RSS
sobota, 31 stycznia 2015

   Ludzie od zawsze wzajemnie siebie zdradzali, zdradzają i, wychodzi na to, że zdradzać będą, co może być dowodem na immanentnie związaną z naszą naturą poligamiczność. Mimo że mogą być szczęśliwi w związku z jednym partnerem, okazuje się, że nie istnieje w człowieku na tyle zdeterminowana siła, która zniszczyłaby doszczętnie drzemiącą w nim chęć zdrady. Takie postępowanie można oczywiście potępiać, oburzać się na nie, można też akceptować – ja je po prostu rozumiem. Jednak „rozumiem”, nie znaczy „akceptuję”. Ponieważ zdrada dla mnie, to najjaskrawszy przykład nielojalności! Książka G. Plebanek o takim właśnie braku lojalności traktuje.

  Nielegalne związki, to historia młodego małżeństwa Jonathana (Janusza) i Megi (Magdaleny) oraz w bardzo ograniczonym zakresie jego kochanki Andrei. Wszyscy oni są młodzi, piękni, nie cierpiący w zasadzie jakoś dotkliwie na braki finansowe, więc tylko żyć – nie umierać!

   Jonathan – urodzony w Polsce, wychowywany przez matkę w Anglii, znający języki i poruszający się w zachodniej rzeczywistości jak ryba w wodzie, to wrażliwiec, były dziennikarz i jednocześnie autor bajek, a w Brukseli, czyli w miejscu dziania się akcji książki, zajmujący się również dodatkowo kursem kreatywnego pisania; Andrea podobnie: córka czeskich emigrantów, wychowana w Szwecji, dziennikarka, kobieta niezależna, pozostająca w związku z dużo starszym od siebie mężczyzną, Simonem, który jest rozwodnikiem, co nie jest bez znaczenia – przynajmniej dla Andrei; Megi natomiast, to urzędniczka jednej z unijnych komisji, po studiach prawniczych, starająca się o posadę head of unit – cokolwiek to znaczy, świetnie czująca się w brukselskiej rzeczywistości, nie zrywająca jednak kontaktów z krajem. Są jeszcze dzieci – Jonathana i Megi: Antosia i młodszy Tomaszek, dwójka uroczych małych ludzi, bez których Jonathan, z czego z czasem zdaje sobie sprawę, nie wyobraża sobie życia.

    Któregoś dnia ścieżki tych trojga ludzi, dzięki pracy, jaką wykonuje Megi i Simon przecinają się na jednym ze spotkań w unijnym gmachu. Potem… potem jest jak zwykle w życiu: jakieś przypadkowe spotkanie w mieście, od słowa do słowa i… mamy początek romansu. Ale nie zdrada, do jakiej tutaj dochodzi jest najważniejsza, dużo istotniejsze jest to, co w jej wyniku się pojawia: to oczywiście miłość! Czyli od tego momentu mamy do czynienia z klasyką: miłość mężczyzny do dwóch kochających go kobiet.

    Wiadomo, ów uczuciowy węzeł gordyjski musi wcześniej czy później zostać rozwiązany. Jak? Jedno jest pewne: nikt w tej sytuacji nie wyjdzie z tego wewnętrznie bez szwanku. Kto bowiem wpuszcza do swojego intymnego związku trzecią osobę, musi liczyć się z tym, że cierpienie jest nieuniknione. Bo choć miłość jest uczuciem, które często nadaje senes naszemu życiu, to również potrafi być w niesprzyjających warunkach niezmiernie rujnujące. W tym przypadku nie jest inaczej.

    Czegokolwiek nie napisałbym tutaj na temat tej książki, jedno jest pewne: jestem poniekąd w kropce. Niby z pozoru wszystko jest w porządku: język soczysty, narracja wartka, wciągająca, jednak nie wszystko mnie tutaj bezdyskusyjnie przekonuje. Po pierwsze – historia głównych bohaterów jest w zasadzie niedopowiedziana. Naturalnie, można było tak ją zakończyć, jak zrobiła to właśnie G. Plebanek, dla mnie jednak takie zawieszenie jest nie tylko cokolwiek naciągane, ale w ogóle nieprzekonujące. Zdrada bowiem, gdy trzeci uczestnik tego trójkąta już o niej wie, musi mieć jakiś koniec! Tutaj mi go brakuje. W jego miejscu mamy do czynienia z pewnego rodzaju zawieszeniem, próżnią, która, wychodzi na to, jest jak otwarte drzwi do zaproszenia, aby potajemne spotkania kochanków trwały nadal! Po drugie natomiast – kwestia narracji. Myślę, że dużo lepiej byłoby dla książki, gdyby narratorów tej opowieści było trzech: dwoje w pierwszej osobie – Megi i Jonathan, oraz w trzeciej osobie autor. Uważam, że takie rozwiązanie o wiele mocniej zniewalałoby czytelnika. Niestety, tutaj jest inaczej, w wyniku czego już w trakcie lektury powieści odnosiłem wrażenie, że czegoś mi w niej brakuje, czegoś, co jest światem wewnętrznym głównych bohaterów. Oczywiście, on tutaj występuje, jest, istnieje w opisie narratora trzecioosobowego, jednak w pierwszej osobie, jestem tego pewien, oddziaływałby na czytelnika sugestywniej, prawdziwiej, a dzięki temu o wiele bardziej przekonująco. Chociaż niewykluczone, że się mylę. W końcu to tylko moje subiektywne odczucie.

            31.01.2015 r.

09:48, adelmelua
Link Komentarze (2) »
czwartek, 29 stycznia 2015

   1. Nie znam się, na wielu rzeczach się nie znam, ale to mi w ogóle w niczym nie przeszkadza. Fachowcem bowiem od wszystkiego stanę się dopiero po śmierci!

    2. Seks z partnerem, jak wiemy, oczywiście udany seks, jest radością życia! W pojedynkę jednak, to dopiero prawdziwy odjazd!

    3. Dla mnie największym prestidigitatorem na świecie nie jest David Copperfield, ale był nim Rasputin! To, jak nie chciał umrzeć, to największy, według mnie, pokaz magii i jego geniuszu! Gdyby dawniej powszechny był zapis cyfrowy tak jak dzisiaj, czy choćby wideo, to przekonalibyśmy się o tym na własne oczy!

    4. Dlaczego demokracja? To proste: pomimo iż jest ona pełna wad i niedoskonałości, to pozostaje jednocześnie najlepszym – póki co – znanym nam ustrojem, ponieważ wszystko inne to dyktatury – tak prawicowe, lewicowe, jak i teokratyczne. Jej barwa zresztą nie ma tutaj żadnego znaczenia. I właśnie dlatego powinniśmy demokrację szanować, ale też ustawicznie pracować nad jej poprawą. To nasz obowiązek – tak polityków, jak i ich społeczeństw!

     5. Mówi się, że istnieje siedem tysięcy języków. Myślę, że jeżeli istniałoby ich nawet osiem, dziesięć czy piętnaście tysięcy, to zawsze jeden nie zostanie ujęty: język polityków. Osobny, pełen wygibasów i niedopowiedzeń, pustych znaczeń, zakrętasów i umownych znaków, język wyświechtanych frazesów, ale nade wszystko pełen kłamstw i obłudnych komunałów przesiąkniętych cynizmem. Krótko mówiąc to język do wyrzygania, ałeeee!...

   6. Grecy mają nowy rząd. Dziennikarze od razu zauważyli, że nowy premier, szef populistycznej partii SYRIZA, podczas swojego zaprzysiężenia na urząd nie wypowiedział formuły odnoszącej się do Boga. Ja nie widzę w tym nic zdrożnego: w końcu musiałby przysięgać na… Zeusa! Lub, co gorsza, cały panteon bogów zasiadających na Olimpie. Więc chłopina wybrał wyjście salomonowe – udał Greka i  w ogóle nawet słowem nie odniósł się do narodowej mitologii. Brawo, panie Tsipras!:)

         29.01.2015 r.

09:59, adelmelua
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 27 stycznia 2015

    W dawnych czasach, ale wcale nie za górami za lasami, a właśnie tutaj, w Europie, było tak, że światli, otwarci monarchowie trzymali na swoich dworach astrologów, którzy z układu gwiazd próbowali odczytać zarówno zagrożenia, jak również pozytywne fluidy dotyczące ich planowanych przedsięwzięć. Od tamtych czasów minęło wiele lat, nauka niezmiernie się rozwinęła, jednak ludzie nadal w swoich pragnieniach podobni są do swoich protoplastów sprzed wieków i nadal chcą wniknąć w nieznaną materię dotyczącą swojej przyszłości. Stąd zapewne bierze się dzisiaj duża popularność różnego rodzaju przepowiadaczy przyszłości, rozwiewających mroki nieznanego i nieodgadnionego.

   Z usług wróżbitów, astrologów, tarocistów, chiromantów i w ogóle wszelkiego rodzaju jasnowidzów, którzy, tak się wydaje, posiedli umiejętność wniknięcia w jakiś wąski zakres dotyczący przyszłości, korzystają ludzie różnych zawodów – począwszy od sprzątaczek/sprzątaczy czy kucharek/kucharzy, a skończywszy na aktorach/aktorkach, adwokatkach/adwokatach, ludziach biznesu czy polityki. Jednemu to, co usłyszy, sprawdzi się w większym zakresie, drugiemu w ogóle, a jeszcze innemu tylko częściowo. Nie będę wnikał tutaj dlaczego tak się dzieje, bowiem więcej o tym już kiedyś pisałem. Dzisiaj chciałbym jedynie zwrócić uwagę na pewien aspekt – prawidłowość, która wiele, albo w zasadzie niemal wszystko co istotne, mówi o ludziach znajdujących się szczególnie w naszej polityce, czyli o ludziach, od których uzależniony jest w dużym stopniu nasz los i to, jak wygląda nasz kraj.

   Oglądałem niedawno program w telewizji, w którym wystąpiło kilka osób zajmujących się zawodowo odczytywaniem przyszłości. Był tarocista, tarocistka, był również astrolog i jasnowidz, dzisiaj chyba najsłynniejszy w Polsce, Krzysztof Jackowski. Powodem do zainteresowania się tymi osobami były wypowiedzi znanych ludzi polityki (E. Bieńkowska, J. Palikot), którzy przyznali się do korzystania z usług tychże.

    To, co było istotne w krótkich wypowiedziach przepowiadaczy przyszłości, to nawet nie to, kto do nich przychodzi po radę i jakiej oni im jej udzielają, najważniejsze było stwierdzenie K. Jackowskiego, który powiedział o jednej zaskakującej rzeczy, mianowicie – że żaden z polityków nigdy nie zapytał o przyszłość Polski. Byli i są zainteresowani jedynie sobą. Ja! Ja! Ja! No i oczywiście rodzina, co podkreśla nawet w hasłach wyborach Polskie Stronnictwo Ludowe – od lat najwięksi psuje tego kraju.

    Nie wiem, czy tarocista, jasnowidz czy ktokolwiek inny jest w stanie powiedzieć cokolwiek niepodważalnego na temat przyszłości naszego kraju, niemniej fakt pozostaje faktem: nasi politycy zainteresowani są jedynie sobą!

    Czy to dziwne? Zaskakujące? Przyznam, że dla mnie w żadnej mierze: po prostu król był i nadal jest nagi!

            27.01.2015 r.

09:26, adelmelua
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 26 stycznia 2015

    W ubiegłym tygodniu zmarł mój kolega z pracy. Nagle, niespodziewanie. Nie miał nawet czterdziestki. W ostatnich pięciu latach, to już szósty, który nie dobrnął nawet do sześćdziesiątki, a co dopiero mówić o osiągnięciu owej magicznej liczby wyznaczającej emeryturę – 67!

    Ja… ja od początku ubiegłego tygodnia milczałem blogowo, ponieważ chciałem sprawdzić, jak to jest, gdy… gdy jest się martwym – przynajmniej w zakresie literackim. Dzisiaj już wiem. Wiedziałem zresztą już dużo wcześniej. To jest tak, jak w moim opowiadaniu, które napisałem przed stu laty, czyli ćwierć wieku temu, dokładnie 15.01.1990 roku. Oto ono:

                                               Sen prorok 

    Miał sen. Nie był on dobry. Cały dzień o nim myślał i nie mógł się skupić na niczym innym. Było to męczące, tak obezwładniające, że nie mógł nic innego zrobić. Chociaż czuł, że powinien – choćby po to, aby zapomnieć. Ale dzisiaj był zbyt słaby, żeby się temu przeciwstawić, próbować walczyć z tym. A potem, gdy wydawało się, że już nic się nie wydarzy, nadeszła ta wiadomość: Joanna... I wtedy znał już znaczenie snu i znienawidził go ze wszystkich sił jakie w sobie miał. I nienawidził odtąd wszystkie inne potem tak bardzo, że aż bał się zasnąć. I nie spał. Myślał o Niej i o tym wszystkim, co przeszli razem, a co zostało na zawsze w nim. I że już nic się nie wydarzy. Nigdy! Że wszystko zostało powiedziane, a on... on może odejść. O tym wszystkim myślał w owe bezsenne noce i dręczące dnie. Myślał o tym również wtedy, gdy wszedł na taboret, gdy wypowiedział ostatnie słowa w pustce pokoju i gdy po chwili odepchnął go nogami, a on niezdarnie się przewrócił i... Nic się nie wydarzyło – świat trwał nadal! Tylko taboret leżał teraz nieruchomo na podłodze, podczas gdy on szedł do Niej – szedł po najkrótszej drodze na jaką było go stać.

        26.01.2015 r.

05:53, adelmelua
Link Komentarze (3) »
sobota, 17 stycznia 2015

   Jakiś idiota w mundurze przejechał kurę (wersja policji) i zrobił to niczym RAID, który, wiadomo, zabija na śmierć! Później się okazało, że to nie kura tylko kogut, ale dla sprawy, tak naprawdę, to nieistotne. Ważne, że ten debil wystawił właścicielce koguta mandat, a inna kretynka w mundurze, rzeczniczka policji w Biłgoraju, tłumaczyła, że policjant musiał tak postąpić, ponieważ ptak domowy przyczynił się do stworzenia zagrożenia na drodze publicznej. Mandat wyniósł ponad siedemdziesiąt złotych, czyli więcej, niż kosztuje cały żywy kurak! Wiadomo, władza, więc trzeba się z nią liczyć. Tylko co zrobić, gdy władza postępuje głupio, bezsensownie, a przez to i niesprawiedliwie? Przecież w ten sposób państwo traci autorytet!

  Kretynów nie tylko u nas, ale wszędzie, jak wiadomo, nie brakuje, jednak kretyni którzy posiadają władzę są o wiele bardziej groźni niż jakiś tam kretyn mieszkający w naszym sąsiedztwie. Ci na urzędniczych stołkach są groźniejsi, ponieważ ich poczynaniom przyświeca litera prawa!

   Nie pisałbym o tym, gdyby nie jedno „ale”: takich idiotycznych zachowań urzędników państwowych jest, niestety, więcej. Podobnie się działo, gdy straż miejska w pewnej miejscowości wystawiła mandat właścicielowi samochodu, który znajdował się na lawecie. Za co ów mandat? Otóż kierowca jadący lawetą przekroczył dozwoloną prędkość, a że straż miejska nie była w stanie ustalić jego danych, więc komendant owej straży wpadł na genialny pomysł i wymyślił sobie, że ukarze mandatem właściciela lawetowanego samochodu. Normalne? Dla kretynów, jak najbardziej!

   To, że dawniej, w minionym ustroju poruszaliśmy się nierzadko w oparach absurdu, było wiadomo. Świetnie rejestrował to choćby nieodżałowany S. Bareja, czy czasami również S. Tym. Dzisiaj, w demokratycznym świecie wydawałoby się, że aż tak szkodliwi społecznie idioci nie istnieją. Niestety, nie ma tak dobrze – oni są nadal i mają się całkiem nieźle. I, co najgorsze, tak jak dawniej, dzisiaj również posiadają władzę!

   Zastanawiam się, kto dobiera takie kadry funkcjonariuszy czy też urzędników państwowych, czy istnieje tutaj jakiś klucz? Czy dobór następuje przez innych głupków? Czy ci ludzie tacy się rodzą, czy też muszą się przyporządkować do wymagań rzeczonego wyżej klucza? Hm, jak myślicie?

       17.01.2015 r.

16:17, adelmelua
Link Komentarze (3) »
czwartek, 15 stycznia 2015

   1. Człowiek powinien pisać – to nakaz, niejako jego wewnętrzny imperatyw! Oczywiście mowa o człowieku, który ma coś istotnego do przekazania, podzielenia się tym z innymi. Ten, którego mądrość sprowadza się jedynie do opanowania zdolności pisania i nic ponadto, lepiej, żeby milczał. Bo to, że wszyscy sobie o czymś myślą, nie znaczy wcale, że mają coś istotnego do powiedzenia. Wcale nierzadko jest właśnie tak, że lepiej aby milczeli, niż mieli się dzielić ze światem tym, co im hula po głowie. W myśl zresztą bardzo mądrego przysłowia: Mowa jest srebrem, a milczenie złotem.

    Do tych, którzy głęboko wierzą, że mają coś interesującego do przekazania innym, powiem tak: Każda negatywna odpowiedź, jaką kiedykolwiek otrzymacie z jakiegoś wydawnictwa, lub też nie otrzymacie żadnej, co będzie zresztą najwyższą formą lekceważenia, nie powinna nikogo zniechęcać. Są one bowiem niczym innym, jak tylko próbą podważenia w Was wiary w swoje zdolności, w siebie; to jedynie próba zabicia w każdym z Was pragnienia zostania pisarzem/pisarką. Czy będzie to próba skuteczna, zależy od Was samych, Waszej determinacji, uporu, samozaparcia w dotarciu do celu, zwanego po prostu dobrym, szlachetnym pisarstwem. Tyle;

   2. Wyleczenie pacjenta, ale takie gruntowne, czyli przywrócenie go do pełni zdrowia, osiągnięcie homeostazy organizmu, tak naprawdę nie jest pragnieniem i celem przemysłu farmaceutycznego. Właściwie wyleczenie takiego kogoś z choroby przewlekłej – nie daj boże tanimi środkami – jest niewskazane, bo wręcz zabójcze! Zabójcze oczywiście dla przemysłu farmaceutycznego, całej tej korporacji zarządzającej światem leków farmakologicznych. Dożyliśmy bowiem czasów, w których, niestety, wszystko jest biznesem – nawet nasze zdrowie;

    3. My i Rosjanie, mimo że posiadamy wspólny rdzeń – słowiańszczyznę, to jednak jesteśmy niezmiernie różni. O ile my w genach mamy nieposłuszeństwo wynikające ze skrajnego indywidualizmu, sobiepaństwo, anarchię (co jest ze wszech miar naganne!), o tyle Rosjanie w to miejsce mają niejako zakodowane wielowiekowe poddaństwo (co też nie jest polecane) wyssane z mlekiem matki; o ile my jesteśmy ludźmi do bólu wolnymi, o tyle oni pozostają od wieków niewolnikami nie tylko w zakresie fizycznym, ale, co dużo gorsze, są nimi również w sferze mentalnej! A to nic innego jak zapowiedź nieszczęsnego życia z przetrąconym kręgosłupem. Czy zatem taki naród może doceniać wolność, cieszyć się z przywilejów demokracji, gdy wydaje się, że potrzebuje ustawicznie nad sobą pana i jego bata? Czy naród, który upodlała przez niemal wiek komunistyczna władza, który rozpiła, a dziesięć procent społeczeństwa wsadziła do więzień, łagrów, czy różnego rodzaju zakładów psychiatrycznych, może wiedzieć w  swojej masie, czym jest wolność jednostki, doceniać ją? Wydaje się, że autorytaryzm i zamordyzm, to jedyne prawdy życia dzisiejszego Rosjanina.

   4. Pomysł z ostatniej chwili: I znów mamy spektakl pod nazwą – strajkujący górnicy. Nie wiem, kto ma bardziej rację w tym sporze: rząd, czy właśnie rzeczeni wyżej górnicy. Zapewne, jak zwykle, prawda o tej gałęzi przemysłu leży gdzieś pośrodku. Jakkolwiek jednak jest ja dzisiaj mam dla obu stron propozycję: proponuję, aby w przyszłym roku WOŚP zagrał na rzecz górników! Potem lekarzy, księży, nauczycieli, policjantów, kolejarzy, wojskowych i tak dalej, i tak dalej, słowem – dla wszystkich najbardziej poszkodowanych grup zawodowych! Tym sposobem granie Orkiestry do końca świata i jeden dzień dłużej będzie w zasadzie zagwarantowane!

    P.S.

    Wiecie, dlaczego Kościół i jego reprezentanci nie akceptują tego, co robi WOŚP? To proste: chodzi o to, co zawiera jej wywoławcze hasło: Gramy do końca świata i jeszcze jeden dzień dłużej! Krótko mówiąc coś, co miało brzmieć i dla większości brzmi radośnie, zabawowo – podejrzewam, że przez kler zostało odebrane jako, jeżeli nie publiczna deklaracja niewiary jej organizatorów w istnienie boga, to przynajmniej traktowanie go niejako z przymrużeniem oka, lekceważąco – choćby nie miało to nic wspólnego ze stanem faktycznym odnoszącym się do sfery duchowej organizatorów.

    Ciekawe, czy takie twierdzenie znajduje się daleko od prawdy, hm?

        15.01.2015 r.

09:45, adelmelua
Link Dodaj komentarz »
środa, 14 stycznia 2015

    Dlaczego od wieków niewiele zmieniliśmy w naszej atawistycznej naturze i nadal zabijamy, zarówno siebie, jak i naszych braci mniejszych, czyli zwierzęta? Przyczyn zapewne jest więcej niż tutaj przeze mnie przytoczone, ale ile bym ich nie wymienił jedno pozostaje dla mnie faktem: człowiek wszystkiemu co żyje, niestety, pozostaje wilkiem. Dlatego:

   1.Zabijamy: ponieważ nie ma to jak zabijać w imię jakiegoś wyimaginowanego boga i umierać też z jego imieniem na ustach. To jest oznaka gorącej wiary i prawdziwego oddania najwyższemu!

   2.Zabijamy: bo tak – ponoć – chciał jakiś bóg i tak jest od wieków. Stąd choćby ubój rytualny;

   3.Zabijamy: bowiem człowiek jest panem wszystkich stworzeń, więc z racji tego może pozbawiać zwierzęta życia, tak jak pozbawia życia drugiego człowieka;

    4.Zabijamy, gdyż zwierzęta nie są rodzicami – nie są matką, ani ojcem, a dodatkowo z całą pewnością nic nie czują. W końcu uczucia, nie tylko rodzicielskie, tożsame są jedynie z nami – stworzeniem ludzkim!;

   5.Zabijamy, ponieważ zabijanie mamy we krwi. Towarzyszy nam ono od początku naszego istnienia i zakończy się zapewne wówczas, gdy zabraknie „materiału” do zastrzelenia.

    Kiedyś zabijaliśmy zwierzęta dla jedzenia, skóry, kości, słowem – żeby przetrwać. Dzisiaj zabijamy nadal, ale już z innych przyczyn, albo ściślej z powodu dodatkowych przyczyn, np. z powodu świetnej zabawy, dodania sobie odwagi, zaimponowania, z chęci zysku, dla dodatkowej podniety, bo lubimy – i tak dalej, i tak dalej.

    – Zatem napiszę jeszcze dwa wiersze, ucałuję na dobranoc córkę i syna, a następnie pójdę poderżnąć gardło swojemu sąsiadowi. Należy do innej wiary, więc właściwie nie mam wyjścia.

                                               Rozczarowanie

                                   „W życiu piękne są tylko chwile” –

                                   Pomiędzy którymi cicho kwilę.

          14.01.2015 r.

09:29, adelmelua
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 12 stycznia 2015

   Cytuję: „Z badań PolSenior wynika, że wielu po przekroczeniu 65. roku życia ledwie żyje. Co trzeci ma depresję, co czwarty demencję. Połowa niedowidzi, niektórym do tego dochodzi niedosłuch, powszechne jest nadciśnienie, dręczą przewlekłe choroby”. Gdyby tego było mało, dodam jeszcze to: „Ponad połowa Polaków w wieku >75 plus< trudno sprostać codziennym czynnościom!”. Tyle badania.

   Jak wiadomo starość zaczyna się w wieku 65 lat – tak ustalono na początku ubiegłego wieku. Po 50-tym roku życia zaczyna się „heca” z rakiem jelita grubego, tzn. po przekroczeniu tego wieku niezwykle nasila się występowanie tego schorzenia. Dodatkowo kobiety narażone są na raka szyjki macicy, piersi, a mężczyźni prostaty. Gdy część tych klocków – chociaż przecież nie wszystkie – poukładamy sobie w jedną budowlę pod nazwą nasz wiek a choroby, widać jak na dłoni, że ewentualnego czasu na emeryturze pozostaje nam niewiele. Jeżeli w ogóle. J. Oleksemu czy M. Jackowskiemu nie pozostało go za wiele – obaj zmarli w wieku 68. lat; A. Turski w wieku 71.; K. Krazue nie pozostało go w ogóle; podobnie jak Cz. Niemenowi, T. Nalepie, A. Przybylskiej, T. Moszowi, M. Braunek, A. Hudziakowi, T. Torańskiej, i całemu szeregowi mniej znanych czy wręcz anonimowych ludzi również.

  Chociaż nie powiem – są przecież jeszcze szczęściarze, którzy doczekają i doczekują emerytury. Tyle że wiadomo w jakiej kondycji i pod opieką jakiej służby zdrowia. Więc w zasadzie nie jestem przekonany, czy jest się z czego specjalnie cieszyć. Tym bardziej, że starość jest passe i nie pasuje do naszego współczesnego świata!

   Wiadomo – umrzeć kiedyś trzeba. Pytanie tylko: dlaczego tak wcześnie – za wcześnie!, nie ciesząc się wypracowaną emeryturą? Ja wiem, że to korzystne dla państwa, tylko gdzie w tym wszystkim znajduje się obywatel i jego prawo do godnej starości? Gdzie jego zapłata za oddanie krajowi nierzadko czterdziestu i więcej lat swojego pracowniczego życia? Gdzie jakaś sprawiedliwość – ta ziemska naturalnie?

   Sokrates powiedział, że – śmierć to tylko kolejna noc. Te słowa miały zapewne dodawać nam otuchy. Może i dodają. Od siebie jednak dodam, że to noc najdłuższa, bo bez końca, co ująłem w taką oto fraszkę, która, myślę, również tchnie nadzieją:

                                  Narzucona cierpliwość

                             Czekam na tę jedną chwilę –

                             Oczywiście w mogile.

    Ament.

          12.01.2015 r.

13:11, adelmelua
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 11 stycznia 2015

   Czy ja wierzę? Naturalnie! Wierzę i, co istotne, chcę wierzyć. Nawet bardzo! Wierzę na przykład w to, że nie zdradzi mnie już nigdy żadna kobieta czy przyjaciel – chociaż to oczywiście odmienne zdrady i o różnym charakterze i ciężarze; wierzę, że więcej jest ludzi dobrych niż złych, co nie jest równoznaczne z tym, że nawet ci dobrzy nie są zdolni do podłych czynów; wierzę w naród, ale nie wierzę w społeczeństwo, bo o ile jesteśmy świetnym narodem, o tyle społeczeństwem pozostajemy zwyczajnie koszmarnym; wierzę, że kiedyś stworzymy lekarstwo na wszystkie odmiany raka, chociaż nie jestem pewien, czy leży to w interesie koncernów farmaceutycznych; wierzę, że w zimie spadnie śnieg, a w lecie będzie grzać słońce że ho – ho!, i że moje życie nie okaże się bytem straconym, a przez to w ogóle niepotrzebnym, nikomu nieprzydatnym i przez nikogo niezauważonym. Wierzę, że E. Presley, J. Lennon czy M. Kopernik nie żyją, a że ja jeszcze tak – chociaż wiem też, że kiedyś umrę. I tak dalej, i tak, dalej.

   Nie wierzę natomiast w świętego Mikołaja, bo to mniej więcej tak, jakbym wierzył, że coś zmieni się na lepsze w naszej mentalności; nie wierzę, że nagle, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki przestaniemy się zabijać i zaczniemy szanować to, co posiadamy najcenniejszego: nasze życie; nie wierzę, że kiedykolwiek znikną różnice rasowe, religijne, seksualne, ekonomiczne; nie wierzę w to wszystko, bo spełnienie się tych rzeczy jest po prostu nierealne. A jest takie, ponieważ od momentu naszego przyjścia na ten piękny świat, dorastamy w towarzystwie dogmatów, różnego rodzaju bardziej lub mniej szkodliwych przesądów, które wyrządzają nam ogromną krzywdę, polegającą na tym, że większość ludzi w dorosłym życiu nie potrafi wyjść poza schematyczne myślenie, zerwać z kajdanami tradycji założonymi im na szyję już w dzieciństwie, dzięki czemu stają się niewolnikami pozorów i strażnikami właśnie dogmatycznego myślenia. Zapominają przy tym jednocześnie, że obowiązkiem człowieka, każdego myślącego człowieka powinna być ustawiczna niewiara i zwątpienie, w myśl słów: Wątpię, więc jestem! Wiara bowiem, to nic innego, jak zaufanie właśnie dogmatom, podczas gdy nauka, jako jej przeciwieństwo, to permanentny sceptycyzm i nigdy niekończące się pytania i szukanie na nie odpowiedzi. To coś, co pcha nas ustawicznie do przodu, niejako zmusza do przekraczania kolejnych granic niewiedzy. Dlatego człowiek, jeżeli chce dotrzeć do istoty swojej egzystencji, nigdy nie powinien powiedzieć: Tak, wierzę! (w domyśle Boga?), lub: Nie, nie wierzę! Zarówno bowiem w pierwszym, jak i w drugim przypadku mamy do czynienia po prostu ze zwykłą ignorancją. Najwłaściwsze tutaj byłyby słowa: Wiem! Czy kiedykolwiek one padną? Wątpię. Ludzie bowiem w swojej masie są najzwyczajniej w świecie intelektualnie gnuśni, nastawieni z reguły na osiągniecie dobra materialnego i wypoczynek. Dlatego tajemnica życia na zawsze pozostanie dla nas nieodgadnioną zagadką. Amen.

    P.S.

   Chociaż niewykluczone, że dobrze iż tak się stanie. Być może taka wiedza okazałaby się dla nas jednak zabójcza, kto wie?

         11.01.2015 r.

11:02, adelmelua
Link Komentarze (1) »
sobota, 10 stycznia 2015

    Wielkimi krokami zbliża się kolejny XXIII już finał Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy, powołanej do życia i prowadzonej niezmiennie od początku przez Jurka Owsiaka.

    Ile dzięki jego inicjatywie uratowano istnień ludzkich, pisał nie będę, bo choćby uratowano tylko jedno, to już dużo i nie podlega żadnej dyskusji, że było warto. Tutaj tych istnień, jak wiemy, było dużo więcej, więc tym większy szacunek i słowa uznania należą się od nas Jurkowi Owsiakowi. Jest on bowiem ojcem świetnego pomysłu i pięknej idei, która potrafiła skupić obcych sobie ludzi wokół czegoś niezmiernie szlachetnego i pozytywnego.

    Ale to nie wszystko, jest jeszcze coś, co wydaje mi się nie mniej ważne od celu samej inicjatywy, mianowicie – zmiana myślenia pojedynczych ludzi, zwrócenie ich uwagi na cierpienie najbardziej bezbronnej części naszego społeczeństwa – dzieci! Od ubiegłego roku do tej idei włączono inną grupę, która również wymaga szczególnej opieki – seniorów.

   Takich szlachetnych akcji trzeba nam więcej – szczególnie dzisiaj, w tym zabieganym świecie, w którym coraz mniej uwagi zwracamy na innych i ich potrzeby. Takie akcje bowiem nie tylko uzmysławiają nam konieczność niesienia pomocy innym, ale również, co nie mniej istotne, zmieniają nas samych wewnętrznie, mentalnie, starając się tym samym uczynić nas ludźmi bardziej otwartymi, szczerymi, empatycznymi. I za to właśnie należą się Jurkowi Owsiakowi nasze szczególnie wielkie podziękowania.

     – Ogromne dzięki, panie Jurku. Dzięki za to, co już zrobiłeś, co robisz, jak robisz i w ogóle dzięki że jesteś! Na pohybel wszystkim małym i większym zawistnikom! Sie ma!;)

 

       10.01.2015 r.

05:45, adelmelua
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2
O autorze
więcej: www.kiler.blox.pl kontakt: czaplinski@tlen.pl