym samym Jezus również musiał już w tym czasie żyć (rzeź niewiniątek). Wychodzi więc na to, że Jezus zawisł na krzyżu nie w wieku 33., 34., czy 35 lat, ale co najmniej w wieku 37!, jeżeli jeszcze nie później. Zatem, kiedy, tak naprawdę, zdarzenie to, tak ważne dla milionów ludzi, miało miejsce?

    Według Ewangelii św. Łukasza narodziny Nazareńczyka mogły mieć miejsce w 6. lub 7. roku p.n.e. Wówczas został przeprowadzony spis ludności przez ówczesnego legata rzymskiego w Syrii, którym w tym czasie był Kwiryniusz. Mamy zatem rozpiętość dwóch-trzech lat, tzn. Jezus przyszedł na świat pomiędzy 7. a 4. rokiem p.n.e.. Stąd wynika konstatacja, że data grudniowa z całą pewnością jest niczym innym, jak tylko zwykłą bujdą na resorach, która pojawiła się zresztą, jako skutek przejęcia jej z wierzeń perskich o bogu Mitrze.

   Jeżeli przyjąć, że w legendzie o trzech królach jest źdźbło prawdy, to znaczy, że tzw. gwiazda betlejemska, którą była zapewne kometa, informuje nas, że jego przyjście na świat mogło nastąpić w 6 roku p.n.e., co z kolei, myślę, mógłby w miarę „łatwo” i prosto udowodnić horoskop astrologiczny postawiony Jezusowi. Jakby na to nie spojrzeć, odpowiedź, jeżeli oczywiście istnieje, pozostaje jedynie w rękach wytrawnych astrologów.

  Reasumując: W zasadzie pewne cechy określające przywódców religijnych, trybunów ludowych, czy również wodzów, występują w sposób szczególnie zintensyfikowany u ludzi urodzonych w znaku wagi, skorpiona lub barana, a także i tych, przychodzących na świat na przełomie dwóch znaków. W tym ostatnim przypadku dzieje się zapewne tak dlatego, że mamy wówczas do czynienia z zachwianiem pewnej symetryczności oddziaływania planet, dzięki czemu znacznie trudniej przyporządkować „kogoś” pewnemu zbiorowemu opisowi, o wiele trudniej zaklasyfikować „kogoś” do jakiejś konkretnej grupy. Że pominę tutaj jeszcze inny przypadek – dotyczący bliźniąt, czego doskonałym przykładem może być nasze podwórko i bracia Kaczyńscy.

       23.02.2014 r.

11:54, adelmelua
Link Dodaj komentarz »
sobota, 22 lutego 2014

    We wrześniu 21 lat temu telewizja polska przez trzy kolejne  wieczory emitowała nakręcony rok wcześniej film dokumentalny o Tadeuszu Łomnickim. Film spowiedź. Zapewne niepełną, ale nawet księdzu nie mówi się wszystkiego, więc czegóż wymagać, gdy przychodzi zwrócić się do całej Polski jako swojego spowiednika? Negliż doskonały, totalne odkrycie i pozbawienie siebie tym samym niezbędnej człowiekowi intymności.

    Dzisiaj przytoczę to, co wówczas napisałem po obejrzeniu powyższego filmu.

   Pytań w tym filmie nie było, tzn. nie padały na ekranie. W kadrze był tylko On – bohater tego przedstawienia, Jego monolog i czujne oko kamery. Aktor mówił jasno, klarownie i zajmująco. A że miał dużo do powiedzenia i wiele interesujących rzeczy, więc słuchałem Go zachłannie, jakbym chciał co najmniej zatrzymać film – Jego życie, cofnąć czas, wskrzesić Go!

   Niestety, byłem bezsilny. Oglądałem więc dalej. I w miarę upływu czasu moje wrażenie przeradzało się w pewność, że aktorstwo, kreacja, pewne ruchy, gesty sceniczne weszły w Niego tak głęboko, iż w zasadzie można powiedzieć, że znalazły się w jego krwiobiegu, były z nim tożsame. Mówił i zachowywał się przed kamerą tak, jakby tracił kontrolę nad tym, gdzie przebiega ta delikatna nić oddzielająca teatr od życia. Miałem nieodparte wrażenie, że dla Niego jedno stało się drugim, drugie wtopiło się w pierwsze. Powtarzam jednak – „jakby tracił kontrolę”, w rzeczywistości bowiem był tego rozdziału pomiędzy realnym życiem a sceną niezmiernie świadomy!

    Być może i chciałby, aby tak właśnie się stało – żeby jedno wniknęło w drugie, tworząc w ten sposób jedność. Niestety, życie nie jest plastycznym materiałem dającym się „obrabiać” niczym plastelina w dłoniach, czy też tekst na scenie. Jego życie również takim materiałem nie było. Teatr, oczywiście, może być czyimś życiem, życie jednak już teatrem stać się nie może. A przynajmniej nie powinno! Obie bowiem formy istnieją w sobie, wzajemnie się przenikają, naprzemiennie uczestniczą w swoich „gierkach”, jednak bez cienia wątpliwości różnią się od siebie w sposób zdecydowany i nie podlegający dyskusji. Bo o ile teatr ma uchwycić, oczywiście w pewnym zawężonym zakresie, całość naszej egzystencji, o tyle życie taką właśnie całością pozostaje! I jako całość, dziejąca się w danym czasie i okolicznościach, nie podlega żadnej redukcji. W odróżnieniu od sceny. Tutaj rzeczywistość musi podlegać ustawicznym obróbkom, ulegać ciągłemu ograniczeniu. A im ono większe w swoim formacie, ostateczne, tym teatr zyskuje w swoich wymiarach, w swojej wymowie.

   Tadeusz Łomnicki taki teatr tworzył – nie tylko odtwarzał, co istotne, ale właśnie tworzył! Żył nim, żył w nim, z takim teatrem się utożsamiał!

       22.02.2014 r.

12:17, adelmelua
Link Dodaj komentarz »
piątek, 21 lutego 2014

   Wiele lat temu, dokładnie w lutym 1993 roku obejrzałem pewien dokument zatytułowany „Oblicza śmierci” („Faces of Death”). Traktował on o różnych rodzajach śmierci, różnych okolicznościach jej pojawiania się, a także o naszych zachowaniach w jej obliczu.

   Dokument jak dokument – mimo że to gatunek sztuki najbliższy życiu, to samym życiem jeszcze przecież nie jest. Niemniej niezmiernie mnie poruszył i zmusił, po raz enty zresztą, do zastanowienia się nad złożonością ludzkiej natury, nad miałkością i kruchością naszego bytu, a także nad jego istotą, drogą i celem. Poza tym skłonił mnie on również do postawienia sobie pytania: Gdzie się zaczyna człowieczeństwo, a gdzie ono kończy? I czy rzeczywiście człowiek może być – powinien być! – dumny z samego faktu bycia nim?

    Niestety, tak jak wówczas, gdy byłem młodym człowiekiem i miałem spore wątpliwości co do tego, tak i dzisiaj, po dwudziestu latach, owe wątpliwości nie zniknęły. Jest znacznie gorzej – one nie tylko że nadal są, istnieją, dzisiaj wzmocniły się jeszcze bardziej!

    I nie chodzi tylko o to, co dzisiaj rozgrywa się na Ukrainie, ale o wiele miejsc, w których mieliśmy do czynienia z realizacją podobnego scenariusza. Wcześniej bowiem była krwawiąca Chorwacja, Srebrenica i Sarajewo, czy sprawa Kosowa, a wszystko to w środku Europy końca XX wieku! Poza Europą również nie brakowało i nadal nie brakuje zbrojnych konfliktów: Rwanda, Somalia, Kurdystan, Irak, Afganistan i tak dalej, i tak dalej. Właściwie bez końca.

   Głód, chłód i okaleczenia, a w końcu i śmierć, to oczywiście niezwykle trudno gojące się rany w świadomości ludzi pod każdą długością i szerokością geograficzną świata. Być może nawet nie do wyleczenia, albowiem wszystko to bardzo silnie związane jest z człowiekiem, z tą gorszą stroną jego natury, wiec tym samym nie do zdławienia w nim, nie do zneutralizowania.

   Dlatego patrząc dzisiaj na zarzewie ognia, jakie jest na Ukrainie, które z czasem może ogarnąć większą część świata, zastanawiam się, czy naprawdę jesteśmy bezradni w obliczu takich wydarzeń? Czy nie mamy skutecznych metod przeciwdziałania efektom zniszczenia, a właściwie samozniszczenia? Czy naprawdę politycy w obliczu śmierci wielu niewinnych ofiar, zwykłych obywateli jakiegoś państwa, pozostają bezradni? Czy naprawdę polityczni reprezentanci swoich obywateli nie dysponują żadnymi skutecznymi narzędziami politycznymi, które mogłyby przywrócić pokój i spokój? I co takiego musi się stać, żeby w końcu dotarło do niektórych, że walka, bezwzględna wojna na dłuższą metę nic nie daje, niczego nie rozwiązuje, niczego pozytywnego na trwałe nie przynosi? Czy naprawdę pozostaje nam tylko i jedynie zwątpienie w mądrość i rozsądek człowieka?

    Nie wiem, naturalnie, jak będzie wyglądała trzecia wojna światowa – mogę sobie jedynie próbować ją wyobrazić. Dożyć jej już bym jednak nie chciał. Wiem za to, jak wygląda nigdy nie wypowiedziana trzecia wojna światowa. To wojna pełzająca dzień po dniu, tydzień po tygodniu, miesiąc po miesiącu, rok po roku. To stan permanentnych działań zbrojnych w różnych częściach świata, między innymi takich właśnie, z jakimi mamy do czynienia na Ukrainie.

        21.02.2014 r.

10:56, adelmelua
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 20 lutego 2014

   Komunizm padł. Co prawda istnieją jeszcze pewne enklawy – państwa, które maniakalnie trwają przy tym ustroju, ale one również już dawno przegrały. Tylko ich przywódcy nie chcą przyjąć tego do wiadomości i pogodzić się z rzeczywistością, więc nadal próbują ją zaklinać.

   To, że tak musiało się stać, w zasadzie żadna niespodzianka. W końcu powyższa ideologia popełniła jeden podstawowy, za to główny grzech nie do wybaczenia: wystąpiła przeciwko ludzkiej naturze, obiecując gruszki na wierzbie. To znaczy obiecując ustrój oparty na równości i sprawiedliwości społecznej. Cel sam w sobie jak najbardziej szczytny i szlachetny, tylko przyklasnąć. Rzecz jednak w tym, że sprawiedliwie nie znaczy jeszcze po równo, więc po równo oczywiście nie było! Ci bowiem, którzy mieli decydować o takim podziale, przygotowani do tego w żaden sposób nie byli. Stąd naturalne wypaczenia i przerażające zbrodnie.

   To, co według mnie stanęło na przeszkodzie, aby nie tyle czysty komunizm, co szybciej socjalizm się sprawdził, to przede wszystkim zbagatelizowanie jednej rzeczy: nie dokonano uprzedniego przygotowania gruntu, tzn. nie zadbano należycie o tzw. „podglebie”, którym – według mnie – powinna być wyższa świadomość całego społeczeństwa, mającego korzystać z dobrodziejstwa tegoż ustroju. Im bowiem owa świadomość obywateli wyższa, tym wprowadzanie różnego rodzaju egzystencjalnych eksperymentów obciążone jest mniejszym ryzykiem odrzucenia, co automatycznie zwiększa szanse na finalny sukces. Tutaj stało się na odwrót: świadomość społeczeństwa była żadna, a ci, którzy ów ustrój najlepszy z najlepszych wprowadzali, okazali się na równi cwaniakami, sadystami, a także, co najgorsze, również zbrodniarzami. Z takiego konglomeratu, niestety, ale końcowy wynik mógł wyjść w zasadzie tylko jeden: totalna porażka! Innymi słowy rzecz ujmując idea komunizmu została wręcz makabrycznie zdeformowana już u swojego źródła.

   Można pisać o tym wiele, roztrząsać, kto, jak, dlaczego, czy po co? Mnie jednak nie interesuje to, kto tego dokonał – bo to wszyscy wiemy – i kiedy żyjący jeszcze przywódcy w państwach tzw. dyktatury proletariatu zostaną obaleni, mnie intryguje co innego: Czy niniejsza ideologia przegrała definitywnie raz i na zawsze? Czy już nigdy się nie odrodzi w innych okolicznościach, w innym, sprzyjającym jej czasie?

   W zasadzie mógłbym odpowiedzieć sobie od razu na tak postawione pytanie, nic łatwiejszego: Oczywiście, komunizm, występując niejako przeciwko ludzkiej naturze, musiał przegrać! A to dlatego, że Stalin czy Lenin i im podobni: jak Mao Zedong, czy Kim Ir Sen, z naszym B. Bierutem na czele – niezwykle skutecznie ukręcili łeb niniejszej doktrynie politycznej. Ich następcy natomiast zamiast dokonać gwałtownej operacji, zdecydowali się jedynie na delikatny retusz, który trwał latami i nie mógł w konsekwencji przynieść spodziewanych pozytywnych efektów. Stąd finał był oczywisty i do przewidzenia: totalny blamaż. Ale że historia lubi się powtarzać, z tą jednak różnicą że w innych historycznych okolicznościach, więc podejrzewam, że i w tym zakresie moda retro może wrócić i powyższą ideologię reaktywować. W końcu dopóki piłka w grze, tzn. dopóki toczy się życie, każdy końcowy wynik jest możliwy. Zatem…

  Właśnie, czy zatem jest, istnieje taki system polityczny, ideologia, która rzeczywiście mogłaby być podłożem do wymarzonego ustroju, odpowiadającym ludzkim aspiracjom? Oczywiście że nie! Tak jak kapitalizm nim nie jest i jakakolwiek forma dyktatury również – niezależnie zresztą od koloru munduru. A nie jest, ponieważ tak naprawdę wszystko zależne jest nie od nazwy danego ustroju i jego ideologii, lecz przede wszystkim od świadomości społeczeństwa! Im wyższa jego świadomość, tym większa szansa na stworzenie państwa idealnego, z jak najmniejszą ilością wypaczeń. Stąd wynika moje ogromne pragnienie wprowadzenia obowiązkowych lekcji etyki – i to już od najmłodszych lat. Tylko ona bowiem jest w stanie skutecznie wychować „nowego” człowieka i zmienić nasze społeczeństwo. Zresztą, nie tylko nasze, ale w ogóle całą ludzkość!

        20. 02.2014 r.

06:01, adelmelua
Link Dodaj komentarz »
środa, 19 lutego 2014

   Protest części społeczeństwa w Kijowie, mimo kilkudziesięciu już ofiar na Majdanie, trwa nadal. I najgorsze, że trwać będzie i nadal będą ofiary. Czy jest jakaś nadzieja zakończenia tego wewnętrznego konfliktu? Zawsze jest, ponieważ, jak wiemy, nadzieja umiera ostatnia. Pytanie tylko, czy obie strony są nim zainteresowane?

   Jeżeli ktoś miał jeszcze jakieś wątpliwości co do W. Janukowicza, to ostatnie wydarzenia, myślę, ukazały wyraźnie jego twarz. To jednoznacznie twarz mordercy, którego nie interesuje Ukraina i jej społeczeństwo, on jest zainteresowany przede wszystkim władzą i utrzymaniem jej w swoich rękach za wszelką cenę. Nawet za cenę życia swoich obywateli. Co jest zresztą logiczne i „normalne”. Wszędzie bowiem na całym świecie taka twarz wygląda podobnie. Tak samo wyglądała zarówno w przypadku S. Husajna, M. Kadafiego, czy H. Mubaraka, jak i wielu, bardzo wielu innych autorytarnych przywódców.

   Rozmowy? Oczywiście! Tylko że tych nie będzie. Bo o ile opozycja chciałaby ich, o tyle rządzący nie są do nich przygotowani. Poważne rozmowy bowiem, to nie zwykła pogaducha przy stoliku, to przede wszystkim propozycje. Ale takie do przyjęcia przez drugą stronę. Niestety, taką rozmową W. Janukowycz nigdy nie był i nadal nie jest zainteresowany. Poza tym jak rozmawiać z mordercą? O czym? Dlatego myślę, że żadnych rozmów w obecnej konfiguracji politycznej nie będzie!

    Czy jest zatem jakieś rozsądne wyjście z tej wydawałoby się patowej sytuacji? Ono zawsze jest i w każdych warunkach. A przynajmniej powinno być. W tym konkretnym usytuowaniu widzę jedno wyjście: milicja musi przede wszystkim zaprzestać wykonywania rozkazów swoich przełożonych. Nie mówię, że wszystkie oddziały powinny to zrobić jak na komendę. Ale jakaś ich część na pewno. Na tyle jednak powinna to być znacząca ilość, aby ten ruch zmusił W. Janukowycza do zaprzestania eskalacji konfliktu. W innym przypadku krew będzie się lała dalej. Gdy ten warunek zostanie spełniony nastanie czas na rozmowy. Ale nie z W. Janukowiczem. Z mordercami się nie rozmawia, morderców się sądzi i umieszcza w więzieniu. Miejsce prezydenta Ukrainy jest właśnie tam. Najlepiej w sąsiedniej celi, w której siedzi była premier J. Tymoszenko.

   Przyznam, że innej sensownej drogi nie widzę. Każda inna bowiem, to porażka obu stron konfliktu. Powyższe rozwiązanie natomiast, jestem pewien, pozwoliłoby obu stronom wyjść z obecnego klinczu z tzw. twarzą.

      19.02.2014 r.

09:16, adelmelua
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2 , 3
O autorze
więcej: www.kiler.blox.pl kontakt: czaplinski@tlen.pl