RSS
piątek, 31 stycznia 2014

   Kiedyś napisałem tutaj o Gertrudzie H. Hesse. Dzisiaj postanowiłem przytoczyć tutaj swoje spostrzeżenia, jakie zapisałem pod datą 23 listopad 1992 r. na temat Wilka stepowego. Nie chodzi jednak w tym przypadku o książkę, której, niestety, nie przeczytałem, ale o spektakl teatralny na podstawie niniejszej powieści, który przedstawił tego właśnie dnia teatr telewizji.

   "Początkowo wahałem się, czy przed przeczytaniem książki powinienem go oglądać. W końcu, jak wiadomo, nie zawsze udaje się przetransponować literaturę na język teatru. Ostatecznie jednak zwyciężył „teatr”. Pomyślałem sobie, że jeżeli ów spektakl okaże się dla mnie jakimś „niewypałem”, to co najwyżej daruję sobie czytanie książki. Jeżeli jednak zainteresuje mnie sztuka, to z przyjemnością kiedyś sięgnę po lekturę Wilka stepowego. Zarówno w jednym, jak i w drugim przypadku, zysk wydawał się oczywisty. Zatem, cóż się okazało, co wyszło z tych moich dylematów?

   Otóż, okazało się, że aby naprawdę coś konkretnego i sensownego napisać o tej sztuce, a nie rzucać jedynie puste słowa na wiatr, należy bezsprzecznie zapoznać się z jej pierwowzorem, czyli książką. Nie wiem, może się mylę, ale przedstawienie było – przynajmniej w moim odczuciu – jeszcze jednym przykładem na to, że tak napisanych powieści nie powinno się przekładać na język teatru. Powieść bowiem i teatr, to jednak dwa odrębne światy. Jeżeli nawet należą do tego samego języka – języka Sztuki, to z całą pewnością różnią się akcentami, które pozostają odrębne, obce sobie, osobne. I jeżeli nawet teatr zbliża się czasami do oryginału powieści, to jednak zawsze jest to, tak myślę, zbliżenie niepełne, jakby pocięte, nie do końca spójne, a tym samym nierzadko również niezbyt czytelne. Wynika to z faktu właśnie owego poszatkowania tekstu utworu na potrzeby teatru. Co zresztą jest zrozumiałe, bo inaczej przecież się nie da. Gorzej, że takie właśnie podejście powoduje, niestety, że traci on w pewien sposób swoją niezależność, którą nierzadko jest intymność i prywatność opisywanego świata uczuć, jaki autor próbuje nam przekazać, a który my, każdy z nas tak naprawdę w sobie nosi. Tutaj ta różnica pomiędzy słowem wypowiedzianym a pisanym jest najjaskrawsza!

   Konkluzja w takiej sytuacji może być w zasadzie tylko jedna: dopóki nie przeczytam powieści mogę jedynie snuć przypuszczenia i domysły na temat jej przesłania, jej głównego wątku. Dlaczego tak, a nie inaczej postępuje jej główny bohater? Kim jest Hermina i jaką rolę odgrywa w jego życiu? I tak dalej, i tak dalej.

   Oczywiście, to jasne, że tytułowy bohater zrezygnowany i zniechęcony dotychczasowym życiem poszukuje nie tylko spokoju i samotności, ale przede wszystkim, co najistotniejsze tutaj, miłości doskonałej, wręcz idealnej! A ponieważ wie, że świat realny, rzeczywisty tego mu nie da, więc postanawia oderwać się od namacalnego „tu” i „teraz” i uciec w izolację od świata, w której samotność pozwala mu wyimaginować dla siebie, swoich wewnętrznych pragnień ową doskonałą miłość, która staje się lustrem – jego odbiciem; która daje mu poczucie sensu życia i spełnienia długo oczekiwanego szczęścia.

   To jednak tylko moje subiektywne odczucie, na dodatek bazujące jedynie na sztuce – nie powieści, więc w ogólnym odbiorze mogę się mylić. Takie jednak przyjęcie tego spektaklu niejako mnie usprawiedliwia. A to dlatego, że, jak napisałem wyżej – teatr, podobnie jak książka, posiada swój własny język, swoją formę, swoją historię. Inaczej rozkłada akcenty swojego przekazu, a te, jak często się zdarza, niezwykle różnicują obie formy Sztuki, wykazując tym samym, że tak naprawdę są ze sobą nie do pogodzenia. No, chyba że ze szkodą dla samej Sztuki. Ale to już inne zagadnienie i na inny czas."

       31.01.2014 r.

07:49, adelmelua
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 30 stycznia 2014

   Andrzej Szczypiorski, to postać bez wątpienia dużego formatu, ze wszech miar nieprzeciętna i interesująca. Książka natomiast, to wywiad, jaki przeprowadził z nim T. Kraśko. Dla mnie jest ona o tyle intrygująca, że, ku mojej satysfakcji, mimo znacznej różnicy wieku jaka istnieje pomiędzy mną a A. Szczypiorskim, oczywistej różnicy doświadczeń życiowych, wiele poglądów mamy niezwykle zbieżnych. To tak, jakbym nagle po latach spotkał starszego brata, którego ścieżkami podświadomie podążałem i, zapewne, podążam nadal.

   Ale żeby nie było znowu tak pięknie muszę przyznać, że jest jedna rzecz, która nas różni i to w sposób niezwykle diametralny, to polityka. On w nią wszedł niezwykle emocjonalnie, właściwie całym sobą, ja natomiast – i tego jestem tutaj pewien – nigdy nie zaangażuję się w politykę tak bezpośrednio jak On. Ten obszar zarezerwowany jest dla innych ludzi, z innymi cechami charakterologicznymi, innymi priorytetami w życiu. Bo mimo że polityka pozbawia nas anonimowości, mimo że daje rozpoznawalność, odpowiednie koneksje – tym samym czyniąc własną egzystencję o wiele łatwiejszą, to jednocześnie dając władzę ogromnie deprawuje. I to wcale nierzadko w koszmarny wręcz sposób! Bo władza, to nie tylko adrenalina i niezwykłe poczucie siły, to również potężny afrodyzjak, który raz wzięty może niezwykle skutecznie od siebie uzależnić. Jak zresztą każdy środek o działaniu narkotycznym. A władza, tak się składa, do takich właśnie ogłupiających środków należy.

   Andrzej Szczypiorski twierdzi, że tak naprawdę politykiem sensu stricte nigdy nie był. Mówi w tym wywiadzie-rzece, że jest jedynie kopistą, komentatorem dzisiejszej teraźniejszości, a polityka – cóż, ta była i jest mu organicznie wręcz obca! I świetnie, że tak to widzi. Myślę, że komentarz do tego jest zbyteczny. Bowiem to, co A. Szczypiorski powinien robić, to przede wszystkim być pisarzem! Tutaj powinien się w pełni realizować, na tym polu powinien działać jako „polityk” – komentator naszej współczesności i jej bolączek.

      30.01.2014 r.

07:38, adelmelua
Link Dodaj komentarz »
środa, 29 stycznia 2014

  Przedwczoraj rozmawiałem z kolegą. Jest muzykiem. Niespełnionym. Dokładnie – niespełnionym dotkliwiej, niż ja literatem. W pewnym momencie naszej dyskusji na jego zniechęcenie i słowa, że on do tych czasów w ogóle nie pasuje, powiedziałem: „Wiesz, dlaczego nie osiągnąłeś sukcesu, jak również ja i nam podobni? Dlatego, że nikt go nam nie obiecywał”. – To był oczywiście żarcik. Więc zaraz poważniej dodałem: „Wiedz, że nie jesteśmy odosobnieni – to po pierwsze. Po drugie – mimo, że stale przybywa na świecie ludzi, to jednak relacja pomiędzy tymi, którzy chcą czegoś więcej od życia, niż tylko blond dzidzia, czy nadziany facet, nowa fura i komóra, którzy pragną czegoś więcej – czegoś, co wymaga wysiłku intelektualnego, nie jest dzisiaj trendy.

   Oczywiście to nie jest tak, że tak się nagle porobiło z niczego, że w socjalizmie tego nie było. Było podobnie. Tyle że tam państwo dbało o tzw. kulturę wyższą. Jednak procent społeczeństwa zainteresowany akurat tym obszarem działalności kulturalnej nie był wcale większy niż teraz. Tak dzisiaj, jak i również wówczas, było dużo chamstwa i prostactwa. Dzisiaj nadal chamstwo i prostactwo istnieją, tyle tylko, że mają inną twarz. I to jest cała różnica.

   Ale powiem ci coś jeszcze. O ile kiedyś częste wyjście do kina czy teatru było normą, o tyle dzisiaj, zarówno my jak i większość społeczeństwa, staje przed wyborem – albo to, albo tamto. Albo obejrzę film w kinie, albo nie pójdę do teatru; albo zrobię wyprawkę dziecku do szkoły, albo zrezygnuję z zaspokojenia własnych przyjemności, słowem chodzi o to, że przy obecnych trudnościach człowiek staje przed nie tyle głupimi, co bardziej uwłaczającymi godności ludzkiej dylematami! Stąd bierze się, tak myślę, traktowanie wielu spraw powierzchownie i bez należytego szacunku. Stad brak sukcesu wielu takich, którzy na niego zasługują. Ba – o wielu nawet nie usłyszymy! Dlaczego? Bo ich miejsce zajmuje kolejna informacja o tym, że jakiś celebryta coś gdzieś pierdnął, albo jakaś celebrytka rozstała się z przyjacielem. Tym żyje większość ludzi, tym się interesuje tzw. target, do którego chcielibyśmy dotrzeć. Więc nie wymagaj zbyt wiele i nie miej czasami do siebie o to pretensji. Tak po prostu jest i już. Nic na to nie poradzisz. Rób swoje – tyle mogę ci powiedzieć.

   Aha, jeszcze jedno, aby obraz był pełny. Do tego wszystkiego doszedł jeszcze jeden gracz na tej scenie: dobrobyt. A z tym niezwykle trudno wygrać. Nieprzypadkowo wielka sztuka rodziła się w biedzie i w okolicznościach permanentnych wyrzeczeń. Dzisiaj, gdy wszystko można mieć w zasadzie na wyciągniecie dłoni, gdzie nierzadko wystarczy jedynie być, zamiast mieć – w głowie, naturalnie, to nic dziwnego, że tłumów do źródeł wiedzy, poszerzania swoich horyzontów myślowych nie ma. I nie będzie. Dobrobyt bowiem ubezwłasnowolnia i intelektualnie rozleniwia. Żyć wygodnie jest cool, asceza dzisiaj nie tylko jest passe, ona w ogóle jest niepożądana w jakiejkolwiek postaci. Zatem, jak nie spojrzeć z tyłu zawsze jest dupa.”

     29.01.2014 r.

09:44, adelmelua
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 28 stycznia 2014

   Kilka refleksji pochodzących z 20 kwietnia 1993 roku, jakie mi się nasunęły po lekturze jego książek:

  A) dzieciństwo, jako źródło pewnych fobii, napięć, zachowań i postaw, rzutujące na późniejszy kształt jego literackiej wizji;

   B) czy, jeżeli zostajemy pozbawieni uczucia miłości, to jesteśmy w stanie odczuwać w pełni nasze człowieczeństwo?;

   C) czy jego twórczość pozostaje dla potomnych inspirująca i interesująca? A może właśnie wraz z upływem czasu będzie ona coraz mniej aktualna i intrygująca?;

  D) czy poprzez ustawiczne zmaganie się z kształtem literatury, jej formą, pomimo permanentnych prób penetracji istoty życia, dotarł on do jego sedna, jego prawdy? Czy może jednak pozostał jedynie na powierzchni, bez możliwości wniknięcia w jego głąb?

   Powyższe pytania biorą się z tego, co sam W. Gombrowicz napisał w swoich Dziennikach: „(…) Ja w ogóle nie mogę kochać”. Co prawda słowa te padają w kontekście miłości do Boga, ale było to też wyznanie – tak myślę – w odniesieniu do człowieka, do ludzi. Czy w ten sposób nie przyznał się on, że w tej akurat sferze pozostaje w jakiś sposób okaleczony, ułomny, jakby niepełny w swoim człowieczeństwie?

   Nie wiem, na ile w tych słowach było prawdy o nim, jego wnętrzu, odczuwaniu i percepcji życia, a na ile gry, pozoru, maski. Gdyby jednak przyjąć za prawdę to, co pisał, znaczyłoby to, ni mniej ni więcej, jak właśnie taką ułomność, pewnego rodzaju niedostateczność bycia w pełni człowiekiem! Bo przecież osoba, która nie odczuwa miłości (Nie móc = nie potrafić? Nie móc kochać = móc nienawidzić?), to chyba nie jest zjawisko zwykłe i normalne?

   Podejrzewam, tak jak kiedyś napisałem chyba przy okazji jego Ślubu, że on, tak jak zresztą wielu innych pisarzy, tworzył swoich bohaterów takich właśnie a nie innych, albowiem on sam był takiej konstrukcji psychicznej i taką miał wizję literacką, a potem… potem przywdziewał maskę i starał się postępować tak, jak oni – owi bohaterowie na scenie, albo też stawał z niektórymi z nich do pojedynku, zmagając się w sobie, z sobą, z ich widoczną i rażącą – rażącą jego! – niedoskonałością i ułomnością ludzkiej natury. Wszystkie te zabiegi miały na celu jedno: stworzenie niejako „nowego człowieka, człowieka literackiego”!

   Gogol powiedziałby: „Źle skrojony, ale mocno zszyty” – i to doskonale odnosi się właśnie do owych zabiegów. Zdając sobie bowiem sprawę z „wadliwości” materiału z jakiego człowiek został właśnie „skrojony”, Gombrowicz próbował go inaczej, lepiej „zszyć”! Czy to najszczęśliwszy pomysł i czy w ogóle, gdyby nawet doszedł do skutku proces jego realizacji, przyniósłby ludziom korzyść? Być może. Osobiście jednak mocno w to wątpię.

       28.01.2014 r.

08:04, adelmelua
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 27 stycznia 2014

   So diffrent (Tak inna) Sinead O’connor: Dobrze, że pojawiają się takie pozycje. Pomagają one bowiem we właściwym, prawdziwym uchwyceniu wizerunku poszczególnych ludzi z tzw. show bussinesu. W tym konkretnym przypadku chodzi o S. O’Connor, która w ten sposób została niejako odbrązowiona, co, myślę, nie powinno jej wcale zaszkodzić, pod warunkiem jednak, że jest artystką prawdziwą, a nie li tylko jeszcze jedną gwiazdką muzyczną. Słowem – ciekawe, warte przeczytania i polecenia innym.

   Nie oglądaj się z stronę Sodomy G. Vidala, to powieść, która… przede wszystkim mnie rozczarowuje. I jeżeli w ogóle może go coś tutaj tłumaczyć (innych jego powieści, niestety, nie znam), to chyba jedynie młody wiek: gdy ją pisał miał zaledwie 21 lat. Chociaż, z drugiej strony, taka F. Sagan pisząc swoją mikropowieść Witaj smutku była młodsza od niego o trzy lata. Trzy lata, a jak piękna, dojrzała była jej literatura! Że o Raymondzie Radiguecie czy Marku Hłasko szerzej nie wspomnę.

  Równolegle z autobiografią I. Bergmana przeczytałem również tom opowiadań Krystyny Kofty Człowiek, który nie umarł. Kilka z nich – szczególnie tych pierwszych, krótkich, podobało mi się, ba – nawet zainspirowały mnie do napisania dwóch mniejszych form, reszta jednak… Powiem tak: jej powieści uważam za dużo lepsze. To, oczywiście, w żaden sposób nie deprecjonuje jej wartości, po prostu Pawilon małych drapieżców, czy Ciało niczyje trafiają do mnie o wiele celniej.

   Nie namawiam na dzienniki literackie Jerzego Andrzejewskiego. Ja po przeczytaniu około stu stronic zarzuciłem je. Zapewne definitywnie. Może i są one interesujące, może nawet pouczające, z całą pewnością jednak nie dla mnie. Szkoda czasu i mojej młodości. Wolę dzienniki K. Mansfield – że nie wspomnę o innych.

  Oprócz Złego L. Tyrmanda oraz Dziennika 54 (gorąco polecam!) i zbioru opowiadań Gorzki smak czekolady Lucullus jestem właśnie po kolejnej lekturze jego pióra, mianowicie Siedem długich rejsów.

  Tytuł niniejszej książki, muszę przyznać, niezły, treść również czyta się dobrze, zatem niby wszystko wydaje się w jak najlepszym porządku. Właśnie – „wydaje się”. Bo jednak jest coś, co nie pozwala mi podejść do tej jego pozycji bezkrytycznie, coś w niej mi nie pasuje, coś charczy i zgrzyta. Jakby czegoś było w niej z jednej strony za dużo, z drugiej znów stanowczo za mało. Za dużo autora – jego egotyzmu, epatowania swoją erudycją i elokwencją, co przecież samo w sobie nie jest negatywne, jednak w sztuce nie powinno odgrywać roli nadrzędnej! Koszt tego jest taki, że za mało dostrzegam w tej książce artyzmu, czystej sztuki, wyrafinowanej kreacji artystycznej, za dużo natomiast samozadowolenia ze swojej mądrości. Brak parytetu pomiędzy tymi rzeczami powoduje, iż książka, niestety, ale odnoszę takie wrażenie, zahacza o bruk. Oczywiście nie jest tym samym li tylko czystym brukowcem, a jedynie, dzięki doskonalej i uroczej wprost ornamentyce, „zahacza” o niego. To jest mniej więcej coś takiego, jakby w kościele otworzono na przykład burdel. Na zewnątrz, wiadomo, piękno, sama dostojność i w ogóle świętość nie do ruszenia, podczas gdy w środku, wewnątrz chuć, ruja i poróbstwo. Ot, i całe Siedem długich rejsów. Przy całym moim szacunku i sympatii dla autora, oczywiście.

           27.01.2014 r.

09:04, adelmelua
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 26 stycznia 2014

  Wiele nieprawdopodobnych rzeczy napisano i powiedziano o Jezusie, tak wiele, że w zasadzie stało się to już nie do ogarnięcia. I zrozumienia – przynajmniej przez zwykłego śmiertelnika z głową nie w chmurach, ale na karku. Oczywiście, to jeszcze nie koniec powstawania i powtarzania w nieskończoność bajkowych historyjek na ten temat. W końcu Kościół, jako źródło owych bajd, istnieje nadal, więc kolejny zalew pierdoł mamy zapewniony jak co najmniej podatki. Trzeba tylko czasu i elokwentnych bajarzy. A że Kościół o takich dba, odpowiednio edukuje, a następnie wypuszcza w świat aby rozsiewali owe bajdy, więc w tym zakresie radosnej twórczości czeka nas jeszcze wiele.

   To, co ja chciałbym w tym obszarze dodać od siebie, to właściwie tylko jedno: co nieco tę postać odkłamać, a tym samym uczłowieczyć poprzez dorzucenie jednej, za to zasadniczej uwagi, mianowicie – oddzielić Jezusa z Nazaretu od Jezusa zwanego Chrystusem. Bo to, że są to dwa różne byty istniejące jednak na równi w naszej świadomości, to pewne jak to, że świnia i koryto tworzą jedność.

   To, co tutaj jest kluczowe, to korelacja pomiędzy tym, który istniał jako człowiek – z krwi i kości, mający rodziców i rodzeństwo, a tym, którego nigdy nie było, ale który został stworzony – nie zrodzony przed wszystkimi wiekami, ale właśnie stworzony! Na użytek nasz i całego Kościoła – ponoć – świętego. Ha, i tutaj niespodzianka: przez kogo stworzony? Oczywiście, przez tak zwanego świętego Pawła (który tak na marginesie wcześniej był Szawłem i ciął mieczem wyznawców owego żydowskiego chłopa, że aż niemiło! Zatem, skąd ta jego świętość – przyznam, nie pojmuję i nawet nie ośmielam się tego rozgryźć!), a następnie jego zwolenników.

   Nieraz już tutaj pisałem o Jezusie, który nigdy nie postrzegał siebie jako jakiegoś boga! Był synem bożym w takim samym stopniu jak wszyscy wokół – tak to widział On – i odnosił swoje relacje ze Stwórcą na wyższy poziom duchowy. Stąd całe nieporozumienie! A to, że swoją działalnością, swoimi słowami rzucił jednocześnie wyzwanie Cesarstwu, cóż, postąpił i głupio, i nieodpowiedzialnie, i nieroztropnie.  Innych słów na określenie Jego działalności nie znajduję. Bo trzeba naprawdę wielkiej naiwności i absurdalnej wręcz wiary w swoją szczęśliwą gwiazdę (nie mylić z Betlejemską!), że w związku z taką właśnie działalnością, jaką On uprawiał, nic przykrego nie spotka Go. Jak duży to był błąd wiemy z historii. Koszmar! Może gdyby Jego mamuśka była pielęgniarką i chodziła w czepku wówczas mógłby się jeszcze łudzić, że i on urodził się w podobnym, więc będzie jakoś tam chroniony. Niestety, koniec końców stało się tak, jak się stało, czyli – Piłat, werdykt, ukrzyżowanie. W tamtych okolicznościach innego wyroku nie można się było spodziewać. Albowiem dwóch bogów w Cesarstwie Rzymskim, to przynajmniej o jednego za dużo! Jak dwa grzybki w barszczu. Wiadomym było wszystkim, że to miejsce już od dawna było zarezerwowane dla jednego tylko człowieka: cesarza. Dlatego od tego momentu los Jezusa był właściwie przesądzony: trafił tam, gdzie było Jego miejsce – na krzyż. Tacy bowiem jak On zawsze tam trafiali. Krzyż bowiem miał być nie tylko karą, ale również bardzo czytelnym ostrzeżeniem dla innych: trzymajcie się z daleka od takich wariackich pomysłów, bo skończycie podobnie! Stąd też owo narzędzie śmierci stało się w ten sposób Jego nieszczęsnym przeznaczeniem, na którym skonał w męczarniach. Albo i nie skonał, ponieważ został zbyt szybko zdjęty z krzyża. Tego jednak prawdopodobnie już nigdy się nie dowiemy.

   To, co jest tutaj zastanawiające i w sumie genialne samo w sobie, to pojawienie się na miejsce Jezusa z Nazaretu, Jezusa zwanego Chrystusem, tzw. Synem Bożym! Od dawna oczekiwanym. Jak? Dlaczego? Bo po co, to przecież wiadome! Otóż odpowiedź jest prozaiczna: ludzie zawsze, niezależnie od czasów w jakich żyli, lubili bajki o równości, sprawiedliwości i życiu wiecznym i że w tym właśnie życiu będą mieli lepiej niż w tym doczesnym.  Kto by na tak skonstruowany lep nie dał się złapać? Niewielu. Przykładem nasze czasy i ślepa wiara wielu Jego wyznawców, a także, co niezwykle istotne, wcale niemała świadoma i wyrachowana działalność tych, którzy zbijają nadal na tej historii swoje kokosy. Krótko mówiąc interes pod nazwą krzyż nadal nieźle prosperuje. Amen. Tyle dzisiejsza msza. Urbi et Orbi;)))

         26.04.2014 r.

09:42, adelmelua
Link Dodaj komentarz »
sobota, 25 stycznia 2014

   Życiowa przemiana : Kiedyś czytałem Popioły, dzisiaj powoli popiołem się staję.

   Nie szata zdobi człowieka… – tak mówią. Ważne jednak, żeby jakąś w ogóle mieć. Bo coraz częściej dzieje się tak, że zbyt wielu kretynów biega bez szat w ogóle!

   Tak naprawdę, to nigdy niczego nie posiada się na własność. Dlaczego? Ponieważ jesteśmy śmiertelni. A „mieć na własność”, to w zasadzie zaprzeczenie jakiejkolwiek śmiertelności. Posiadamy, co najwyżej przejściowo, na jakiś czas.

   Mówi się, że to szkodliwe – tamto szkodliwe, tego unikaj – tamtego również, tego nie rób – tamtego też się wystrzegaj. Co do mnie, to wiem jedno: że nic tak naprawdę skutecznie nie szkodzi, jak – życie! Dlatego pytam: Co w takiej sytuacji nie szkodzi i czy coś takiego w ogóle istnieje? I natychmiast odpowiadam: Oczywiście, jest jedna rzecz, która w pewien sposób pozostaje obojętna: to śmierć. Ta na pewno nikomu nie szkodzi. Ta leczy wszystkich i to ze wszystkich szkodliwości i dolegliwości. Jak najlepszy lekarz! Tylko nie jestem do końca pewien, czy to rzeczywiście może być w ogóle jakiekolwiek lekarstwo – nawet na pocieszenie. Ale jeżeli nawet nie jest, to – nic nie szkodzi!:)

   Hu, hu, ha – hu, hu, ha – nasza zima zła! Zatem: aby do wiosny!:)))

         25.01.2014 r.

10:18, adelmelua
Link Dodaj komentarz »
piątek, 24 stycznia 2014

   Przeważająca część twórczości F. Kafki i W. Gombrowicza, to – według mnie oczywiście i dla mnie – pewnego rodzaju antyliteratura. Ale nie tyle w negatywnym tego słowa znaczeniu, co w nie do końca pozytywnym. Innymi słowy chodzi o to, że jest to literatura poza tradycyjnie rozumianą formą – chociaż to samo w sobie nie jest jeszcze takie złe i nie do przyjęcia. To, co mnie w pewien sposób nastawia do niej negatywnie, to fakt, że znajduje się ona poza człowiekiem, mimo że, paradoksalnie, właśnie jego w szczególny sposób dotyczy! Dzieje się tak dlatego, iż oprócz tego, że jest antyliteracka, to na dodatek pozostaje, niestety, mało komunikatywna, tym samym pozostaje według mnie poza percepcją zwykłego czytelnika, poza człowiekiem. Stąd, podejrzewam, może ona zostać ona nawet nie tyle zapomniana, co dosyć szybko odepchnięta gdzieś na bok, zepchnięta w kąt mało poczytnej literatury, gdzie pokrywać będzie ją kurz, a skąd jedynie pojedynczy koneserzy i bibliofile będą ją odgrzebywać, próbując odświeżyć i zachować przed totalnym zapomnieniem.

  W takiej sytuacji nie sposób nie zadać pytania: czym właściwie jest i w ogóle, czym w zasadzie powinna być literatura? Jakie są jej zadania, bo przecież takie niewątpliwe ona posiada.

  Nie odpowiem wprost na tak postawione pytanie. A nie zrobię tego z jednego prostego powodu: myślę, że każdy znajduje w tym wypadku swoją odpowiedź, własną. Ja ograniczę się jedynie do podania kilku przykładów takich książek i autorów, którzy właśnie z literaturą przez duże „L” mi się kojarzą i których dorobek twórczy szczególnie doceniam i polecam. Oczywiście nie będzie to cała lista moich ulubionych nazwisk, niemniej zawsze to paru autorów, kilkadziesiąt książek. A oto owa lista:

  Rzeźnia nr 5, Recydywista, Sinobrody – K. Vonnegut; Pożegnanie, Podróż, Disneyland – St. Dygat; R. Chandler – wszystko!; Buszujący w zbożu – J. D. Salinger; Czapka, Moskwa 2042 – W. Wojnowicz; Amos Oz – wszystko;  E.M. Remarque – wszystko!; E. Hemingway – wszystko! M. Hłasko – wszystko! R. Radiguet – Opętanie, Bal u hrabiego d'Orgel; Dzienniki – Katherine Mansfield; Absolwent – Ch. Webb; między innymi Love story – E. Segal; I. Turgieniew – wszystko; Erskine Caldwell – wszystko.

         24.01.2014 r.

11:23, adelmelua
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 23 stycznia 2014

   Nieraz już tutaj pisałem na temat Ruchu Palikota, z którego właśnie powstał Twój Ruch i były to słowa zawsze przyjazne. Powiem więcej – nic w tej kwestii się u mnie nie zmieniło, nadal uważam – po osobistym ogromnym rozczarowaniu rządami Platformy Obywatelskiej – że to jedyna, jak na razie, siła polityczna, która jest w stanie odmienić oblicze ziemi, tej ziemi – że zacytuję klasyka. Tylko on – Twój Ruch jest w stanie zaproponować program na miarę czasów i wyzwań, przed jakimi znajduje się Polska, przed jakimi stajemy my – obywatele tego kraju.

   Wiele osób zapewne z tym się nie zgodzi – ich prawo. Wielu obśmieje i wyszydzi moje słowa, ale powtarzam: na dzisiaj nie widzę żadnej innej partii na naszej scenie politycznej, która jest w stanie takiemu wyzwaniu sprostać. Wszystkie po dojściu do władzy będą jak zwykle grały swoje, tę samą śpiewkę powtarzaną od lat jak mantrę. Krótko mówiąc  władza dla władzy i dalsze psucie państwa i jego struktur w majestacie prawa, prawa stanowionego zresztą przez samych siebie – niedouczonych, ale wcale nierzadko kutych i bitych na cztery łapy posłów!

  A tutaj naprawdę potrzeba nowej siły, nowego ognia i wyjścia poza opłotkowe myślenie. Potrzebny jest nowy plan dla Polski – nowoczesny, przystający do wyzwań i wymogów współczesnego świata! I chociaż zawsze lepsza jest ewolucja niż rewolucja, to w tym przypadku niezbędna jest właściwie ta ostatnia, tyle, że przede wszystkim potrzebna jest ona w sposobie myślenia o gospodarce i ekonomii! Twój Ruch takie właśnie myślenie gwarantuje.

        23.01.2014 r.

13:57, adelmelua
Link Dodaj komentarz »
środa, 22 stycznia 2014

   Przedostatniego dnia grudnia 2012 roku dokonałem tutaj wpisu o emigracji – imigracji, zastanawiając się przy okazji, kim ja bym się stał, gdybym pewnego dnia zdecydował się żyć gdzieś na obczyźnie. Dzisiaj wracam do tematu, próbując zastanowić się nad pytaniem, dlaczego w ogóle emigracja istnieje?

  Myślę, że tak na dobrą sprawę istnieją tylko dwa rodzaje emigracji: przymusowa i dobrowolna. Jej powodów jednak jest już oczywiście znacznie więcej. Czy są one na tyle silne i ostateczne, żeby już nigdy po wyjechaniu ze starego „skądś” do nowego „dokądś” nie wrócić, przyznam, nie wiem. Nigdy nie byłem w takiej sytuacji i zapewne nigdy też nie będę. Tutaj się urodziłem i tutaj z własnego wyboru umrę.  W końcu przed śmiercią na dobrą sprawę nigdzie się nie ucieknie – „tam” i „tutaj” ludzie jednakowo umierają, a to każdy wyjazd na stałe w tym momencie mojego życia, w którym ja się właśnie znajduję, czyni nieaktualnym. Problem jednak istnieje nadal, z tą jedynie różnicą, że dotyczy innych.

   Niektórzy, ba – wielu powie, że nie w śmierci tkwi przyczyna jakiejkolwiek emigracji, a w jakości życia, w jego poprawie! I oczywiście będą mieli rację. Nawet nie podejmę z tym dyskusji. Albowiem argument odnoszący się do kwestii ekonomicznej jest tutaj ogromnie istotny, jeżeli nie kluczowy w ogóle. Mnie jednak w tym przypadku chodzi przede wszystkim o jedno: czy decydując się w jakimś momencie naszego życia na emigrację, zakładamy nasz ewentualny powrót na tzw. „stare śmieci”?

   Pytanie o tyle nie jest retoryczne, że któregoś dnia może stać się tak, iż powody naszej emigracji przestaną istnieć. To znaczy kraj naszego urodzenia, który kiedyś się opuściło, czy to na skutek osobistych prześladowań, powszechnych represji, czy też z przyczyn czysto ekonomicznych, przeszedł taką metamorfozę podczas naszej nieobecności, iż dzisiaj jest takim samym państwem jak to, które obraliśmy docelowo decydując się na emigrację. Czy w takiej, nowej skądinąd konfiguracji, kwestia naszej dalszej emigracji nie powinna zostać poddana rewizji? Czy w takiej sytuacji nie byłoby zasadnym zadanie sobie pytania: czy nadal istnieją jakieś inne racjonalne i na tyle silne przesłanki, żeby nie wracać i nadal tkwić na  obczyźnie, będąc jednak zawsze przybyszem z zewnątrz, tym obcym? Co zresztą szczególnie widać w tym pierwszym pokoleniu emigracyjnym, które lubi podkreślać swoją kulturową odrębność?

  Pytam o to dlatego, że dzisiaj, w odróżnieniu od tego świata który odszedł, świata zamkniętego w swoich sztywno wytyczonych kiedyś granicach, możemy przemieszczać się z miejsca na miejsce z niewyobrażalną wprost łatwością. Jest nam w jednym miejscu źle, rozczarowujemy się – natychmiast przenosimy się gdzie indziej. Aż znajdujemy takie miejsce, w którym czujemy się dobrze. Pytanie jednak istnieje nadal i niezmiennie jest aktualne: czy czujemy się w tym nowym miejscu na tyle znakomicie, żeby już nigdy nie wrócić do miejsca swojego urodzenia? Czy rzeczywiście czujemy się na tyle komfortowo, że możemy powiedzieć, bez odrobiny wątpliwości, że naprawdę jesteśmy u siebie?

      22.01.2014 r.

17:16, adelmelua
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2 , 3
O autorze
więcej: www.kiler.blox.pl kontakt: czaplinski@tlen.pl