RSS
czwartek, 31 stycznia 2013

      W każdym życiu codziennie coś się dzieje, to naturalne. W życiu Jarosława Kaczyńskiego w ostatnich dwóch latach wydarzyło się szczególnie wiele. Jak wiemy nie były to wydarzenia miłe. Bo to najpierw śmierć brata bliźniaka, a całkiem niedawno również śmierć matki. Z tego też powodu jest mi Go najzwyczajniej w świecie żal. Tak zwyczajnie po ludzku. Ale że śmierć obecna jest stale w życiu każdego z nas, więc taryfy ulgowej z tego tytułu nikt nie ma. Co najwyżej dwa wolne dni w pracy i jakieś pieniądze z PZU. Tyle. Z J. Kaczyńskim jest podobnie. Różnica jednak pomiędzy nami a Nim jest zasadnicza: nasze działania nie mają takiego rezonansu społecznego, jak to ma miejsce w Jego przypadku. A to w powyższym kontekście jest ogromnie ważne. Albowiem bolesne straty, jakie poniósł w ostatnim czasie prezes PiS-u, mogą mieć, poprzez Jego aktywność na scenie politycznej, bardzo istotny wpływ na nasze życie. W końcu już mają, i to nie od dzisiaj. Czy wydarzenia te będą miały wpływ pozytywny? – pokaże najbliższy czas. Nam pozostaje mieć jedynie nadzieję, że oczekiwania wielu ludzi z tym związane nie okażą się tylko mrzonką.

      Myślę o tym w ten sposób dlatego, że śmierć w ogóle, a szczególnie śmierć bliskich nam osób zmusza do refleksji. Nierzadko zamyka nas w sobie, innym znów razem zmienia naszą optykę na całość problemu, jakim jest nasza egzystencja. Dzieje się również tak, że wraz z odejściem kogoś bliskiego decydujemy się zrobić coś, czego nigdy byśmy nie zrobili, gdyby ta osoba żyła. Jej istnienie bowiem powstrzymuje nas przed jakimś drastycznym krokiem. Mówi się, że taką osobą w przypadku J. Kaczyńskiego była jego matka. Czy po jej śmierci pójdzie On niejako na tzw. całość? – trudno dzisiaj powiedzieć. Świetnie by było, gdyby to dwie pierwsze ww. możliwości okazały się bliższe prawdy. Znając jednak życie i dotychczasową działalność prezesa PiS-u, obawiam się jednak, że całkiem realne jest wybranie trzeciej drogi i pójście tym samym niejako „po bandzie”. A zrobić tak może J. Kaczyński z dwóch powodów: po pierwsze – właściwie nic już nie ma do stracenia, po drugie zaś partia i działalność w niej, to całe Jego życie. Partia, której jest nie tylko prezesem, ale dla wielu jej popleczników niemal półbogiem – jeżeli oczywiście nie całym.

      Oczywiście nie wiem, jak potoczy się dalej życie J. Kaczyńskiego, a tym samym, jakie czekają nas wydarzenia na naszej scenie politycznej. Takie traumatyczne wydarzenia różnie na człowieka wpływają – zarówno łagodząco, jak i pobudzająco. A że z Jego agresją polityczną nie raz już się spotkałem, więc wolę dmuchać na zimne. Niemniej tym razem chciałbym być mile zaskoczony. Chciałbym, żeby J. Kaczyński pokazał w końcu to lepsze, cieplejsze oblicze. Jeżeli stanie się inaczej, to obecny czas możemy jedynie traktować jako ciszę przed burzą. Niestety. I oby jednak nie.

       31.01.2013 r.

15:02, adelmelua
Link Dodaj komentarz »
środa, 30 stycznia 2013

       Nie lubię, nigdy nie lubiłem zaglądać komuś do kieszeni. Ostatnio jednak stało się głośno o nagrodach pieniężnych, które przyznali sobie wzajemnie marszałek i wicemarszałkowie sejmu. W ślad za nimi poszli oczywiście ich koledzy z niższej izby parlamentu, czyli senatu. Na koniec dopadła nas informacja o przyznanych nagrodach pracownikom NFZ-etu. Tłumaczeń usprawiedliwiających – że się należy, że zwyczajowo przyjęte, w końcu że nikt nikogo przecież nie okrada itd., itp., padło sporo. Najbardziej „rozbawiło” mnie wyjaśnienie pani E. Kopacz, która stwierdziła, że sejm to również zakład pracy, gdzie ciężko się pracuje i gdzie dodatkowo stanowi się prawo, więc… wiadomo, co dalej. Mnie jednak takie tłumaczenie, mimo że przecież prawdziwe, nie tylko wzburzyło, ale po prostu zwaliło z nóg. Bo, oczywiście, w tym miejscu bezsprzecznie stanowi się prawo, tylko pytanie brzmi: jakie prawo? Czy naprawdę sprawiedliwe? Czytelne? Czy naprawdę nie służy ono zbyt często nieuczciwym cwaniakom, czyniąc bezbronnymi zwykłych, szarych obywateli? Niestety, ale im dłużej żyję i obserwuję to, co się dzieje, nabieram coraz głębszego przeświadczenia, że są równi i równiejsi – jak bohaterowie „Folwarku zwierzęcego” G. Orwella. A dzieje się tak z jednej prostej przyczyny: ogromnej wadliwości, a co za tym idzie słabości naszego systemu prawnego, dziurawego niczym durszlak, który jest na dodatek porządnie przerdzewiały! A jest takie, mimo prawie ćwierćwiecza pracy nad nim kilku składów parlamentu! O czym to świadczy? Według mnie przede wszystkim co najmniej o niekompetencji posłów, albo, niestety, o świadomym ich działaniu na szkodę państwa i obywateli, czego przyczyną jest różnego rodzaju lobby. Bo co się okazuje? Ano, ni mniej ni więcej tylko tyle, że tak skonstruowane prawo służy bardziej kombinatorom i bandytom! Zwykły obywatel dzięki takiemu prawu raczej nie jest bezpieczny – nie może się taki czuć, o czym świadczą dobitnie sprawy związane z szefem „Optimusa” R. Kluską, firmą komputerową JTT, czy Niną Cholewicką z Chmielnika, jak i nie mniej głośna ostatnio historia emerytki, której niekompetentny komornik wyczyścił konto w banku, bo… miała nieszczęście nosić to samo imię i nazwisko, co prawdziwa dłużniczka! A tłumaczenia urzędników – począwszy od komornika, a skończywszy na prokuraturze, dla której kwota ok. 30 tys. zł była zbyt mała, żeby wszczynać sprawę, to po prostu zgroza!!! Więc za tak stanowione prawo i przyznaniu sobie za to dodatku w formie pieniężnej nagrody, pochodzącej w końcu z naszych podatków, mowy być nie może. Więcej – za stawianie siebie w uprzywilejowanej pozycji – a takim jest choćby niezrozumiałe w dzisiejszych politycznych warunkach posiadanie immunitetu – również uważam za gorszące i psujące tak polityków, jak i samą politykę. 

       Niewykluczone, że inne, rozsądne argumenty politycy posiadają, które mogłyby niejednego z nas przekonać – że jednak posłowie się starają, ciężko pracują i w ogóle to klawe chłopaki! Problem w tym, że takich argumentów nie ma – przynajmniej ja nie dostrzegam. Gadka o ciężkiej pracy, to zwykłe banialuki i hipokryzja! Hipokryzja, która jest kwintesencją całego problemu, jakim jest wyalienowanie się tej grupy zawodowej z ogółu społeczeństwa, a w związku z tym również zatracenie zwykłej ludzkiej empatii. I tyle. Cała reszta jest najzwyczajniej w świecie tego pochodną.

       30.01.2013 r.

15:00, adelmelua
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 29 stycznia 2013

To pytanie gnębi człowieka chyba od momentu uświadomienia sobie przez niego swego istnienia. No bo, czym ono jest? Zapewne jest ono tym wszystkim, co się wydarza „tu i teraz”, jak również „tam i kiedyś” – zarówno w przeszłości, jak i w przyszłości. Ale czy życie nie jest również tym, co się nie wydarza? Albo, czy gdybyśmy się nie urodzili, nie istnielibyśmy w ogóle? A może byłoby tak, że właśnie wówczas istnielibyśmy wiecznie – gdzieś poza czasem i przestrzenią, jako niematerialny, doskonały byt, zatem równy niejako Bogu? Albo niewidzialni dla materii, rozproszeni w boskiej energii wypełniającej cały wszechświat? A jeżeli tak, to kiedy bylibyśmy bardziej „żywi” – tu, na ziemi, zamknięci w ramach naszych ciał, czy raczej tam – gdzieś w przestrzeni kosmicznej pozbawieni tej cielesnej powłoki?

Edward Stachura napisał kiedyś, że: „człowiek, kiedy jest człowiekiem, jest bogiem”. Wyraził to, co prawda, inaczej, skrótowo, bez rozwijania tej myśli, jednak istota takiego twierdzenia szczególnie w powyższym kontekście, o którym wspomniałem, jest właściwie z moją ideą tożsama.

A może życie jest snem, zwykła ułudą, omamem? Niektórzy twierdzą nawet, że jest snem szaleńca. Chociaż, z drugiej strony, nie myślę, żeby tak właśnie było. Gdyby jednak, to pojawia się pytanie zasadnicze: czyim snem? Naszym, wspólnym? Każdego z osobna? Boga?

Niewątpliwie w takich rozterkach dobrze by było, gdyby ktoś nas wspomógł, wskazał odpowiedni kierunek naszych poszukiwań, podpowiedział właściwy wybór. To oczywiście mógłby być ktoś z dalszych czy bliższych znajomych, mógłby to być równie dobrze jakiś „nieznajomy”, ważne, żeby ktoś taki się pojawił. Ktoś, dajmy na to, na miarę… proroka! Tylko czy to możliwe, dzisiaj, w dobie globalizacji i wszechpotężnego internetu? Czy w ogóle możliwe jest istnienie takiej postaci, a my przygotowani na jej przyjęcie?

Dobrze, załóżmy, że ktoś taki pojawia się, jest i wskazuje nam właściwy cel naszej wędrówki – ktoś na miarę Buddy, Konfucjusza, czy Chrystusa. Czy mu wierzymy? Czy przyjmujemy bezkrytycznie jego posłannictwo? Oczywiście że nie! Problem bowiem w tym, że to nie jest najlepszy czas na proroków. (Nigdy zresztą takiego czasu nie było.) Gdyby bowiem ktoś taki się pojawił, to niechybnie zostałby wyśmiany, zbluzgany, skopany i wyklęty. Słowem – Chrystus naszych czasów nie miałby łatwego życia. Więcej – nie miałby żadnego życia! Co wskazuje dobitnie, że od 2000 lat w tej kwestii nic się tak naprawdę nie zmieniło. Nadal pozostajemy w jaskini w swoich poszukiwaniach i ocenach.  Co zatem nam pozostaje? Nie wiem jak z innymi, mnie, tak myślę, nie pozostaje chyba nic innego w tym momencie, jak zakończyć swoje krótkie dzisiaj dywagacje nad istotą bytu i powiedzieć krotochwilnie:

– Pokój temu domowi. I jeszcze jeden pokój temu domowi, bo dużo was, a pomieszczeń mało. Zatem, co najmniej po pokoju wszystkim mieszkańcom tego domu. I w ogóle pokój waszym duszom. Amen. Albo ament – jak kto woliJ

14:56, adelmelua
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 28 stycznia 2013

       Najgorsze w tym, co i jak się pisze jest to, że w zasadzie nigdy końcowy efekt nie osiąga zamierzonego kształtu. Tym samym psuje wszystko, przynosząc niezadowolenie, zarówno z tego, co powstało, jak i z siebie. (Nie wiadomo tylko z czego większe.) To odczucie bierze się oczywiście z wątpliwości i rozterek, jakie zawsze chyba nas trawią. Na szczęście im dłużej zajmujemy się jakąś działalnością, tym mocniej się w to wdrażamy, nabierając jednocześnie doświadczenia i pewności. Wówczas wątpliwości, które nadal naturalnie się pojawiają, nie są już na szczęście tak częste i dotkliwe. Podobnie jest z literaturą. A jako że nigdy nic nie dzieje się bez przyczyny, więc i tutaj nie ma nic za darmo i w miejsce poprzednich odczuć pojawiają się pytania o meritum tego, co się robi. W przypadku literatury jest to pytanie o jej treść i formę. No bo jak poprzez słowo wyrazić np. ból i cierpienie, udrękę i smutek, czy też radość i szczęście? Łzy i śmiech, opisane – choćby najlepiej jak to tylko możliwe, nie załatwiają wszystkiego. Właściwie to nic nie załatwiają – jedynie zamydlają problem. W końcu stanu ducha, bólu serca i jego rozterek nie da się wyrazić – no, może kardiogramem, choć to już innego rodzaju rejestracja i dokonywana przez innych ludzi niezwiązanych jednak z literaturą.

       Pytanie podstawowe, jakie należy sobie tutaj postawić, to przede wszystkim – jak pisać: czy alegorycznie, tym samym bardziej „literacko”, czy może jednak, że się tak wyrażę, „prawdziwie”, niemal dokumentalnie, próbując zarejestrować rzeczywistość taką, jaka ona jest? Czy próbować dojść w literaturze do „prawdy”, to znaczy starać się wprowadzać do niej jak najmniej „zakłamań”, bardziej lub mniej świadomych, na rzecz formy? A może tak jak doświadczenie jest nieprzekazywalne, tak i „prawda” o życiu w literaturze nie istnieje i dlatego należy przyjąć formę abstrakcyjną, niejako najbardziej odległą od życia do jego przedstawienia?

       Oczywiście, problemu by nie było, gdyby… dać sobie z tym spokój i zająć się czymś innym. Jest tylko jeden problem, o którym już napisał kiedyś G. Orwell, mianowicie: „Każdy – kto raz zaczął pisać – nigdy nie przestanie”. I tutaj jest pies pogrzebany. Bo okazuje się, że, niestety, ale nie można tego rzucić! Widocznie pisarstwo działa jak narkotyk. Chociaż ja widziałbym w tym bardziej iskrę boskości, tzn. możliwość stwarzania własnego świata! Dlatego przyrównałbym pisarstwo do przyjmowania pozycji kogoś na kształt Stwórcy, co, faktycznie, może w jakiejś mierze uzależniać. Oczywiście, różnica jest ogromna: uważa się, że Bóg stworzył wszechświat z niczego, pisarz tworzy z materii, którą już zastał, którą zna; niemniej, korzystając z niej, robi to na tyle dobrze i wprawnie, że inni chcą ten jego świat poznać. A to z kolei może wywoływać u niego poczucie unoszenia się ponad wszystkim i wszystkimi, co jest zapewne niezwykle przyjemnie, bo dające nie tylko uczucie lewitacji, ale również, co istotne, pewnej wyjątkowości.

      Niebezpieczeństwo, jakie się tutaj pojawia, to myśl: czy aby to, co się pisze, jest wartościowe, czy może jest to kicz, albo jeszcze gorzej, czy nie jest to w najczystszej postaci grafomania?! A tym gorsza i niebezpieczniejsza, bo – według przytoczonych wyżej słów Orwella – nieuleczalna!? Cóż, odpowiedź przyjdzie z czasem. I oby dla literata pomyślna. Bo wybór pomiędzy kiczem a grafomanią, to żaden wybór. W obu przypadkach bowiem mamy do czynienia tak naprawdę z porażką. Z dwojga złego jednak lepszy już chyba kicz niż grafomania. W końcu w kiczu zawsze można dostrzec coś pozytywnego, w grafomanii kompletnie nic. Bo ona sama w sobie jest niczym! Zatem… nie pozostaje chyba nic innego, jak robić swoje i wierzyć, że jednak kiedyś dotrze się do celu, do właściwej odpowiedzi.

       28.01 2013 r.

13:13, adelmelua
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 27 stycznia 2013

W środę zamieściłem dwa wpisy – jeden środowy, drugi – z myślą o czwartku. I wszystko w zasadzie jest w porządku, gdyby nie jedno małe „ale”: zapowiedziałem go jako tekst na jutro. Oczywiście, dopóki trwała środa, jak najbardziej był on „na jutro”, gorzej, gdy nadszedł czwartek, bo wówczas tytuł wpisu stał się nieco mylący. Krótko mówiąc zapowiedziałem go tak, jak ci, którzy prowadzą jakiś punkt użyteczności publicznej i gdy muszą wyskoczyć gdzieś na jakiś czas, wywieszają kartkę z napisem: „Zaraz wracam!”. Albo: „Wracam za 5 minut”. Genialne pojęcie czasu. Zawsze mnie takie informacje rozbawiały! I oto w środę, w pośpiechu, sam palnąłem podobne głupstwo. A że nie mam od kilku dni dostępu do internetu (chyba mam zadatki na niezłego hakera, bo zablokowałem sobie dość skutecznie dostęp do internetu), więc nie mogłem zrobić natychmiastowej korekty i wpis został.

Jaki zatem wniosek z powyższego przykładu można wysnuć? Myślę, że bezsprzecznie ten jeden: ludzie, którzy dokonują takich określeń, o jakich pisałem wyżej, mają swoiste poczucie czasu, tzn. chyba w ogóle go nie liczą, więc muszą należeć do grupy pewnego rodzaju wybrańców! Ja, niestety, do nich nie należę. Bo, co jak co, ale czas szczególnie mnie intryguje i nie przestaje nurtować. Więcej – on mnie frustruje i przygnębia coraz bardziej! Ale żeby ten wpis nie brzmiał zanadto pesymistycznie dla równowagi krótki dialog:

On: Co, o co znowu chodzi?

Ona: Jak to o co, jak to o co? Powtarzam ci od miesięcy: chcę mieć z tobą dziecko! Czy to coś złego?

On: Teraz je chcesz?

Ona: Nie irytuj mnie! Wiesz dobrze, że chcę je od dawna. A dzisiejszy dzień jest dobry, jak każdy inny.

On: No tak, tylko że dzisiaj… Która godzina?

Ona: Znowu żartujesz. Świetnie.

On: No dobrze, już dobrze. Wskakuj!

Ona: Słucham?

On: No, mówiłaś przed chwilą, że chcesz mieć dziecko, więc… Wskakuj, moja kowbojko, konik przydreptał!

Ona: Wariat! „Nie dokazuj, miły, nie dokazuj. Nie jest przecież z ciebie znowu taki cud…”

On: Dobrze, dobrze. Lepiej – „dam ci serce szczerozłote, dam konika cukrowego, weź to serce, wyjdź na drogę i nie pytaj się, dlaczego”.

Ona: Uhm, uhm – „Stara baba za straganem wyrzuciła wielki kosz, popatrz jak na złotą drogę, twój cukrowy konik skoczył… Popatrz jak na złotą drogę twój cukrowy konik skoczył…”

            Nie wiem, jak niniejsza historia potoczyła się dalej. Zresztą, to nieistotne. Ważne, że… szczęśliwi jednak czasu nie licząJ

            27.01.2013 r.

14:31, adelmelua
Link Dodaj komentarz »
sobota, 26 stycznia 2013

        Wczoraj napisałem o filmie „Iris”. Jako że i tak przymierzałem się napisać kiedyś tekst o scenach filmowych, więc pomyślałem, że dobrze by było następny wpis poświęcić właśnie owym scenom – tym kluczowym, czy też skupiającym na sobie uwagę widza, przez co w pewien sposób nawet hipnotycznym.

       Takich scen w historii kina jest całe mnóstwo oczywiście. Bo i odeskie schody ze spadającym z nich wózkiem dziecięcym w filmie S. Eisensteina „Pancernik Potiomkin”, powtórzone zresztą później w „Nietykalnych”; i rozmowa, a raczej dialog w filmie „Przesłuchanie” R. Bugajskiego, o którym niedawno tutaj wspominałem; i moment torsji M. Jakusa w filmie F. Falka „Samowolka” – przynajmniej dla mnie jest to scena kluczowa – i to, co te torsje spowodowało; i rozmowa telefoniczna z synem, jaką prowadzi B. Pitt z korytarza szpitalnego w filmie „Babel” A. Inaritu. Takich scen, wręcz genialnych, może być w filmie kilka. Może też być równie dobrze tylko jedna, albo w ogóle. Generalnie jednak filmów z takimi scenami jest dużo, dlatego wymienianie ich tutaj wydaje się nieco bezsensowne. Mimo to chciałbym wspomnieć tutaj o jeszcze jednej scenie. Jest to scena, której nie ma w żadnym znanym Wam filmie, bowiem pochodzi ona z mojego scenariusza zatytułowanego „Utracona część”.

       Nie wiem, może jestem w błędzie, ale taką sceną, niezapomnianą, przykuwającą uwagę widza – przynajmniej w moim zamyśle – miała być scena dotycząca obojga głównych bohaterów – Piotra i Marii. Czy jednak tak rzeczywiście jest pozostawiam ocenie czytających ten tekst. A oto ta scena:

9. Mieszkanie. Wnętrze. Noc (wczesna).

Na stoliku przy łóżku, oprócz szklanki np. z herbatą ustawione są ustawione są cztery ciemne buteleczki o pojemności 30 ml. Każda z nich jest opisana: „Echinacea cpl”, „Arnica cpl”, „Aconitum cpl”, „Eupatorium cpl”.

Maria: Ile?

Piotr: Sama zobacz.

Maria odbiera od Piotra termometr.

Maria: Trzydzieści siedem i cztery.

Piotr: Trzy godziny, a ja czuję się jak nowo narodzony. Gdyby tylko, oczywiście, nie ten pot.

Maria: Poczekaj, kochanie, zaraz cię odświeżę.

Wychodzi z pokoju, idzie do łazienki, nalewa ciepłej wody do miski, zabiera ligninę, ręcznik, a do wody wkłada kostkę mydła i ją trochę „rozmydla”. Następnie wraca i po chwili zaczyna „obmywać”, zrobionymi z ligniny wacikami, leżącego Piotra, który leży nagi i nieruchomy. Cała scena odbywa się w milczeniu. Obecna jest tylko muzyka A. M. Jopek pt. „Cichy zapada zmrok”. Koniec retrospekcji.

       Dobrze by było włączyć sobie ten utwór i dopiero wówczas zacząć czytać tę scenę.

       Oczywiście niezwykle trudno ocenić, czy jest to scena tak znacząca, jak ją opisałem, nie znając reszty scenariusza. Dlatego postanowiłem w dużych fragmentach przedstawić ów scenariusz na moim drugim blogu, do odwiedzenia którego serdecznie zapraszam. Taki tam mały kawałek prywaty

        26.01.2013 r.

13:50, adelmelua
Link Dodaj komentarz »
piątek, 25 stycznia 2013

       Coraz częściej zdarza mi się myśleć, z reguły w kontekście czyjejś śmierci, o swojej. Kiedy ona nastąpi? Jaka będzie? Jakie będą jej okoliczności?

       Dlaczego akurat taka myśl? Cóż, skłamałbym, gdybym powiedział, że o tym nie myślę w ogóle. Myślę, i to dosyć często, niestety. Chyba za często. Albowiem zbyt częste myślenie o tym, tak naprawdę przygnębia i frustruje. A to nic budującego na żadną porę dnia.

       To, co skłoniło mnie tym razem do podobnych myśli, to film „Iris”, poświęcony Iris Murdoch, angielsko-brytyjskiej pisarce, która zmarła na Alzheimera. Obejrzałem ten film po raz drugi i po raz drugi z jednej strony ponownie mnie on uwiódł, z drugiej zaś, niestety, właśnie przygnębił i niejako zmusił do postawienia sobie po raz kolejny pytania – jak będzie wyglądał mój koniec? Kiedy on nastąpi? Czy będzie łagodny, podczas snu, czy może jednak nastąpi w wyniku cięższej czy też lżejszej choroby, odbierając mi po drodze godność i czyniąc mnie ogromnie bezradnym? Tak jakby starość sama w sobie nie była wystarczająco przygnębiająca i nas dostatecznie nie ubezwłasnowolniała.

       W filmie tym wiele było urzekających mnie scen – czułych, niezwykle wzruszających, jednak nie mdłych czy przesłodzonych. Zapewne działo się tak dlatego, że film ten niezmiernie porusza swoją prawdziwością i dramatem odchodzenia. I tak naprawdę nieważne, że chodzi o świetną pisarkę – chociaż przecież nie nieistotne dla kogoś, kto zawsze wykorzystywał swój umysł w sposób niezmiernie kreatywny – istotna jest forma gaśnięcia człowieka, dotkniętego wyniszczającą go chorobą – każdego człowieka.

        25.01.2013 r.

14:03, adelmelua
Link Dodaj komentarz »
środa, 23 stycznia 2013

Albo jest się wrażliwym, pełnym wątpliwości osobnikiem, z niemałą ilością wewnętrznych rozterek, niepokojów, może nawet pozornych sprzeczności, wielkich pragnień i nierzadko nie mniejszych rozczarowań, albo się nim najzwyczajniej w świecie nie jest i wszelkie deliberowanie nad złożonością ludzkiej natury jest po prostu czczą gadaniną i pustosłowiem. I nie ma najmniejszego sensu doszukiwać się w tym jakichś ukrytych, głębszych znaczeń. Po prostu nie wszyscy ludzie są wewnętrznie jakoś szczególnie ubogaceni. Tak jak nie wszyscy są bogaci bogactwem materialnym. I tyle. Dlatego dzisiaj dla wszystkich gra i tańczy zespół - Weekend - z Hańczy!:

– Ja uwielbiam ją, ona to wie i tańczy dla mnie….:):):):)

24.01.2013 r.

15:53, adelmelua
Link Dodaj komentarz »

Oczywistym i zrozumiałym jest fakt kochania swoich bliskich, członków bliższej czy też dalszej rodziny. To normalne, właściwie normatywne. Innych możemy lubić, nie lubić, mogą być nam obojętni. Są też tacy, których, niestety, możemy nienawidzić. Ale czy ci, których kochamy, obdarzamy naszą miłością bezkrytyczną i dozgonną? Czy taką miłością powinniśmy ich obdarowywać tylko dlatego, że są członkami naszych rodzin?

Nieraz w rozmowach ze znajomymi, rodziną stawałem w kontrze do funkcjonującego powszechnie poglądu, że jakoby sama wspólnota krwi, przynależność do rodziny wymusza na nas miłość do jej członków. Krótko mówiąc, jeżeli jest się matką, ojcem, córką, synem, dziadkiem, babcią itd., itp., to powinno się kochać swoich bliskich, bo to w końcu krew z krwi, kość z kości! A nie kombinować i szukać problemu tam, gdzie go nie ma.

Może i tak powinno być, może się czepiam i nie mam racji, rzecz jednak w tym, że dla mnie w takim podejściu do niniejszego zagadnienia problem jest. I to niezmiernie istotny! Bo niby dlaczego mam być zobligowany do miłości i oddania wobec kogoś, kto, co prawda, przynależy do rodziny, jednak on sam taki „rodzinny” już nie jest? Dlaczego niejako odgórnie należy mu się moja lojalność, podczas gdy on sam zachowuje się nielojalnie i postępuje nierzadko jak np. kawał skończonego sukinsyna i w zasadzie tę rodzinę rozbija i próbuje swoim zachowaniem degenerować od środka? Czy takiemu komuś naprawdę należy się moja tzw. „braterska miłość” tylko dlatego, że należy do rodziny? Czy w takim podejściu wszystko jest w jak najlepszym porządku? Czy nie ma w tym źle pojętej solidarności klanowej, przypominającej struktury mafijne? Otóż dla mnie jak najbardziej takie podejście, to tego rodzaju klanowość! Dlatego z takim poglądem się nie zgadzam i jestem w stosunku do niego w głębokiej opozycji. Wynika to z poglądu, że nie więzy krwi, ale przede wszystkim bycie razem, codzienne zmaganie się z życiem, jego problemami, dzielenie się radościami i zmartwieniami rodzą między nami prawdziwe uczuciowe relacje. Dobrze, jeżeli mają one miejsce w rodzinie biologicznej, ale przecież nie zawsze tak jest. Takie właśnie relacje rodzą się nierzadko poza rodziną, pomiędzy ludźmi, których łączy wspólny los.

Świetnym przykładem tutaj na potwierdzenie moich słów jest geneza kształtowania się nowego organizmu, zwanego rodziną. Bo co się dzieje? Oto pewnego dnia spotyka się on i ona i zakochują się w sobie; następnie pobierają się, a za jakiś czas na świat przychodzą dzieci – owoc ich miłości, pożądania i gry hormonów. Jakkolwiek to nazwiemy chodzi o to, że on i ona, czyli mąż i żona, mimo że tworzą już wspólnotę, pozostają dla siebie obcymi sobie ludźmi – obcymi w kontekście więzów krwi, naturalnie. To oczywiście nie przeszkadza im się kochać i w wyniku tej miłości spowodować pojawienie się na ziemi swojego potomstwa. Oczywiście ich dzieci nie będą już ani im, ani sobie obce, będą z nimi i z sobą związane właśnie więzami krwi! Podczas gdy oni – ich rodzice nadal wobec siebie pozostaną obcy. Jednak obcość ta nie wyklucza łączącej ich miłości. Ona może trwać i poprzez wspólne dzielenie życia jeszcze bardziej się umacniać. I dobrze, jeżeli tak jest. Gorzej, że może się ona również skończyć i wówczas… Właśnie, i tutaj dotarłem do sedna: jeżeli miłość, wspólne dzielenie codziennych trosk i zmartwień okazały się zbyt słabym spoiwem dla bycia razem, to niby dlaczego miałyby być silniejsze więzy krwi? Bo co – „bo tak powinno być? Bo jesteś jej/jego ojcem czy matką, więc powinieneś bezwarunkowo kochać?” Nie myślę.

No bo przypuśćmy, że prze 20 lat wychowywaliśmy – nieświadomi tego – nie swoje dziecko, będąc przekonanym, że jest ono jednak biologicznie nasze. Po tych 20. latach okazałoby się, że nasze „prawdziwe” dziecko wychowywał ktoś inny. Ot, pomyłka szpitalna – zdarza się, choć nie powinna. Słowem koszmar! Ale czy w takiej sytuacji przestajemy z dnia na dzień kochać tę osobę, która była z nami prze te 20 lat i traktowaliśmy ją jak własne dziecko? Czy odrzucamy ją i miłość do niej i nie chcemy więcej znać? Przecież do tej pory była naszym dzieckiem naprawdę, nie na niby! Ba, nadal nim jest! Czy nagle z dnia na dzień możemy sobie powiedzieć, że jednak bardziej powinniśmy kochać to biologiczne dziecko, bo ono jest właśnie „krew z krwi”, „kość z kości”? Czy w ogóle tę sprawę można tak rozpatrywać, powinno się ją widzieć w takim świetle? Myślę, że właśnie te wspólnie przeżyte 20 lat są tutaj kluczowe, tzn., że czas zrobił swoje i niewiele, albo prawie nic nie możemy już w kwestii miłości zmienić. Nie przestaniemy przecież nagle kochać tego „starszego”, znanego nam dziecka, a na to miejsce pojawi się gorące uczucie do dziecka „nowego”. Wykluczyć oczywiście takiego zachowania nie można, ale gdyby ktoś tak zrobił, uznałbym go za chorego a swój punkt widzenia w tej sprawie musiałbym mocno zweryfikować. Na dzisiaj, póki co, trwam jednak przy swoim.

23.01.2013 r.

14:27, adelmelua
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 22 stycznia 2013

       Nic niezwykłego – mamy z nimi do czynienia co jakiś czas. Szczególnie wyczekiwane są te uznanych marek. Mnie jednak obchodzą one tyle, co bank problemy jakiegoś klienta, który spóźnia się z zapłatą kolejnej raty. W obu przypadkach mamy do czynienia z faktem i tyle. Zatem...

      Jedna z galerii handlowych. Wchodzą do sklepu znanej marki. Przeglądam ubrania, oceniam, niektóre przymierzam, a następne odwieszam na swoje miejsce. Idę dalej. Wchodzę do następnego tzw. markowego sklepu. Powtarzam cykl: przeglądam, oceniam, przymierzam i… odwieszam na swoje miejsce. Powód? Cena. Mimo 30-, czy też 50-procentowej obniżki nadal skutecznie zniechęcająca! Sprawdzam jeszcze tylko kraj producenta, materiał i… okazuje się, że spodnie, bluza, czy koszulka wykonane są z równie dobrego rodzaju bawełny i pochodzą z tego samego kraju, co inne tego typu rzeczy, na których widnieją znaczki światowych firm, tj.: z Bangladeszu, Pakistanu, Indii, Egiptu, Turcji, czy wreszcie najskuteczniejszych w zarzucaniu świat swoim towarem przebojowych Chin! Wniosek? Prosty: nie płacimy za produkt, jego jakość, ale przede wszystkim za ów znaczek! Znaczek, który nierzadko reklamują gwiazdy filmu, sportu, czy mody, którym trzeba przecież zapłacić całkiem pokaźne pieniądze. Pół biedy, jak reklamują towar, którego często używają, mają z nim do czynienia na co dzień, zawodowo, wtedy jestem w stanie takiemu komuś uwierzyć. Myślę wówczas, że do wykonania odpowiedniego zadania został wynajęty właściwy człowiek. I tyle. Znacznie gorzej przedstawia się sytuacja, gdy chodzi o znaną twarz i towar w ogóle nie mający z tym kimś nic wspólnego. Wówczas o jakimkolwiek zaufaniu do tej osoby i reklamowanego produktu – przynajmniej z mojej strony – mowy być nie może. Instynkt mi podpowiada, żeby jednak nie bezkrytycznie nie wierzyć, zdystansować się. A jak jeszcze taki celebryta biega od reklamy do reklamy, wówczas tylko jeszcze bardziej się upewniam w przekonaniu, że gra idzie o pieniądze, a nie o sprawdzony towar, gdzie na końcu znajduje się dobro klienta. Zatem… spaceruję dalej i w końcu ląduję tam, gdzie jakość towaru wcale nie jest gorsza od tych uznanych marek, jest za to znacznie tańsza. Nie chcę przez to powiedzieć, że w ogóle nie kupuję w ww. miejscach. Czasami to robię. Ale tylko wówczas, gdy czuję się w tym dobrze, produkt mi się podoba, a cena nie jest z kosmosu i jest adekwatna do zawartości mojego skromnego portfela. Krótko mówiąc robię to bardzo rzadko. Czy takie podejście do wyprzedaży jest głupie, bezsensowne? Być może. Ale na takie mnie stać. Poza tym nigdy nie byłem jakoś szczególnie uzależniony od mody, nigdy nie dałem się temu zwariować, więc nic niezwykłego w takim podejściu, bo ono cechuje tak naprawdę większość ludzi. A jak jeszcze na dodatek przyjeżdżają znajomi z zagranicy i widzę ich ciuchy i wiem, ile za nie zapłacili, to ostatecznie już utwierdzam się w swoim przekonaniu, że moje podejście do formy wyprzedaży w Polsce takie znów głupie i nieracjonalne nie jest. Niemniej innym, tym, których stać na ów znaczek firmowy, nie odradzam kupna takiego czy innego ciucha, takiej a nie innej torebki czy buta. Wszystko w końcu jest dla ludzi.

       22.01.2013 r.

17:36, adelmelua
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2 , 3
O autorze
więcej: www.kiler.blox.pl kontakt: czaplinski@tlen.pl