RSS
niedziela, 31 stycznia 2016

Mówi się, że Polska była tzw. przedmurzem chrześcijaństwa w Europie, powstrzymując przez wieki inwazję islamu w postaci najazdów tureckich. Również w latach 20-tych ubiegłego stulecia kraj nasz stał się murem dla inwazji bolszewików, na którym rozbiła sobie ryj czerwona rewolucja. Oba zagrożenia, mimo że skrajnie różne, łączyła jedna wspólna cecha: ich wschodnie pochodzenie.

Dzisiaj mamy do czynienia z podobnym zagrożeniem, tyle, że dokonywanym już nie za pomocą miecza czy karabinu, a w sposób pokojowy poprzez niekontrolowany napływ do Europy wyznawców Allacha. Dla Polski sytuacja zmieniła się w tym momencie o tyle, że powyższe zagrożenie pochodzi już nie ze wschodu, a od strony zachodniej, tak jakby nagle z dnia na dzień nasz kraj zmienił swoje geograficzne położenie. Tylko że nic w naszym położeniu się nie zmieniło, przemianie uległy jedynie polityczne uwarunkowania. Ściślej chodzi o to, że dzisiaj historia kolonialna, a także polityka społeczeństwa multikulturowego wystawia słony rachunek wielu państwom europejskim, w tym również tym, które z kolonializmem nie miały w ogóle nic wspólnego.

Niestety, jako że tzw. cywilizowany świat przespał właściwy moment na rozwiązanie problemu, jakim w pewnym momencie stał się Bliski Wschód, mamy w konsekwencji związany z tym potężny ból głowy. Dlatego pytanie, jakie należy tutaj postawić, brzmi: Czy naprawdę ów dylemat jest nie do rozwiązania?

Myślę, mimo przespania najlepszego momentu na rozwiązanie tego problemu, że nadal jest szansa na wyjście z tej sytuacji. Rzecz w tym, że potrzebne są mocne i zdecydowane posunięcia. To, co należałoby przede wszystkim zrobić, to jedną  podstawową rzecz: zacząć w końcu wyciągać konsekwencje, poprzez na przykład nałożenie gospodarczych sankcji, wobec państw, które umożliwiają w sposób zupełnie niekontrolowany wypływ dziesiątkom kutrów, stateczków, czy łodzi z uchodźcami na pokładach w kierunku Europy. Przy czym, co zrozumiałe, należałoby tutaj owe państwa finansowo wspomóc. Gdyby to okazało się niewystarczające, powinno się zapełnić dwa/trzy samoloty uchodźcami i odtransportować ich do miejsc, skąd wyruszyli na podbój starego kontynentu. Poza wszystkim oczywiście należałoby zacząć w końcu rozwiązywać ów problem na miejscu – na Bliskim Wschodzie. Jak? To już zadanie dla polityków, wielkich tego świata.

Proste? Jak najbardziej. Drastyczne? Oczywiście. Chociaż to również kwestia interpretacji. Wiem tylko tyle, że dopóki tak się nie zareaguje, problem ów będzie ustawicznie narastał, a exodus nie będzie miał końca jeszcze przez bardzo długi czas. Uchodźcy muszą w końcu natrafić na mur, poprzez który zostanie wysłany jasny sygnał do wszystkich, zarówno organizatorów tych nielegalnych transportów, jak i do samych zainteresowanych, czyli imigrantów, a także tych państw, na terenie których ci ostatni przebywają, że Europa ma już dosyć! Czarka empatii, uprzejmości, wyrozumiałości przelała się. Gdy tego nie zrobimy, zachowamy status quo, jedno będzie pewne: zatrważające dopiero nadejdzie. Za jakiś czas, jako efekt dzisiejszego europejskiego zaniechania.

31.01.2016 r.

20:28, adelmelua
Link Dodaj komentarz »
sobota, 30 stycznia 2016

To, co różni J. Kaczyńskiego od D. Tuska, to przede wszystkim polityczna wizja kraju. O ile ten ostatni takiej wizji nie posiadał w ogóle, dlatego rządy jego ugrupowania były nijakie, permanentnie nastawione jedynie na przetrwanie (czytaj: utrzymanie władzy), o tyle ten pierwszy, nie powiem że od zawsze, z całą jednak pewnością od dawna, miał ustalony porządek rzeczy i plan, według którego Polska powinna podążać. Rzecz w tym, czy ów pomysł był i jest na tyle dobry, żeby nie mieć żadnych wątpliwości i zacząć go popierać, czy raczej pozostaje on jednak dla nas o wiele bardziej niebezpieczny w swoich konsekwencjach, niż wieloletnie miałkie rządy PO i PSL.

W naszej, nie tyle polskiej, ile w historii ludzkości w ogóle, wizjonerów było od cholery i ciut-ciut, dzięki którym z reguły narody, którym owi mędrcy przewodzili, nie kończyły zbyt dobrze. Więcej – z reguły kończyły one źle, albo bardzo źle! Wszyscy oni bowiem próbowali z różnym skutkiem realizować swoje chore plany. Jarosław Kaczyński, jako nieodrodny syn poprzedniego systemu politycznego, a także wierny potomek autokratycznych rządów, również posiada własną wizję narodu – chorą, ułomną, nie przystającą do współczesnej rzeczywistości, niemniej ją ma! Problem w tym, że dzisiaj społeczeństwa już nie można wychować na własną modłę – naród to nie plastelina. Dzisiaj świat rządzi się zupełnie innymi prawami niż jeszcze pół wieku temu. Dzisiaj, bez względu na to, co sobie uroi w tej swojej biednej główce pan prezes, efekt jego poczynań będzie taki, że zostanie on – bo przecież nie premierka – zmuszony do ogłoszenia ustami pani B. Szydło, pod warunkiem naturalnie, że nadal będzie ona jeszcze premierem, terminu wcześniejszych wyborów. Te z kolei będą o tyle kluczowe, że PiS z kretesem je przerżnie, w wyniku czego straci władzę. Na nasze szczęście w tym konkretnym kontekście utraci ją tym razem nie tylko na cztery czy osiem lat, on ją utraci na zawsze! Z dwóch powodów, pierwszy – jako że nikt nie jest wieczny, więc tym samym pan prezes również; drugi zaś odnosi się do sposobu sprawowania przez PiS władzy, gdzie kłamstwo, pomówienia i podłe insynuacje odgrywają główną rolę. A na takich elementach daleko zajechać się nie da. Uprawianie bowiem polityki na bazie tego, co w człowieku niskie, niegodziwe i podłe jest na dłuższą metę skazane na porażkę.

To, że PiS posiada dzisiaj pełnię władzy, to efekt wielu kostek domina, z których najistotniejsze to: ośmioletnia buńczuczna polityka koalicji PO/PSL nie licząca się w ogóle z głosem społeczeństwa; fatalnie prowadzona kampania prezydencka B. Komorowskiego; zbyt długi podział na lewicy, a także szereg beznadziejnych decyzji podjętych przez rząd L. Millera w latach 2001 – 2005. Oczywiście są jeszcze inne, ale te wymienione przeze mnie, pozostają najistotniejsze. Dlatego może nam nie być żal ostatnich rządów PO i PSL, SLD i całej reszty Lewicy, a także prezydenta B. Komorowskiego, gorzej, że największą cenę za ich fatalne decyzje płacimy dzisiaj my, nie politycy, ale właśnie my – społeczeństwo!

Na szczęście jest tak, że ludzie w swojej masie jeżeli idą na wybory, to najczęściej glosują poprzez zawartość swoich kieszeni i garnków, z których żywią się całe rodziny; dlatego gdy w krótkim czasie okaże się, że wszystko to, co obiecywał PiS podczas wyborów w sferze socjalnej jest jedynie pustą wydmuszką, co zresztą odczujemy wszyscy na własnej skórze, to wówczas… Cóż, wtedy nie tylko że nastąpi odwrót wielu dotychczasowych zwolenników od Prawa i Sprawiedliwości, co będzie ze wszech miar pozytywne, jestem pewien, że wtedy nastąpi również zradykalizowanie się postaw społecznych i o przyszłości Polski może zadecydować ulica.

Czy takie rozwiązanie będzie złe? Zawsze jest źle, gdy ulica zaczyna decydować o czymkolwiek. Tutaj jednak będzie to o tyle korzystne, że zdecyduje ona o naszej pomyślniejszej przyszłości na zasadzie wyboru mniejszego zła. Dlatego na koniec powiem tak:

– Wybaczy pan, że nie będę klaskał w nagrodę za to, że znika pan z naszej sceny politycznej. Bo, jak dla mnie, robi to pan i tak stanowczo za późno. Na szczęście działanie na szkodę tego narodu wreszcie się skończyło! Teraz najwyższy czas na paciorek, siusiu i spać. Odpoczynek niezwykle dobrze robi. A odpoczynek wieczny robi najlepiej. Zatem papatki! I buziaczki;)))

P.S.

Póki jednak nie doszło jeszcze do zmiany warty i PiS nadal szkodzi Polsce i Polakom, jedno jest pewne: z tym ugrupowaniem należy rozmawiać przy pomocy ich metod: insynuacją, kłamstwem, pomówieniem, chamstwem, krótko mówiąc należy tak postępować, jak Wowka P., A. Łukaszenka, rządzący Chinami, Wenezuelą, Kubą, czy Koreą Północną. Wszędzie tam bowiem mamy do czynienia ze zwykłymi bandytami, tyle że nie ulicznymi, a w garniturach, usankcjonowanymi przez politykę, więc bandytami na tzw. salonach. Ale jako że nie szata zdobi człowieka, więc bandyta nadal pozostaje bandytą – bez względu na ciuch, w jakim paraduje. Tyle.

30.01.2016 r.

09:24, adelmelua
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 28 stycznia 2016

           Scenka 1. Pokój. Półmrok. On i ona w łóżku.

Ona: Nic się nie stało, kochanie. To przejdzie.

On: Przestań! Nie potrzeba mi sztucznej pociechy.

Ona: Nie pocieszam cię. Po prostu uważam, że to jeszcze nie dramat. Nic się takiego nie stało, co miałoby zdecydować o naszej przyszłości. Takie rzeczy się zdarzają. Więcej optymizmu, kochanie.

On: Optymizmu.

Ona: Naturalnie! Mógłbyś na przykład w tym momencie zaśpiewać coś patriotycznego. Jakąś piosenkę…

Scenka 2. Miejsce dowolne.

– Jak noga, boli nadal?

– Jak cholera! Może jakbym kopnął cię w dupę, to by mi przeszło. Jak myślisz?

– A jebnąć ci?

– Po co? Będzie niepotrzebnie bolało. Sam siebie mogę pierdolnąć, pasuje?

– Ostatecznie… Wiesz, takie czasy – mus, więc nie miej do mnie żalu.  I pamiętaj, że zawsze cię lubiłem.

Zakończę ten krótki wpis apelem: Postawicie na mnie w najbliższych wyborach, a ja wam – wy już się nie bójcie! Od kiedy bowiem straciłem nogę nie ma dla mnie rzeczy niemożliwej, każdą załatwiam błyskawicznie  dosłownie na jednej nodze!

            28.01.2016 r.

09:59, adelmelua
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 26 stycznia 2016

Od przejęcia rządów przez PiS robi się w Polsce wszystko, aby to, co zostało wypracowane przez ostatnie ćwierć wieku w systemie prawnym, zanegować, zmienić, obalić, łamiąc przy tym najwyższy akt prawny, jakim jest konstytucja. A jako że należymy od pewnego czasu do grona państw demokratycznych, które zobowiązały się szanować prawny porządek, więc tym samym każde zagrożenie tegoż ładu jest źle odbierane przez państwa członkowskie UE. I z tego właśnie zagrożenia zrodził się cały niepokój dotyczący Polski oraz dyskusja w PE na ten temat i związana z tym obecność tam naszej pani premier.

Podczas owej debaty B. Szydło miała rację, gdy mówiła, że Polacy to dumny naród, który żyje – póki co jeszcze – w wolnym demokratycznym kraju. Od siebie dodam, że owa demokracja, według PiS-u, polegać ma coraz bardziej na tym, że każdy może jeść co chce, pod warunkiem oczywiście, że stać go na to, czego właśnie pragnie; ponadto każdy może pracować, pod warunkiem oczywiście, że ma pracę; oczywiście każdy może również chodzić spać o jakiejkolwiek godzinie, pod warunkiem, że nie cierpi na bezsenność – i tak dalej, i tak dalej.

Czy politycy PiS-u nie wiedzą, czym taki kurs polityczny może się skończyć? Część zapewne nie zdaje sobie sprawy z zagrożeń z tym związanych, ponieważ bez jakichkolwiek wątpliwości przyjmują to, co tu i teraz z wyłączeniem funkcji myślenia perspektywicznego; inna znów część głęboko i bez żadnych zastrzeżeń wierzy w taką właśnie drogę, którą wyznacza im ich polityczny mesjasz  Jarosław Kaczyński; a jeszcze inna część doskonale zdaje sobie sprawę, co się wiąże z pójściem takim traktem, ale są na tyle cyniczni i bezwzględni, że decydują się służyć takiej właśnie władzy i mówić, że białe jest czarne, a czarne jest białe. A robią to z jednego prostego powodu: z chęci wygodnego życia, która jest o wiele silniejsza niż jakakolwiek moralność.

Oczywiście wszyscy wiedzą, dlaczego owa debata się odbyła z udziałem naszej pani premier, oprócz, jak zwykle, przedstawicieli Prawa i Sprawiedliwości. Zaskoczenie? Żadne, gdy słyszy się głosy rządzących, iż funkcjonujące prawo tak naprawdę nigdy nie jest sztywne, ponieważ ponad nim znajduje się dobro narodu! Czy są w  takim postrzeganiu prawa odosobnieni? Oczywiście nie! Czy są prekursorami takiej postawy politycznej? Ależ skądże! Mają świetnych protoplastów. Na przykład w postaci Carla Schmitta, nazistowskiego  prawnika, zwolennika tzw. doktryny decyzjonizmu, która sprowadzała się do twierdzenia, iż: władza nie potrzebuje żadnej kodyfikacji prawnej, ponieważ sama może ustanawiać własny porządek prawny. Oczywiście, dla dobra narodu! Zatem już wiadomo, na kim się wzorują i do czego mogą tak naprawdę dążyć.

Na koniec przytoczę jeszcze taki oto dialog. Ten prawdziwy, jaki miał miejsce w Parlamencie Europejskim, brzmiał nieco inaczej, niemniej jego meritum było mniej więcej właśnie takie jak poniżej. Tego, czego w nim zbrakło, to ostatniej, kończącej kwestii, jaką – według mnie – mógłby z powodzeniem wygłosić G. Verhofstadt.

B. Szydło: Zapewniam państwo, że ani prawa człowieka, ani tym bardziej konstytucja nie są w Polsce łamane.

Guy Verhofstadt: Dobrze, pani premier, w związku z tym mam jedno pytanie: Bez względu na wyrok Komisji Weneckiej, rząd, któremu pani przewodzi, przyjmie go, czy też nie?

B. Szydło: Panie pośle, na pewno z pełną uwagą przyjrzymy się tej decyzji.

G. Verhofstad: Nie jestem pewien, czy padła odpowiedź, dlatego zapytam raz jeszcze, i niech pani powie prosto – tak, albo nie. Tyle po polsku zrozumiem.

B. Szydło: Tak jak powiedziałam – rozpatrzymy bardzo wnikliwie stanowisko Komisji Weneckiej… 

– Rozumiem. Więc twierdzi pani, że w Polsce nic nie zagraża demokracji, konstytucja nie jest łamana, a my tym samym jesteśmy zgrają europejskich idiotów, tak? W ogóle nie rozumiemy, co się dzieje we współczesnym świecie, nie rozumiemy procesów, które mogą zagrażać demokracji i pani zasad tej właśnie demokracji będzie nas uczyć. Brawo, pani premier! Nie wiem tylko, czy takiej buty trzeba się  uczyć, czy wysysa się ją razem z mlekiem pana prezesa pani ugrupowania. Ale rozumiem, że na to pytanie również pani nie odpowie, ponieważ nie ma wytycznych. Za to ja odpowiem tak, jeżeli pani pozwoli, polskim przysłowiem: gadał chłop do obrazu, a obraz ani razu. Niestety, tak się zdarza. Gorzej, że zbyt często. Szczególnie często, gdy miało się pewność rozmowy z ludźmi, a wyszło na to, że spotkało się ze ścianą. Zatem dziękuję pani premier, nie mam więcej pytań. Bo i po co one, skoro odpowiedzi i tak nie padają.

26.01.2016 r.

10:05, adelmelua
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 24 stycznia 2016

Czy to źle życzyć komuś śmierci? Naturalnie, i to bez dwóch zdań! Czy podobnie jednak jest wówczas, gdy nasze złorzeczenia dotyczą osób do szpiku kości niegodziwych i podłych, przez które cierpiały miliony ludzi, jak to miało miejsce choćby w przypadku Hitlera, Stalina, Husajna, Pol Pota, Mao Zedonga, dynastii Kimów w Korei Północnej i wielu, wielu innych, również tych żyjących tu i teraz? Tutaj taki pewien pozytywnej odpowiedzi już bym nie był. Oczywiście, dla wielu byli oni wybrańcami i genialnymi przywódcami swoich narodów, dla większości jednak pozostawali bezwzględnymi dyktatorami, ustawicznie łaknącymi krwi niewinnych ofiar w swoim chorym rytualnym spektaklu.

Naturalnie, dzisiaj również nie brakuje podobnych szaleńców, z tą jednak różnicą, że we współczesnym świecie, na nasze szczęście, mamy znacznie więcej instrumentów niż dawniej, które chronią nas przed szaleństwem jednostek. Najistotniejszą z nich jest bez wątpienia system rozwiązań ustrojowych pod wspólną nazwą – demokracja, która niesie ze sobą zarówno wolność prasy, niezawisłość sądownictwa i prokuratury, jak również służebną rolę policji wobec społeczeństwa, zrywając w ten sposób ze swoją niechlubną historią, kiedy była jedynie aparatem strachu i niekontrolowanej represji na usługach rządzących.

Gdy patrzę na stare filmy dokumentalne i słucham wystąpień Hitlera czy Goebbelsa zastanawiam się, jak takie kreatury mogły trafiać do milionów ludzi ze swoją chorą retoryką. Jednak trafiały! Na tej samej prawdopodobnie zasadzie, na jakiej trafia do Polaków dzisiaj Jarosław Kaczyński. Nie chcę przez to powiedzieć oczywiście, że pan prezes to tego samego pokroju człowiek, jak ci wcześniej przeze mnie wymienieni, zupełnie nie w tym rzecz (chociaż, tak na marginesie, obawiałbym się go równie mocno, jak tych wyżej, gdyby tylko miał nieograniczoną władzę!). Chodzi o to, że wszyscy oni mając już pełnię władzy, niekontrolowaną przez nic i nikogo, pozwalali sobie na takie rzeczy, które w normalnych, demokratycznych warunkach nie tylko że nie byłyby do zrobienia, ale nawet do pomyślenia! A że żaden ustrój polityczny nie jest dany społeczeństwom raz i na zawsze, więc dlatego zastanawiam się nad zagadnieniem postawionym na wstępie. Bo jeżeli naprawdę zachowywać się moralnie, po ludzku i nie życzyć śmierci komuś, kto jest despotą i bezwzględnym bez skrupułów oprawcą, to co zrobić, żeby bardziej lub też mniej krwawego dyktatora się pozbyć? Jak zatrzymać machinę śmierci, którą on był jakiś czas temu, zdobywając pełnię władzy, uruchomił? Czy jednak nie lepiej zabić jednego człowieka, niż godzić się na śmierć wielu w kazamatach tyrana? Czy nie lepiej urwać łeb hydrze zawczasu, niż poniewczasie cierpieć na skutek swojej pobłażliwości?

24.01.2016 r.

08:46, adelmelua
Link Dodaj komentarz »
piątek, 22 stycznia 2016

Dzisiaj w Moskwie spotkali się koledzy po fachu: wiceminister polskiego MSZ i jego odpowiednik w Rosji. Rozmawiali godzinę dłużej niż planowano, w sumie aż cztery! Kilogram czasu, który ciężko wytrzymać, tym bardziej bez zakąski! Ale co tam, czego się nie robi dla ojczyzny!

Więc pogadali sobie panowie, może nawet poklepali przyjaźnie po plecach i – po ptokach! Co dokładnie załatwili, przyznam, nie wiem, pewien jednak jestem jednego: nasza delegacja wymusiła na Rosjanach przyznanie się do tego, że ich śledztwo nie zawiera prawdy na temat katastrofy. Tak przynajmniej obwieścił nasz niezłomny św. Antoś. Brawo, panie ministrze! Aleś pan ich przyszpilił!

Oczywiście Rosjanie nie oddadzą nam wraku prezydenckiego samolotu. A nie zrobią tego dopóty, dopóki mogą tę kartę rozgrywać. W końcu, tak naprawdę, wszyscy wiemy, że żadne rosyjskie śledztwo w tej sprawie się nie toczy. Po prostu wrak ugrzązł w Smoleńsku, bo w pewnym momencie tak postanowiono na Kremlu i tyle. Zapewne w odpowiedzi za głupie pyskówki bohaterskich chłopców z PiS-u pod adresem Rosji.

Co dalej więc z tym fantem? Osobiście oczekuję jednego – wypowiedzenia wojny stronie rosyjskiej przez św. Antosia. W końcu zabito nam prezydenta! A właściwie dwóch, bo przecież i tego, który był nim na uchodźstwie – R. Kaczorowskiego, również. Zamordowano ich zresztą do spółki: Wowka P. i przewodniczący Parlamentu Europejskiego D. Tusk! Dlatego wyjście z tej sytuacji może być tylko takie, o jakim właśnie wyżej napisałem. Wszystkie inne rozwiązania nie uwzględniające zwrócenia nam wraku, będą nie tylko zdradą polskiej racji stanu, one będą również, co gorsza, przyznaniem się albo do tchórzostwa, albo do wprowadzania z premedytacją od pięciu lat polskiego społeczeństwa w błąd.

Więc cierpliwie czekam na owoce, po których z całą pewnością ich poznam.

– Bujaj, winner, bujaj!

22.01.2016 r.

18:37, adelmelua
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 21 stycznia 2016

Przedwczoraj odbyła się w Parlamencie Europejskim w Brukseli debata na stanem demokracji w Polsce. Obecna na niej była pani premier B. Szydło, która miała rozwiać wątpliwości, jakie pojawiły się w tym kontekście u wielu europejskich parlamentarzystów. Czy to zrobiła? Oczywiście nie – tym bardziej, że zdarzyło jej się, jak zwykle, bezczelnie kłamać. A zrobiła to nie tylko twierdząc, że konstytucja u nas jest szanowana i nic nie zagraża polskiej demokracji, ale również gdy stwierdziła, że przyjęliśmy milion uchodźców w Ukrainy. Milion! To już nie tylko kłamstwo, to więcej niż szaleństwo!

Jakkolwiek jednak było i cokolwiek w przyszłości jeszcze się wydarzy, wielu twierdzi, że premierka naszego rządu wyszła z tej debaty z tarczą. Pan W. Waszczykowski emocjonalnie stwierdził nawet, że właśnie w Brukseli narodził nam się nowy mąż stanu – Szydło, Beata Szydło! Krótko mówiąc wychodzi na to, że od tej chwili możemy czuć się wreszcie spokojni. A uspokojenie to dały nam słowa premierki naszego rządu, która powiedziała podczas debaty, że u nas wszystko przebiega w jak najlepszym porządku i dlatego niniejsze spotkanie w PE jest nieuprawnione, ponieważ Polska niczym sobie nie zasłużyła, żeby być na cenzurowanym. Jeżeli już powinniśmy o czymś rozmawiać, to przede wszystkim o problemach, które trawią całą Unię, czyli choćby o imigrantach.

Brawo, pani premier! Dzięki pani kłamstwom już się nie boję tego, że Trybunał Konstytucyjny nie będzie funkcjonował tak, jak powinien, czyli że będzie sparaliżowany; nie będę już się martwił o naszą publiczną telewizję, ponieważ będzie ona i tak nasza, bo przecież narodowa!; nie będę się również martwił o służby specjalne, wojsko i sprawiedliwość, bo na ich czele stoją oczywiście pełni zaufania ludzie, którym naród bezapelacyjnie i do końca wierzy! Jest bowiem przecież w końcu tak, że tylko prawda może nas wyzwolić. A tę, jak powszechnie wiadomo, głosi jedynie Prawo i Sprawiedliwość! Tylko ludzie tej partii są w stanie wyzwolić nas od wszystkiego raz i na zawsze. Od samodzielnego myślenia również! Z jednym małym wszak zastrzeżeniem: na samym początku należy nas trochę zniewolić. Ale to zrozumiałe, więc nie ma problemu. Początki przecież zawsze są trudne. Ale damy radę! Prawda, pani premier?

Żeby jednak nie było tak słodko, że aż mdło, dodam łyżeczkę dziegciu do tego miodu z pasieki PiS-u. Otóż politycy tej partii naiwnie sobie myśleli – mam tu na uwadze myśl przewodnią pana prezesa, który oczywiście wyznacza właściwy kurs, podług którego poruszają się wszyscy członkowie tej partii – że Polska jest na tyle samoistną wyspą, iż uda się na naszym podwórku przepchnąć wszystkie niedemokratyczne decyzje bez żadnej reakcji Unii Europejskiej. Na nasze szczęście, przeliczyli się! Okazało się bowiem, że jesteśmy jednak ważną częścią zjednoczonej Europy i nasz los nie jest już obojętny tym, którzy mają na sercu dobro całego kontynentu. Dlatego dzisiaj nie wystarczą już jedynie puste i beznadziejne hasła typu: Polska dla Polaków! Więcej polskości w Polakach! Więcej Chrystusa w mesjaszu Europy – w Polsce! Dzisiaj, na nasze szczęście, należy się liczyć z Europą i jej wspólną polityką. Dzisiaj jakiś zapyziały gość z mentalnością autokraty nie jest już w stanie zrzucić z siebie pewnych zobowiązań, jakie wynikają z przynależności Polski do UE. No, chyba że chce się iść pod prąd. Ale wtedy taka droga będzie równoznaczna z jazdą po równi pochyłej, na końcu której czekał będzie złowrogi napis: wojna domowa! A tego, myślę, nikt przy zdrowych zmysłach by nie chciał. Pytanie tylko: jak wielu ludzi w tej formacji politycznej o której mowa wyżej pozostaje przy zdrowych zmysłach, hm?

21.02.2016 r.

09:39, adelmelua
Link Komentarze (2) »
wtorek, 19 stycznia 2016

Ilekroć oglądam jakiś rozrywkowy muzyczny program, niemal zawsze w każdym z nich słyszę: Ależ jesteś, człowieku, utalentowany! I z jaką potężną charyzmą!; albo: O Boże!, jaki charyzmatyczny młody człowiek! Albo jeszcze inaczej: Nie daj się nikomu znieczulić, jesteś zajebisty, ogromnie charyzmatyczny! – i tak dalej, i tak dalej, ble, ble, ble, aż do wyrzygania.

Przyznam, że nie wiem, czemu takie puste i głupie gadanie ma służyć. Te wszystkie „ochy” i „achy” zwyczajnie irytują i rażą moje uszy! A im więcej owych pustych pochlebstw pada, tym bardziej ów spektakl razi, stając się zwykłą błazenadą. Bo czymże jest owa charyzma?

Z całą pewnością to nie jest coś, co posiada każdy przypadkowy siusiek na scenie; to coś bowiem niezwykle wyjątkowego, a jeżeli tak jest, to znaczy, że nie każdy ów dar od losu posiada. I tak na przykład charyzmę miał Lech Wałęsa; miał ją bez wątpienia Józef Piłsudski; ma ją również, czego by nie powiedzieć o nim niezbyt pochlebnego, Aleksander Kwaśniewski. Żeby jednak posiadał ją od razu jakiś niedouczony dzieciak tylko dlatego, iż wyszedł przed kamery i coś tam zaśpiewał, to albo przejaw powszechnie panującej choroby, która trawi współczesny świat, albo też wynik nadmiernej egzaltacji członków jury, co zresztą na jedno wychodzi. Oczywiście, można mieć osobowość sceniczną, to jednak nie to samo, co charyzma. Charyzmatyczny człowiek bowiem, to ktoś, kogo inni słuchają, że się tak wyrażę, z otwartą gębą! I nie wtedy, kiedy śpiewa, ale gdy przemawia, a jego słowa i sposób ich wypowiadania stwarzają tak magiczną otoczkę, że nie można nie tylko oderwać oczu od mówiącego, ale nawet poszłoby się za tym kimś w ogień, gdyby tylko rzucił takie hasło. I ktoś taki mógłby nawet kłamać, a jednak tłumy uwierzyłyby mu. To jest prawdziwa charyzma! To jest prawdziwa wielkość!

Dzisiaj, pod adresem co drugiego dzieciaka, które znalazło się na scenie artystycznej, padają zbyt często określenia na wyrost, iż posiada on właśnie ową charyzmę. Rzecz w tym, że ci, którzy wypowiadają te słowa, nierzadko mylą charyzmę z czyimś tupetem, nadmierną pewnością siebie, która jest zwykłą bezczelnością, czy też prostacką arogancją. Dlatego ci, którzy używają takich określeń pod czyimkolwiek adresem, powinni dłużej się zastanowić nad tym, po co to robią. Ponieważ z całą pewnością nie przynosi to zysku ani słuchaczom (widzom), ani tym bardziej przyszłym potencjalnym artystom. Takie słowa bowiem niezmiernie boleśnie krzywdzą młodych ludzi już na samym ich starcie do ewentualnej kariery. Zbyt szybko uzależniają od fleszy aparatów fotograficznych, kolorowych okładek różnego rodzaju pisemek i szmatławych gazetek. I wtedy, tak na dobrą sprawę zanim cokolwiek na dobre się zacznie, następuje błyskawiczny koniec z nie mniej bolesnym rozczarowaniem – rozczarowaniem tych, którym wmówiło się zbyt wcześnie ich wyjątkowość i od których oczekiwano zbyt wiele.

19.01.2016 r.

14:55, adelmelua
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 17 stycznia 2016

Ponoć dobrzy ludzie idą do nieba. Ci, którzy nie byli dobrzy, byli np. zwykłymi lub też niezwykłymi kanaliami, ale na łożu śmierci wyspowiadali się i pogodzili z kimś o ksywie Bóg, też powinni się tam znaleźć, ponieważ o to zadbali już katoliccy księża, rabini, albo imamowie – kumple owego Boga. Krótko mówiąc bez względu na jakość naszego żywota wszyscy ludzie trafią do Raju, czy też, jak dla niektórych, Ogrodu, gdzie w dole płyną strumyczki.

Osobiście patrzę na to zdecydowanie inaczej: nie tyle czeka na nas niebo, ile bardziej kosmos. A znajdziemy się tam w momencie, gdy jakaś pieprzona zabłąkana w przestrzeni kosmicznej asteroida przygrzeje bez żadnego zmiłuj w naszą ukochaną matkę Ziemię. Gdy ona tego nie zrobi istnieje realna szansa, że sami to uczynimy, tzn. rozpieprzymy ziemię w drobiazgi własnoręcznie! Albowiem w naturze naszej jest głęboko zakodowany gen zniszczenia i samozagłady. Nie pokojowego współistnienia, ale właśnie totalnej zagłady!

Oczywiście nie wiem, jak ostatecznie nasz ogólnoludzki żywot się skończy, być może ostatecznie nie będzie tak źle, jak napisałem wyżej. W końcu, jak mówią, cuda się zdarzają. Rzecz tylko w tym, że ja, póki co, do tej pory nie widziałem żadnego. Natomiast cudaków głoszących buńczucznie owe banialuki, muszę przyznać, widziałem już i widuję nadal od zatrzęsienia. Od zatrzęsienie ziemi, naturalnie!

Dlatego, w związku z powyższym, mam w zasadzie tylko jedno do zakomunikowania:

W trosce o zdrowie

                     Żeby sobie nie szkodzić,

                     Najlepiej się nie rodzić!

P.S.

Gdyby jednak jakimś cudem, czyli tak naprawdę psim swędem, ktoś się po tym dupnięciu w ziemię uratował, np. jakiś Adam i jakaś Ewa, to mogliby wtedy przeprowadzić między sobą taką oto rozmowę.

Ona: Strasznie nudno…

On: Co mówisz?

Ona: Strasznie mi nudno. Może by tak…

On: Nic nie rozumiem. Mogłabyś powtórzyć – co może by?

Ona: Może zrobilibyśmy coś?

On: Ale co?

Ona: Nie wiem. Gdybym wiedziała, to bym ci przecież powiedziała.

On: Można by pójść na ten przykład.

Ona: Ale gdzie?

On: Choćby tam (wskazuje ręką przed siebie).

Ona: Tam? Po co? Przecież wiadomo, że wszędzie jest tak samo – nic, tylko ruiny.

On: Właśnie. Świetnie będziesz do nich pasować.

Ona: Dobrze się bawisz?

On: Hm?

Ona: Takie głupie gadanie. Bawi cię to?

On: Więc przestań wreszcie gadać, żeby coś zrobić. Bo prawda jest taka, że nie ma nic do zrobienia. Nic! Słyszysz? Wszędzie tylko ruiny i zgliszcza.

Ona: Zawsze jest coś do zrobienia.

On: No, możemy nazbierać na przykład spadów na wino, albo…

Ona: Albo?

On: Albo mogę zrobić ci dziecko.

Ona: Sam je sobie zrób ze sobą. Znalazł się amant – palant!

On: Więc przestań mi truć za uszami, aktorko ze spalonego  teatru, dobra? Jeszcze przyjdzie koza do woza!

Ona: Niedoczekanie, leszczu! Twoje niedoczekanie.

Następnie wstała, otrzepała kurz ze strzępów ubrania i ruszyła przed siebie – w kierunku nieopodal sterczących na horyzoncie ruin. Po co? – nie wiadomo. Na pewno nie po przygodę, niemniej musiała pójść – wymagała tego od niej jej natura: potrzeba zmiany, pragnienie odmiany swojego życia.

17.01.2016 r.

13:48, adelmelua
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 14 stycznia 2016

Człowiek, to brzmi dumnie – powiedział kiedyś Maksym Gorki. Miał zapewne na myśli same wielkie dokonania, szczególnie w obszarze nauki czy sztuki, w moralnym bowiem aspekcie owa duma byłaby raczej mocno nadszarpnięta, a tym samym wątpliwa. Pomijając jednak ów fakt jedno wydaje się tutaj pewne: człowiek w momencie przyjścia na świat jest nieskazitelnie czysty, nie zbrukany żadnym niegodziwym czynem, jest, krótko mówiąc, niezapisaną tablicą. I dopiero wraz z upływem czasu zaczyna ją zapełniać, nierzadko czynami podłymi, złymi i niegodziwymi. Dlatego pytanie zasadnicze, jakie powinno się tutaj pojawić, brzmi: czy tak musi być, czy rzeczywiście nie ma innej drogi dla istoty ludzkiej, jak nierzadko owa podłość, niegodziwość, podstęp i chęć zabijania?

Zapewne dawniej odpowiedź mogłaby brzmieć twierdząco, szczególnie wtedy, gdy przeżycie każdego dnia było kwestią życia i śmierci; gdy warunki egzystencji były skrajnie ekstremalne, a los każdej istoty ludzkiej znaczył niewiele więcej niż splunięcie niezbyt gęstej plwociny. Dzisiaj jednak, gdy żyjemy nierzadko w dobrobycie, gdy ratowanie każdej istoty, nie tylko przecież ludzkiej, jest cechą naszej kultury, gdy nie musimy codziennie walczyć o przetrwanie w taki sposób, w jaki czynili to nasi odlegli antenaci, rzeczywiście musimy niszczyć siebie nawzajem w jakiejś bezsensownej walce nie wiadomo o co?

Człowiek, będąc częścią świata przyrody, bez względu na obszar geograficzny, w jakim przychodzi na świat, rodzi się z natury rzeczy wolny (pomijając naturalnie kraje rządzone w sposób despotyczny). Wolność bowiem jest cechą immanentnie związaną z każdym stworzeniem pojawiającym się na ziemi. Innymi słowy chodzi o to, że człowiek nie rodzi się a priori chrześcijaninem, muzułmaninem, buddystą, czy wyznawcą judaizmu albo hinduizmu, rodzi się przede wszystkim wolny! I dopiero w miarę upływu czasu, nabierania doświadczenia i wiedzy staje się on bardziej lub też mniej świadomym członkiem jakiejś grupy społecznej. Oczywiście, przynależy on do szerszej społeczności charakteryzującej się językiem, wyznaniem, kulturą i tradycją; jest częścią pewnego systemu, jaki panuje w jego kraju, faktem jest jednak również to, iż z natury rzeczy będąc wolnym, dokonuje pewnych wyborów, które sytuują go w jakimś konkretnym położeniu.

I wybiera. I robi to w zasadzie od najmłodszych lat. Tyle tylko, że o ile w wieku szczenięcym jego wybory nie krzywdzą nikogo głęboko i bezpowrotnie, to już wraz z upływem czasu jego możliwości w tym zakresie zmieniają się diametralnie. Wszystko oczywiście zależne jest od bagażu doświadczeń i dokonania w sobie przewartościowania pewnych kwestii, jakie niesie ze sobą nasza egzystencja. Można bowiem np. trwać w zastanych tradycjach, można je również porzucić, ale można równie dobrze przyjąć nowe wartości. Każda z tych postaw oznacza przynależność do jakiejś konkretnej grupy – czy to sportowej, naukowej, religijnej, politycznej, czy też jakiejkolwiek innej, z którą od tego momentu on się identyfikuje i w której odnajduje swoje miejsce. Aktywność bowiem w tym konkretnym obszarze należy wyłącznie do niego. Inną kwestią jest to, czy wybiera właściwie, wybór jednak zawsze należy tylko do niego!

To, co szczególnie w tym zakresie odciska tutaj swoje żywotne piętno na jego życiu, to z całą pewnością wybory polityczne i religijne. Dzieje się tak, ponieważ należą one do płaszczyzn niezwykle silnie polaryzujących nasze życie. Wyraźne bowiem opowiedzenie się tutaj po jednej ze stron skutkuje przyjęciem pozycji – za, przeciw, lub neutralnej w odniesieniu do innych nacji czy grup społecznych.

I tak np., gdy staje on w kontrze do Żydów, zyskuje miano antysemity; gdy to sami robi w odniesieniu do muzułmanów – staje się islamofobem; gdy przyjmie taką samą pozycję w stosunku do Azjatów, czy Afroamerykanów staje się rasista; a stając w kontrze do gejów, lesbijek, transseksualistów, transwestytów itp., itd., staje się człowiekiem nietolerancyjnym. Oczywiście tych podziałów jest znacznie więcej, mnie chodziło jedynie o zasygnalizowanie problemu, że taki podział jest i wynika z takiego a nie innego doświadczenia oraz stanu wiedzy, jakim posługujemy się na co dzień w swoich wyborach i ocenach.

Dlatego wydaje się, że jedyną drogą, jaką powinniśmy pójść, to droga ustawicznego samodoskonalenia się, ustawicznego wewnętrznego rozwoju i edukacji. Tylko ona jest wstanie przybliżyć nas do istoty bytu, tak naszego, jak w ogóle całego wszechświata.

14.01.2016 r.

12:47, adelmelua
Link Komentarze (2) »
 
1 , 2
O autorze
więcej: www.kiler.blox.pl kontakt: czaplinski@tlen.pl