RSS
sobota, 20 kwietnia 2019

       Kiedyś kursowało takie powiedzenie, szczególnie w odniesieniu do kiepskich sensacyjnych filmów, mianowicie: zabili go i uciekł. Piszę o tym, ponieważ ilekroć mam do czynienia ze zmartwychwstaniem Jezusa, a dzieje się tak właściwie zawsze przy okazji Świąt Wielkanocnych, takie właśnie skojarzenie przychodzi mi do głowy. Mimowolnie. Niejako, można by rzec, automatycznie, na zasadzie bezwarunkowej reakcji. Dzieje się tak zapewne dlatego, że jego też zabili – ponoć – a on zaraz po śmierci ukazał się kilku wybrańcom i… tyle go widzieli. Czyli właśnie: zabili go i uciekł!

Jak wyglądała jego śmierć, czy rzeczywiście skonał na krzyżu? – tak naprawdę nie wiadomo. Piszę „nie wiadomo”, bo niby dlaczego właściwie miałbym uwierzyć w historię sprzed dwóch tysięcy lat, podczas gdy wielu posiada nie mniej wątpliwości w odniesieniu do wydarzeń świeżych, jak  np. katastrofa smoleńska. Jeżeli więc inni mogą je mieć, to ja również mam prawo wątpić – tym bardziej, że nie tylko mnie akurat przy tak zwanej męce pańskiej nie było, ale w ogóle nikogo z żadnej gazety czy telewizji, kto mógłby to wydarzenie uczciwie i rzetelnie zrelacjonować. Lecz moje niemałe wątpliwości nie wynikają jedynie z faktu mojej nieobecności w Jerozolimie dwa tysiące lat temu, czy też z nieobecności w tym czasie żadnych mediów, mam ich sporo przede wszystkim z natury rzeczy i wiary w rozum!

Oczywiście, można wierzyć w różne baje – życie ukazuje nam niezwykle szeroką ich gamę, wierzyć jednak w XXI wieku w zmartwychwstanie – czyjekolwiek zresztą, to szczyt niedojrzałości, niewiedzy i ogromnej wiary w złudzenia. Powiem więcej – jestem pewien, iż sam Jezus również w to nie wierzył! To, że ogłosił się synem Bożym wcale nie znaczyło, że jest nim w jakiś nadnaturalny sposób. Oczywiście, był nim w sposób jak najbardziej naturalny, czyli ludzki – z krwi i kości! Był w takim samym stopniu synem, jak my wszyscy jesteśmy synami i córkami, naturalnie, w przypadku kobiet, jedynie w wymiarze czysto duchowym. Transcendentalnym. Jestem pewien, że wierzył przede wszystkim w pewną ideę duchowości i jedności z tzw. Ojcem Niebieskim, którą głosił, a którą chciał, żeby inni przyjęli jako swoją.

Niewykluczone, iż doszedł do tej wiedzy poprzez jakieś widzenie, czy też objawienie. Może poprzez intuicję podpartą sobie tylko znaną wiedzą – nie mam pojęcia. Myślę jednak, że w pewnym momencie swojego życia doszedł do przekonania, które uświadomiło mu możliwość wewnętrznej jedności z Boskością – bytem idealnym, doskonałym, w wymiarze jedynie czysto pozamaterialnym. Dlatego tak bardzo był obojętny na śmierć. Ba, wręcz ją przyzywał, obarczając Judasza, który, wydaje się, jako jedyny z apostołów rozumiał go, zadaniem tragicznym: wydania swojego Mistrza i Nauczyciela w ręce Rzymian, za co zresztą zapłacił cenę najwyższą – swoim życiem!

Czy Jezus wierzył, że podczas swego cierpienia na krzyżu Bóg w jakiś sposób zareaguje? Nie wiem. Jeżeli się tym łudził, to znaczy, że stracił kontakt z rzeczywistością i światem realnym. A, jak wiemy, głupi nie był. Mógł być niewykształcony, z całą pewnością jednak nie był głupi! Myślę, iż doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że ktoś taki jak Bóg, którego chwałę głosił, jako nieziemską i niematerialną doskonałość, najzwyczajniej w świecie nie może ingerować w jego świat, w ziemski porządek. Świat żydowskiego kaznodziei bowiem był i jest Mu całkowicie obcy! Aż po sam koniec czasu.

 To nie greckie czy rzymskie mity, gdzie taka ingerencja była możliwa. Ten świat – świat materii, to całkiem inna działka, przynależąca jedynie do nas. Królestwem Boga Jezusa jest zupełnie inna rzeczywistość, inny jego wymiar! I Jezus, jestem o tym święcie przekonany, zdawał sobie z tego doskonale sprawę. A że jego ostanie słowa zachwiały w nim tę wiarę, to, tak naprawdę, niczego nie zmienia. Swój cel osiągnął: wstrząsnął ludzkimi sumieniami! Na wieki. A także wskazał nam drogę, którą powinniśmy pójść. Czy poszliśmy po niej, to już inne zagadnienie.

20.04.2019 r.

09:12, adelmelua
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 18 kwietnia 2019

Przepowiedni, z reguły zwiastujących koniec rodzaju ludzkiego, a tym samym wieszczący koniec czasów w historii ludzkości było wiele. Ich źródłem były zarówno przeróżne kultury, jak i osobni jasnowidze, czy też poszczególni prorocy. Ich wizje różniły się od siebie, co naturalne, ale chyba niemal wszystkie zakładały (zakładają nadal, w końcu jeszcze nie wypełniły się ostatecznie) koniec naszego świata. Odmienne jedynie podawały terminy, okoliczności i w ogóle wyobrażenia samego końca tego smutnego dla nas wydarzenia. To, że z reguły owe przepowiednie kończą się dla nas fatalnie, wiemy nie od dzisiaj. To, czego nie wiemy, to jedna podstawa rzecz: dlaczego one wszystkie wieszczą taki koniec? Czy naprawdę innej przyszłości dla nas nie przewidziano? Żadnej nadziei? Katastroficzne proroctwa muszą się wypełnić, bo przyszłość nasza i naszej planety jest już jasno określona i zdeterminowana poprzez swoją nieuchronność zdarzeń?

Oczywiście niezwykle trudno w takim kontekście, z jakim mamy do czynienia, szukać innych, pomyślniejszych rozwiązań. Tym bardziej trudno, gdy na co dzień widzi się naszą bezmyślność i krótkowzroczność w pochodzie niszczenia, który odbywa się pod szumnymi hasłami rozwoju cywilizacyjnego. Dlatego tak bardzo nie zaskakują i nie szokują przepowiednie Nostradamusa, królowej Michaldy ze Saby, Apokalipsa św. Jana, wizje Edgara Cayce’a, czy też mity poszczególnych kultur.

Do największych wizjonerów bezsprzecznie należał Michel de Nostredame. Stąd też zjawisko określające zbieżność owych przepowiedni z obecnymi wydarzeniami nazwane jest efektem Nostradamusa. Czy słusznie? – nie wiem. Mówi się rożnie, a ja nie czytałem jego centurii w oryginale, w których ukrył naszą przyszłość, żeby stwierdzić to autorytatywnie. Tym bardziej, że ich treść odczytywana jest z reguły post factum, co, naturalnie, może działać na ich niekorzyść. Poza tym wszystkie przepowiednie mają to do siebie, że wieszczą podobnie, czyli nieciekawy koniec dla rodzaju ludzkiego i jego świata. Koniec tym bardziej przerażający, bo, jak się okazuje, w kontekście długości życia cholernie bliski!

Zapewne niejeden z czytelników pamięta tę gorączkową atmosferę, która towarzyszyła nam przy końcu 2012 roku. Skończy się nasz świat, czy może jednak będzie trwał dalej w najlepsze? – dopadało nas zewsząd magiczne wręcz pytanie. Niepokój ten wiązał się z różnego rodzaju katastroficznymi przepowiedniami, wśród których prym wiódł Tzolkin, tj. dokładnie uniwersalny moduł harmonii, w którym zapisane zostały przez Majów wszystkie programy i wzorce czasu oraz cały ewolucyjny dorobek ludzkości. Wychodzili oni bowiem z założenia, że czas, to nie tylko to, co nam się przydarza, ale również informacja, której nośnikiem jest światło. Dlatego, jeżeli kalendarz ten w jakimś zakresie oddziałuje na nas, to z całą pewnością jest to działanie jak najbardziej pozytywne, mające nas skierować na właściwą ścieżkę rozwoju, czyli dotarcia do pierwotnej pamięci tkwiącej w naszej świadomości. Innymi słowy chodzi o to, że Tzolkin to nie zniszczenie i Armagedon, ale plan ratunkowy dla całej ludzkości! Wiedza bowiem zapisana w tym kalendarzu dotyczy całej wiedzy wszechświata, a Majowie jedynie zakodowali ją w sposób matematyczny w swoim kalendarzu, zarówno dla siebie ówczesnych, jak i wszystkich następnych pokoleń mających się pojawić na ziemi.

Jako że, jak wiadomo, w dniu oczekiwanego z bojaźnią końca świata, czyli 21.12.2013 r. nic zwiastującego nasz rychły koniec nie nastąpiło, więc po tej dacie pojawiły się próby wyjaśnienia braku kolejnego w naszych dziejach Armagedonu. Dzisiaj o wiele spokojniejsi wiemy, że nie chodziło tak naprawdę o żaden kres naszej cywilizacji, a jedynie przejście z jednego etapu życia w kolejny. Cykle te Majowie podzielili w tzw. Długiej Rachubie na13 baktunów, gdzie jeden baktun liczył ok. 400 lat. Zatem wychodzi na to, że jeden pełny cykl, to ok. 5200 lat.

Jak wspomniałem już wyżej, kalendarz ten jest kosmicznym zapisem przyszłości dla całej ziemi, więc tym samym dla nas dzisiejszych, jak i wielu innych pokoleń mających nastąpić po nas. To jednak, co chyba najistotniejsze tutaj to fakt, że nic złego ten kalendarz nam nie zapowiada. Chodzi o to, że dokładnie 25 lipca 2013 skończył się siódmy rok l3-letniego cyklu, tzw. rok Wichru, po czym następnego dnia weszliśmy w ósmy rok, który zainicjował tzw. rok Galaktycznego Ziarna. Znaczy to mniej więcej tyle, że osobnik, który pracuje z Kalendarzem Trzynastu Księżyców, w tym właśnie dniu wszedł w nową epokę zsynchronizowany z naturalnym rytmem Tzolkin i z naturalnym rytmem słońca. Innymi słowy chodzi o to, że my – pojedynczy, powinniśmy postawić w tym czasie na rozwój duchowy, na realizowanie siebie w wielu aspektach swojej działalności, na pobudzenie ukrytych w nas talentów i zdolności oraz szukanie w sobie twórczego natchnienia. A wszystko po to, żeby w końcu dokonało się w nas wszystkich przebudzenie pierwotnej pamięci, co, jak „mówi” kalendarz, dokonać się może jedynie zbiorowo i najszybciej ok. roku 2040.

Można oczywiście w owe przepowiednie wierzyć bardziej lub mniej, można nie wierzyć w ogóle, ale jest jedna rzecz, na którą powinniśmy zwrócić uwagę: chodzi o to, co lub kto mógłby dokonać dzieła owego wszechpotężnego zniszczenia?

Pytam o to dlatego, że o ile dawniej odpowiedź wydawała się niezmiernie prosta, o tyle dzisiaj już taka oczywista nie jest. A nie jest taka, ponieważ, o ile kiedyś zniszczeń na ziemi dokonywała w zasadzie niejako sama natura, to ona decydowała o typie katastrofy: czy będzie to dżuma, albo jakaś inna cholera; czy dotknie nas pożoga, czy też może jednak potop; czy będziemy mieć do czynienia z trzęsieniem ziemi, wybuchem jakiegoś wulkanu, czy też uderzeniem w nas jakiejś asteroidy – o tym wszystkim decydowały razem i z osobna w zasadzie jedynie siły natury! Dzisiaj o tyle sprawa się zagmatwała, że do czynników sprawczych ewentualnych zniszczeń dołączył również człowiek. I, niestety, doszlusował jako najbardziej realne i niebezpieczne narzędzie ostatecznej zagłady! Doszedł bowiem jako element nierzadko niezmiernie bezmyślny, nieobliczalny, a tym samym również nieprzewidywalny. Dlatego należałoby postawić w tym miejscu następujące pytanie: Co zatem może wynikać z tego dla nas na przyszłość?

Przede wszystkim, tak myślę, najistotniejsze jest to, że jakakolwiek próba odczytania przyszłości stała się w ten sposób niezmiernie trudna do przewidzenia. Dlatego, że my sami jesteśmy ogromnie nieprzewidywalni w swoich działaniach. Chyba jeszcze bardziej niż sama natura. Z czego wynikać może sugestia, iż być może nadszedł najwyższy czas zrewidować, jeżeli nie wszystkie, to przynajmniej pokaźną część przepowiedni dotyczących naszej przyszłości. Może należałoby inaczej spojrzeć na przepowiedzianą nam Apokalipsę, Armagedon czy też inny holocaust. I to nie tylko dlatego, że teraz to właśnie my możemy na równi z naturą dokonać unicestwienia ziemi i występującego na niej życia, ale również dlatego, że możemy pójść w całkiem odmiennym kierunku i być sprawcą zapobiegnięcia jakiejkolwiek katastrofie! Każdy bowiem ruch, zarówno przybliżający nas, jak też oddalający od ostatecznej hekatomby, może być w zasadzie zależny od rozwoju naszej świadomości, od tego, czy wprowadzimy czynem w życie ziemi nieznacznie zmienione powiedzenie króla Ludwika XIV: A po nas choćby potop, czy też jednak staniemy na jego przeciwległym biegunie i powiemy: Jutro też jest dzień. Musimy o niego zadbać dla potomnych, dla naszych dzieci!

Czy, aby dojść do takich wniosków konieczne są jakieś wizje i wynikające z nich proroctwa? Myślę, że niekoniecznie. Wystarczy uważna obserwacja działalności człowieka i znajomość naszej natury, a właściwe wnioski nasuną się same. Koniec naszego świata tak czy inaczej będzie, bo, jak wiemy, nic nie trwa wiecznie – oprócz zmienności naturalnie. Innymi słowy to, że nasz świat kiedyś dotrze do swego kresu, to nic odkrywczego. Znając bowiem naszą naturę bardzo dobrze wiemy, iż człowiek potrafi zrobić niezwykle paskudny śmietnik wokół siebie, coś na kształt stajni Augiasza, gdzie jedynym wyjściem wydaje się skierowanie na ten śmietnik koryta rzeki.

Jeżeli więc w czasach, kiedy nastąpił biblijny potop, człowiek tak właśnie bezmyślnie napaskudził, że żył niejako w chlewie, to nic dziwnego, iż ów genialny kataklizm był w zasadzie niezbędny! Dlatego też, jeżeli już jest nam w ogóle pisany jakiś koniec, to przyznaję, że nie miałbym nic przeciwko temu, aby był on podobny do tego, co miało miejsce w zamierzchłej przeszłości. Krótko mówiąc – potopowi nie mówię nie! I tak za naszą bezmyślną działalność byłaby to najdelikatniejsza kara, jaka mogłaby nas spotkać.

Jakakolwiek ostatecznie zapadnie decyzja z wyroku natury, wybór w kwestii dalszego życia na ziemi bez wątpienia leży również w naszych rękach. Dlatego powinniśmy uczynić wszystko, co w naszej mocy, żeby ewentualnego kataklizmu z własnej winy uniknąć, ale też w miarę możliwości przeciwstawić się niszczycielskiej sile natury. Tyle że jednak nie walcząc z nią, a jedynie próbując się przed nią w miarę możliwości zabezpieczyć. Tyle zrobić możemy. Tyle zrobić powinniśmy. Tyle zrobić musimy!

18.04.2019 r.

11:01, adelmelua
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 16 kwietnia 2019

Intuicja – czym ona jest? Zmysłem, tym atawistycznym instynktem odziedziczonym po naszych przodkach? A jeżeli tak, to czy ona również jest dowodem na… powtarzalność naszego bytu, na naszą reinkarnację? Czy jest doświadczeniem zakodowanym w genie pamięci, ukrytym głęboko na co dzień w naszej podświadomości, dzięki czemu możemy w sposób nie do końca uświadomiony, korzystać z jej zasobów? Czy dlatego, że już kiedyś byliśmy i przeżyliśmy jakiś byt, dzisiaj jesteśmy nagrodzeni właśnie intuicją, tym czymś nienamacalnym, co ma nam podpowiadać właściwy wybór, ostrzegać nas przed niebezpieczeństwem, kierować na właściwy trop? A jeżeli tak, to czy naprawdę korzystamy z tego klucza właściwie, jeżeli w ogóle korzystamy?

Mimo że od momentu kiedy pisałem te słowa minęło dwadzieścia lat i, mam nadzieję, trochę ewoluowałem w swoim rozwoju w tym czasie, to od tamtej pory temat ten w zasadzie postrzegam podobnie. To znaczy postrzegam go poprzez trzy główne składniki tego zagadnienia:

    1. Reinkarnacja i wynikająca z niej oczywiście metempsychoza, czyli wędrówka duszy, co można podzielić na dwa podpunkty:

a) hipnoza, czyli medium,

b) ewolucja, czyli rozwój.

2. Mózg, jako siedlisko owej duszy, czyli miejsce niejako pamięci genetycznej;

3. Czas i Energia, jako forma Bóstwa, czyli Najwyższej Siły panującej we wszechświecie, w której wszystko powstaje, trwa i odchodzi.

Trzy powyższe punkty – zagadnienia wiążą się ze sobą, tworząc nierozerwalną całość. Dwa pierwsze ściśle, trzeci bardziej w sposób pośredni.

I tak: człowiek poddany hipnozie jest w stanie przenieść się nie tylko w swoją bliższą i dalszą przeszłość obecnego bytu, ale, i to jest kluczowe, jest również w stanie przenieść się w przeszłość swojego poprzedniego wcielenia – niekoniecznie nawet, co zastanawiające, w obrębie tej samej płci. A jeżeli tak się dzieje, to znaczy, że pamięć o poprzednim wcieleniu nie może być „ukryta” w innym miejscu naszego ciała, jak właśnie w mózgu, co, jak powszechnie wiadomo, nie jest niczym odkrywczym. Idąc jednak dalej tym tropem musimy dojść do następującego wniosku: jeżeli przyjmiemy założenie o nieśmiertelności duszy, to tego rodzaju doświadczenie (hipnoza) musi przekonywać o tym, iż duszą jest w naszym mózgu coś, co nazwałbym kodem genetycznym. A jako kod, przekazywany kolejnym wcieleniom, z założenia pozostaje bytem nieśmiertelnym, tym samym wiecznym! (Łącznik z punktem trzecim!) Dzięki czemu możliwa jest nasza ustawiczna ewolucja i doskonalenie się. Dlatego nie sposób w tym miejscu nie zadać następujących pytań:

1.Co się w takim razie dzieje z duszą po śmierci – wciela się w kolejny byt?

2.Czy na kolejne wcielenie trzeba długo czekać, czy też nie i czy z chwilą odejścia ze świata żywych odradzamy się w innym wcieleniu, niekoniecznie tutaj – na ziemi?

3.Czy może jednak ponosi się jakąś odpowiedzialność za nasze niegodziwości uczynione przez nas innym ludziom?

4.A może jest tak, że to życie tutaj, kolejne, jest właśnie naszą karą? To materializowanie się w postaci ludzkiej, zamiast istnienia wiecznego jako bytu poza jakąkolwiek materią, jest naszym czyśćcem?

5.  Czy w ogóle życie ma jakiś głębszy sens?

6.  Czy może sensem życia jest samo istnienie?

7.  Czy idea reinkarnacji jest bezpodstawna?

8. Czy możliwy byłby rozwój człowieka właśnie bez reinkarnacji?

9. Jeżeli reinkarnacja jest faktem, to dokąd i do czego zmierzamy?

10.  I po co? I dlaczego? I dla kogo?

11. I czy skończy się kiedykolwiek ów łańcuch kolejnych wcieleń?

12. Czy może on tym samym prowadzić do nieśmiertelności?

Jeżeli jednak tak nie jest, jeżeli sens życia nie tkwi w samym byciu tu i teraz, w kolejnych narodzinach i kolejnej śmierci, to skąd biorą się u nas odczucia wcześniejszego już istnienia – nasze deja vu? Jak wytłumaczyć istnienie medium, które przenosi się w odległy nam wiek, w inne ciało – również odmienne płciowo, w inny obszar kulturowy, językowy? Czy to wszystko, to jedynie nowoczesna szarlataneria i totalne bzdury i naciąganie?

Pytań w zasadzie można postawić tutaj bez liku i zawsze, co naturalne i zrozumiałe, będzie ich więcej niż odpowiedzi. Nie znaczy to jednak, że nie powinno się ich stawiać. Ja je postawiłem. Wy, jak chcecie, możecie próbować na nie odpowiedzieć i poszukać kolejnych. Stawianie ich bowiem to nie tylko nasz egzystencjalny obowiązek, to praktycznie moralny imperatyw! Poza tym ich stawianie może nas kiedyś przybliżyć do właściwej odpowiedzi na podstawowe pytania – pytania, które brzmią: Kto? Dlaczego? W jakim celu? – itd., itd.

16.04.2019 r.

09:51, adelmelua
Link Dodaj komentarz »
sobota, 13 kwietnia 2019

Ludzie od niepamiętnych czasów zawsze potrzebowali wiary. Po to, by lżej było trwać. Piszę „wiary” – nie religii, albowiem są to dwa diametralnie różne znaczenia. O ile bowiem wiara jest czymś naturalnym, wewnętrznie związanym z człowieczeństwem, z naszym bytem, o tyle religia – każda religia jest jedynie zinstytucjonalizowaniem tej wiary, takim jednak zinstytucjonalizowaniem, które nie wychodzi człowiekowi na dobre.

            Naturalnie, nie wszyscy przynależą do jakiejś religii, niektórym wystarcza właśnie jedynie – i aż! – sam akt wiary. Niemniej – i jestem tego pewien! – wszyscy w coś wierzą. Albowiem nawet niewiara jest również, paradoksalnie, pewnego rodzaju wiarą. To jednak, co w niniejszym kontekście mnie zastanawia, to: skąd się wiara bierze, co jest jej przyczyną i dlaczego w ogóle jest?!

Wiara, co zrozumiałe, potrzebna jest nam w różnych aspektach życia – w biciu sportowego rekordu, pokonywaniu własnych słabości, przy egzaminach, przed jakimś poważnym zabiegiem medycznym, krótko mówiąc można tym samym przyjąć – tak jak już wspomniałem wyżej – jest ona immanentną cechą naszego bytu. Mnie jednak nie intryguje ona jako taka, mnie interesuje ta jej odsłona, która występuje w obszarze czysto duchowym, czyli wiara w Boga!

Przyjmuje się powszechnie, że Bóg jest jeden (inni, pomniejsi po drodze do dzisiaj, można powiedzieć, nie wytrzymali próby czasu i odeszli w niebyt), dróg jednak, czyli religii, wyznań czy pomniejszych sekt, wiodących do Niego, jest wiele. Większość tych dróg, którymi podążamy, dziedziczymy w zasadzie po rodzicach, rodzicach rodziców i jeszcze wcześniejszych antenatach naszych rodów, krótko mówiąc – przejmujemy je w spadkowej schedzie, po czym w tym odziedziczonym obszarze jesteśmy następnie kształtowani, by trwać w tym błogim letargu siłą inercji i przyzwyczajenia.

Czego bym jednak tutaj nie napisał, jakiej bym nie przytoczył argumentacji naszej religijności, to u większości ludzi wynika ona przede wszystkim, niestety, z niewiedzy, a także ze strachu przed nieznanym, tajemniczym, niepojętym po naszej śmierci. O ile jednak bojaźń czy strach można tutaj zrozumieć i wytłumaczyć, o tyle z niewiedzą jest już o wiele trudniej. Jest ona bowiem niczym innym jak stanem naszej ignorancji, bezmyślności i nierzadko wygody. A tego tak łatwo wytłumaczyć już się nie da, bo ów stan zależny jest tylko od nas, od naszych chęci i pragnienia poznania odpowiedzi na najważniejsze pytania dotyczące prawdy naszego bytu. Jednak nie tej prawdy podporządkowanej pewnej idei, którą serwuje nam tzw. Pismo Święte, lecz tej naukowej, opartej na wnikliwych badaniach tego wszystkiego, co odziedziczyliśmy po naszych przodkach.

Gdy wykonamy ów niezbędny krok ku przyszłości, ku, powiedziałbym, oświeceniu, wówczas, odkryjemy z niemałym dla siebie zaskoczeniem, że jednak religia wciśnięta w schemat kościelnych rytuałów niewiele ma wspólnego z prawdziwą wiarą, z autentycznym przeżywaniem relacji: Bóg, czy raczej Boskość – człowiek. Więcej – jestem pewien, że zrozumiemy wówczas, iż zbliżenie do tej właśnie idei Boskości powinno się odbyć na innej, duchowej płaszczyźnie, a nie poprzez uczestnictwo w pustych, nic nieznaczących religijnych gestach i że aby zrozumieć i poznać, musimy się przede wszystkim zmienić! A pozostając w Kościele – jakimkolwiek! – tym bardziej w takim, z jakim obecnie mamy do czynienia, nie zmieni się nic. Łącznie z nami. Bo nie religie, a religia, tylko jedna – uniwersalna i powszechna! – jest nam w stanie tutaj pomóc. Ich natłok bowiem od wieków powoduje, iż pozostają one jedynie najjaskrawszym przykładem naszej intelektualnej gnuśności, polegającej na akceptacji tego, co nieprawdziwe, naciągane, bzdurne, wręcz infantylne, pozostając przy tym jednocześnie jedynie zarzewiem nienawiści, wynikającej przede wszystkim z nietolerancji i wszelkiego rodzaju uprzedzeń. To one wypaczają człowieka, więc tym samym również świat, w którym przychodzi nam żyć.

Dlatego dopóki nie nastąpi w nas zmiana myślenia, dopóki społeczeństwa będą trwały w niewiedzy, nie zerwą kajdan duchowego zniewolenia, dopóki będziemy traktować nasze potrzeby w zakresie transcendencji powierzchownie, dopóty wszystkie Kościoły tego świata i my sami będziemy mieli niewiele wspólnego z prawdziwą wiarą, właściwym pojmowaniem idei Boskości i relacji z Nią.

13.04.2019 r.

14:15, adelmelua
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 11 kwietnia 2019

Napisałem kiedyś, że po śmierci rozpraszamy się w Boskości, to znaczy w Energii, wierząc, że Boskość, to właśnie owa Energia wypełniająca cały wszechświat, podczas gdy drugą jej częścią, uzupełniającą, jest oczywiście Czas. Argumentem potwierdzającym moją tezę iż Boskość, oprócz Energii, to również wszechpotężny i wszechobecny Czas, jest  podanie o Adamie i Ewie. Pomijam tutaj moje opowiadanie zatytułowane Wygnanie z raju i dowodzenie w nim, iż związek ten jest przykładem pierwszego mezaliansu w historii ludzkości, bo to zarówno inna Ewa, jak i inny Adam, chodzi mi w tym momencie przede wszystkim o historię biblijną tego związku.

Otóż w tej wersji ich historii, do momentu należytego przestrzegania przez parę pierwszych ludzi wszystkich nakazów i zakazów ustanowionych przez biblijnego Boga, raj był rajem, a oni szczęśliwymi wybrańcami. Kiedy jednak sięgnęli po zakazany owoc z drzewa poznania, wówczas stała się rzecz straszna: ujrzeli swoją nagość, albowiem zgrzeszyli! Czego następstwem było prawdopodobnie otwarcie się niejako puszki Pandory, która zwiastowała nam: choroby, cierpienie, smutek i rozpacz, ból i, co dla mnie w tym przypadku najistotniejsze, przemijalność, czyli bolesne doświadczenie upływającego czasu. Od tego momentu biblijny Bóg doświadcza ich w sposób okrutny i dotąd im zupełnie nieznany, od tego momentu są tacy jak ich potomkowie, czyli my: starzeją się! Okazuje się bowiem, że wraz z popełnionym przez siebie grzechem, utracili swoją doskonałość: nieśmiertelność!

Zapewne nieraz zastanawialiście się nad tym, czy w ogóle możliwe jest osiągnięcie przez człowieka nieśmiertelności. Oczywiście w sensie fizycznym, jak wiemy, dzisiaj jest to niemożliwe. Czy kiedykolwiek będzie inaczej? – rzecz bardzo wątpliwa. Wiem za to jedno: że jeżeli jakaś ponadmaterialna siła istnieje, która w jakiś tylko sobie wiadomy sposób kieruje naszym życiem i nie tylko naszym, to góruje nad nami bezsprzecznie jednym: właśnie nieśmiertelnością! Stąd wnioskuję, że gdybyśmy ją kiedyś osiągnęli, stalibyśmy się równi owej sile, a tym samym… Właśnie, komu tym samym stalibyśmy się równi? A może czemuś równi? Jakakolwiek jednak padnie tutaj odpowiedź, pytanie podstawowe, jakie się tutaj musi pojawić, brzmi: Czy naprawdę potrzebna nam jest w ogóle jakaś odpowiedź? Czy odpowiedź na dręczące nas pytania dotyczące kwestii zasadniczych, bo egzystencjalnych, uczyniłoby nas szczęśliwszymi? A może właśnie odebrałoby nam chęć do dalszego życia?

Niestety, choćbyśmy nie wiem jak bardzo się starali, czasu nie uda nam się w żaden sposób zatrzymać. Nigdy! Ta oczywista prawda dotarła do mnie najgłębiej i najboleśniej nie wówczas, gdy począłem zauważać pierwsze oznaki bezwzględnego wpływu jego działania na mnie, lecz bardziej dotkliwie wtedy, gdy ze smutkiem skonstatowałem, jak wielu ludzi, którzy wydawali mi się wieczni i niezniszczalni, odchodzą jeden po drugim na drugą stronę – tę, na którą żaden z żyjących nie ma prawa wglądu choćby na moment. Więcej – oprócz powyższej konstatacji doszło do tego również, niestety, bolesne uświadomienie sobie, że niezmienność istnienia jest niezmiernie brutalna w swojej dosłowności.

Czy wierzyłem w to, że jest inaczej? Oczywiście że nie! I tak naprawdę nie w tym rzecz. Istotne jest tutaj co innego – nasze złudzenia. Złudzenia, które, gdy jesteśmy młodzi i nie zastanawiamy się nad tym zagadnieniem – przynajmniej nie za często – rodzą nadzieję, że jest jednak inaczej, a Czas jest i będzie z całą pewnością dla nas łaskawszy.

No bo czymże tak na dobrą sprawę jest życie, jak nie balonikami właśnie owych złudzeń, które, niestety, ale dzień po dniu, miesiąc po miesiącu, a wreszcie rok po roku pękają z mniejszym czy też większym hukiem pod naporem rzeczywistych zdarzeń. Ale czy tylko dlatego że tak jest, powinniśmy przestać się łudzić? Otóż nie, nie powinniśmy! Życie bowiem bez złudzeń, bez nadziei zmiany na lepsze, bez stawiania zasadniczych egzystencjalnych pytań i szukania na nie odpowiedzi, byłoby zbyt płaskie, nazbyt przyziemne, szare i jednowymiarowe, bez wzlotów tak nam niezbędnych do sięgania po niemożliwe. Byłoby zwyczajnie monotonne i bezbarwne, a my tym samym bylibyśmy pozbawieni wręcz niejako skrzydeł, których dostajemy, gdy dotyka nas szczęście. I nieważne, że są to tylko krótkie i ulotne chwile – istotne, że są i że mogą być naszym udziałem. Choćby i wbrew bezwzględnemu właśnie upływowi Czasu.

Nie wiem, czy jest coś lub ktoś ponad tym wszystkim, co żyje albo też jest martwe, i tym niejako odgórnie steruje, tzn. ma nad tym kontrolę. Wiem jedno – że nigdy tego problemu nie zgłębimy. I przyznam, że nawet nie wiem, czy bym osobiście tego chciał, gdybym nawet mógł. Bo z jednej strony, gdybym nagle z niewiadomych powodów został wybrańcem „losu” i mógł dowiedzieć się o co w tym wszystkim chodzi, mógłbym oczywiście poczuć się wyjątkowo – w końcu nie wiedzieć czemu zostałbym wyróżniony, spośród kilku miliardów istnień, dostępem do wiedzy właściwie tajemnej. Z dnia na dzień stałbym się gnostykiem! Ale to tylko jedna strona medalu, jej druga strona już taka radosna by nie była – istniałaby bowiem realna wątpliwość osiągnięcia z tego tytułu stanu zwanego szczęściem. Wychodzi więc na to, że tak naprawdę, to gra niewarta świeczki.

Rozpatrując w tym kontekście niniejsze zagadnienie dochodzę do wniosku, że nasza śmiertelność jest o wiele lepsza od nieśmiertelności jakiejkolwiek w ogóle. A to dlatego, że jest po prostu znana, wiec tym samym bezpieczniejsza. Niejako obłaskawiona. Nieśmiertelność natomiast… Cóż, ta jest nam oczywiście dostępna tu i teraz. Ona trwa. Razem z pamięcią o nas, naszych bliskich, naszej historii. To wspólna pamięć ludzkości! I dopóty będziemy nieśmiertelni, dopóki ona będzie pewien sposób „żywa” we wspomnieniach innych. Wraz z jej odejściem również i my odejdziemy. A wtedy…

– Tedy niech nam ziemia lekką będzie. AmenJ

11.04.2019 r.

06:10, adelmelua
Link Dodaj komentarz »
środa, 10 kwietnia 2019

Już dawno nic nie napisałem o naszym życiu politycznym – jak postrzegam trwający właśnie strajk nauczycieli, wcześniej protesty pracowników sądów i prokuratur, rolników, a także taksówkarzy,  i w ogóle, co się dzieje tu i teraz, a co decyduje o naszej egzystencji. Nie podejmowałem tych tematów z jednego zasadniczego powodu: gdy słucham czy oglądam panów, niestety, panie również, szczególnie te z PiS-u, którzy komentują obecne wydarzenia, paw drzemiący sobie gdzieś cichutko w moim żołądku ze wszystkich sił pragnie wydostać się na zewnątrz. I nieważne gdzie – na ścianę, trawę czy też w jakieś inne ustronne miejsce, on zwyczajnie chce wydostać się na świat tam, gdzie znajdują się ci wszyscy, których chciałby objąć swoimi pełnymi ciepła ramionami. Więc milczę. Zresztą, tak po prawdzie, to o czym tu pisać? Że wiedziałem, że strajki będą? Że im dłużej palanty będą rządzić, tym bardziej król będzie nagi? W końcu pisałem już o tym nieraz. Jeżeli w swoich przewidywaniach się myliłem, to jedynie co do jednej rzeczy: czasu tych strajków. Chociaż i tutaj można by polemizować: przewidywałem ich pojawienie się po dwóch latach rządów Prawa i Sprawiedliwości!

I tak też było, tyle że wszystko rozłożyło się czasie – i protest (niesubordynacja) policjantów, i lekarzy rezydentów, którzy zostali w końcu oszukani; i pielęgniarek; i demonstracje pracowników sądów i prokuratur; ogólnie kobiet i KOD-u, a teraz doszedł jeszcze protest rolników, taksówkarzy, a wszystko zamyka strajk nauczycieli. Więc pisać o tym, co było dla mnie nieuniknione, jest zbyteczne i zwyczajnie nie chce mi się tego robić. Bo to jedynie mowa-trawa i bezproduktywne bicie piany. A ja takiej sytuacji mam serdecznie dość! Dlatego ostatnie dni w tym miejscu poświecę na teksty, z których pierwszy ukazał się cztery dni temu – teksty, pochodzące z mojej drugiej książki Od Zeusa do Jezusa. Oczy szeroko otwarte. Jutro kolejny fragment pochodzący z niej.

P.S.

Ostatnio umieściłem adres mojej strony, ale nie wiem dlaczego link nie odsyłał na nią. Dlatego poprawiłem adres i bezpośrednio skierowałem już na niniejszą książkę. Oto on: http://jczaplinski.pl/od-zeusa-do-jezusa/

10.04.2019 r.

11:10, adelmelua
Link Dodaj komentarz »
sobota, 06 kwietnia 2019

Zanim się rozstaniemy, tzn. na dobre niniejsza platforma zamknie dla nas swoje podwoje, przedstawię Wam kilka tekstów, które ukazały się tutaj już jakiś czas temu, co prawda, lecz które nie tylko poprawiłem, co istotne, ale też porządnie rozbudowałem, nadając im dużo mocniejszą formę w swoim przekazie. Zrobiłem to z jednego zasadniczego powodu: chęci wydania drugiej części dyptyku zatytułowanego Od Zeusa do Jezusa. Różnica pomiędzy nimi, oprócz oczywiście zawartych w nich treści, tkwi w podtytule. O ile bowiem część pierwsza nosiła podtytuł Z przymrużeniem oka, o tyle część druga brzmi – Oczy szeroko otwarte. Aha, i jeszcze jedna rzecz różniąca je: w pierwszej części znajdują się opowiadania, które są przeplecione tekstami z Codziennika…, druga część takich opowiadań jest pozbawiona. Tutaj znalazły się jedynie rozbudowane wpisy z bloga.

Zatem – przyjemnego czytania.

       Teleskop Hubble’a, K-Pax i świat w sześć dni

      Kiedyś, przed tysiącami lat, jak wiadomo na ziemi panowało wielobóstwo. I myślę, że to rozwiązanie było najlepsze z możliwych, jeżeli chodzi o obszar naszych zainteresowań transcendentalnych. Politeizm bowiem był dla człowieka ideą najbardziej strawną, najlepszą formą logicznego i prostego wytłumaczenia otaczającego nas świata. Niestety, z czasem to się zmieniło. Uproszczono zarówno wizję stworzenia świata, jak i jego porządku, i miejsce politeizmu – częściowo świadomie, a w pewnym zakresie przez przypadek – zajął monoteizm. Idea religijna, która żywcem została przeniesiona z relacji międzyludzkich: jeżeli nasz świat składa się z rządzących i rządzonych, to znaczy, że nie inaczej jest też z Tym, który nas stworzył i to wszystko, co nas otacza i w czym żyjemy. Proste, logiczne, łatwo wytłumaczalne istnienie tego co tu i wszędzie tam. Bóg, jako stworzyciel świata, ba – wszechświata, z nami w roli głównej!

Ci bardziej wtajemniczeni, ściślej – kumple Pana Boga twierdzą, że świat został stworzony w sześć dni, tj. dokładnie sześć 24-godzinnych dób! Ja, nie będąc tak blisko naszego Stwórcy, podobnej pewności już nie mam. A że, tak naprawdę, niczego nie jestem pewny, również tego, co odnosi się do ziemskich religii, więc tym bardziej mam wątpliwości co do powyższego twierdzenia.

Czy takie myślenie, jakie cechuje prawicowych kumpli Pana Boga, jest właściwe? Mocno wątpię! Więcej dla mnie w tym buty, niewiedzy i siedzenia w opłotkach intelektualnych, niż jakiejkolwiek prawdy. A jako że jestem istotą nieustannie wątpiącą i stawiającą ustawicznie pytania – po co?, dlaczego?, jak?, kiedy? itd., itd., pytam również dzisiaj: dlaczego niby musiałyby to być doby 24-godzinne? Dlaczego nie zastosować tutaj, do określenia czasu stworzenia Wszechświata, doby marsjańskiej, merkurjańskiej, czy wenusjańskiej? Dlaczego wykluczać z tego inne planety, za wyjątkiem tych gazowych, naturalnie? Czy są gorsze, mniej znaczące, bo jakoby nie ma na nich życia? Jakiegokolwiek?! A niby skąd taka wiedza? Był tam ktoś z nas? Widział? Doświadczył?

Otóż niczego nie wiemy! Bo jeżeli nawet nie ma tam życia w takiej postaci jaka występuje na Ziemi, czyli jaką znamy, to niewykluczone, że istniało ono kiedyś, miliardy lat temu – choćby, tak to ujmę – w jakimś okresie przejściowym, lub trwa ono dzisiaj w najlepsze, tyle że w formie zupełnie nam nieznanej. A jeżeli nawet ono tam dzisiaj nie występuje, to całkiem prawdopodobne, że pojawi się za kolejne miliardy lat. Tego w końcu nie wie nikt! Więc może tym bardziej należy się innym planetom, przynajmniej tym znajdującym się w naszej galaktyce, równoprawne stanowisko, co do określenia czasu powstania naszego świata. W innym  przypadku, tak mi się wydaje, będziemy mieli do czynienia z największą dyskryminacją we wszechświecie! I nie wiem, czy ta uzurpacja będzie nam kiedyś wybaczona.

Tak przy okazji jeszcze jedna rzecz.

Teleskop Hubble’a przebywa na orbicie Ziemi  już od ćwierć wieku. Przez cały ten czas przesyła nam dziesiątki wspaniałych zdjęć z przestrzeni kosmicznej, które bezsprzecznie ukazują jedno – bezmiar wszechświata! Niestety, do tej pory nie przesłał nam sweet foci tego, który jakoby nas stworzył. Chociaż dla mnie to żadne zaskoczenie, bo w Niego nie po prostu wierzę: wszystko to bowiem, co nam ukazują zdjęcia, to przede wszystkim to, co nas z siebie zrodziło i co niewyobrażalnym i niepojętym ogromem może nas tylko przytłoczyć: Kosmos i Energia, która go wypełnia! Dlatego gdziekolwiek dotrze swoim okiem teleskop Hubble’a (niedługo również Webb’ea) i nie prześle nam jakiekolwiek Jego fotki, potwierdzi tylko to, o czym napisałem wyżej: nieskończoność wszechświata, a tym samym doskonałość tego, co nas – i nie tylko nas – zrodziło. W niej bowiem, w tej Energii, która wypełnia cały Kosmos jest to, w czym dzieje się wszystko – tak tu, jak i tam. W niej przychodzimy na świat w danym Czasie, w Niej żyjemy i po chwili odchodzimy. I jeżeli kiedyś pojawiamy się ponownie, to…

– K-Pax! Po trzykroć K-Pax!J

09.02.2013 r./03.05.2015 r.

P.S.

Gdyby ktoś był zainteresowany ściągnięciem sobie pierwszej z ww. części, podaję adres strony, na której się ona znajduje: http://jczaplinski.pl/od-zeusa-do-jezusa/ Różnica pomiędzy nimi jest nieznaczna, obie dotyczą tematu religii, wiary, reinkarnacji, kosmosu, krótko mówiąc dotyczą nas i wszechświata.

06.04.2019 r.

16:42, adelmelua
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 31 marca 2019

Ja: Oczywiście, zgadzam się z tobą – człowiek jest istotą poligamiczną, jednak to nie wyklucza faktu, że istnieją osobniki monogamiczne. Tacy jak ja.

On: Jesteś taki sam jak inni, tylko nie chcesz się do tego przyznać. To, że żyjemy w związkach małżeńskich, to nic innego, jak tylko konsekwencja przyjęcia pewnych konwenansów. Gdyby nie było w tym zakresie zapisanych ustawowo norm, zmienialibyśmy partnerów znacznie częściej. Oficjalnie! Może nie jak skarpetki, jednak równie często. Dzisiaj powstrzymują nas przed tym tylko normy moralne przyjęte przez społeczeństwo. To wszystko.

Ja: Nie tylko normy moralne. Również miłość, odpowiedzialność za wspólne wychowywanie swojego potomstwa, wspólnota majątkowa…

On: Zgadza się. Tyle tylko, że to wszystko, o czym mówisz, to jedynie ograniczenia naszej natury. A natury, żebyś się zesrał, nie oszukasz. Jesteśmy poligamiczni!

Ja: A związki w obrębie tej samej płci?

On: Tfu!

Ja: Co – „tfu”?

On: Nawet mi o tym nie mów! Niech ci, którzy chcą to robić ze sobą, nie afiszują się z tym tak, jak to robią teraz. W dupach im się poprzewracało od tej demokracji. Niech sobie będą szczęśliwi tam, gdzie są i niech będą wdzięczni, że dajemy im spokój. Powiem krótko – niech się nie pchają na afisz, kiedy nikt ich o to nie prosił.

Ja: Sama czysta miłość przez ciebie przemawia, jak przystało na prawdziwego, żarliwego chrześcijanina. Wiesz, ile w tych słowach jest pogardy dla drugiego człowieka?

On: Odpieprz się, dobra?! Prawda jest taka: chcą się pieprzyć ze sobą, okej, niech to robią w swoich czterech ścianach, bo w innym przypadku…

Ja: Bo w innym przypadku zapłacą za to, tak?

On: A żebyś wiedział, i tak się może zdarzyć. Wszystko ma swoje granice, ludzka cierpliwość również.

Ja: A gdyby któregoś pięknego dnia jedno z twoich dzieci oznajmiło ci, że kocha inaczej, to co – odwróciłbyś się od niego? Kazałabyś wypieprzać z domu, przestałbyś tak z dnia na dzień kochać je?

On: Oczywiście że nie! Ale zakazałbym pieprzenia się pod moim dachem i zostawania ze swoim parterem czy też partnerką na noc.

Ja: Rozumiem, księża pedofile ci nie przeszkadzają, ale to już tak. O to chodzi, prawda?

On: Pierdolisz!

Ja: Czyży? Do niedawna wszystko, każde draństwo facetów w czerni próbowałeś mniej lub bardziej pokrętnie tłumaczyć.

On: Tłumaczyłem, ale nie każde!

Ja: A rząd, tych również nie broniłeś i nie bronisz, mimo ewidentnie łamanych zapisów konstytucyjnych, co? Albo przywłaszczania ogromnych państwowych pieniędzy, zgodnie zresztą z niepisaną, ale obowiązującą zasadą TKM: Teraz Kurwa My!

On: To co innego. Tutaj każdy może posiadać inną ocenę tego, co się dzieje.

Ja: Oczywiście. Wiesz, w czym jest problem? Bronisz rzeczy z gruntu złych i chorych. Mówisz, że nie cierpisz komunistów, bo wyrządzili temu krajowi ogrom zła i nikt za to w ogóle nie odpowiedział. To prawda i zgadzam się z tym. Tyle tylko, że rządzący dzisiaj stosują wypisz wymaluj tamte sprawdzone w boju stare ubeckie metody!

On: Bredzisz!

Ja: Czyżby? Więc już ci to udowadniam. Po pierwsze – dążenie do centralizacji państwa przez tych, którzy dzisiaj rządzą naszym krajem, sposób zarządzania nim, to nic innego jak nasza stara komuna. Podporządkowanie sobie sądów, prokuratury, a także, według zapowiedzi, tzw. repolonizacja mediów, czyli odzyskanie kontroli nad środkami masowego przekazu, to nic innego, jak dążenie do sterowania wszystkim i wszystkimi, w myśl hasła: kto nie z nami, ten przeciw nam! Ta pseudo-reforma szkolnictwa, to nic innego jak powrót do całkiem jeszcze nieodległej przeszłości. Chcesz więcej? Proszę bardzo: powrót do cenzury poprzez straszenie pozwami sądowymi tych, którzy mają odwagę pisać o nich negatywnie, ale, co ciekawe, zgodnie z prawdą! Fatalny stan służby zdrowia i niewydolne SOR-y. Jak powiedziałem wcześniej, bronisz Kościoła, bo, jak się wyraziłeś, polska od wieków była katolicka. I to, według ciebie, jest niepodważalna wartość! Gówno prawda! Na nasze nieszczęście taka była! Bo to, że Mieszko przyjął chrzest, to jedno i mus tamtego czasu i okoliczności, to jednak, że Zygmunt August nie zrobił tego samego, co uczynił jego odpowiednik z Wysp Brytyjskich Henryk VIII, i nie ogłosił się głową Kościoła polskiego, to było fatalne dla tego kraju. A już wręcz karygodne było to, że nie zostawił po sobie żadnego potomka – choćby córki, co oznaczało naturalne osłabienie władzy królewskiej, co w przyszłości naraziło nas nie tylko na wybór królów elekcyjnych, ale również w latach późniejszych na najazd szwedzki, a ostatecznie na rozbiory. A wszystko dlatego, że Zygmusiowi zabrakło jaj! Jestem pewien, że gdyby o te dwie wyżej wymienione przeze mnie rzeczy zadbał, uniknęlibyśmy w ten sposób wielu fatalnych dla nas rozwiązań w przyszłości.

On: Kościół jednak, to nie tylko złe rzeczy, to również wiele dobrego.

Ja: Nie pieprz, dobra!? Co, że cię rozgrzeszy jakiś klecha? Albo udzieli ślubu? Czy też poleje ci wodą święconki? Niczego nie robią za darmo, pamiętaj o tym.

On: Jednak pomagali obalić komunę?

Ja: Chyba kpisz? Mało ich współpracowało z bezpieką? I to wielu nawet z tak zwanej wierchuszki. Gratuluję ci dobrego humoru, tryskasz nim co najmniej, jak fontanna w naszym parku. Jak masz opowiadać takie kocopoły, to lepiej trochę pomilcz. Wiesz, jaki jest problem z przedstawicielami Kościoła, jakiegokolwiek zresztą Kościoła? Jeden, za to zasadniczy: oni zawsze świetnie się przystosowują do warunków, bez względu na to, kto rządzi. A najlepiej im to wychodzi, wbrew pozorom, w ustrojach totalitarnych. Jedyne, co może ich załatwić, to demokracja i dostęp do wiedzy. Tylko bowiem większa świadomość społeczeństw jest w stanie zweryfikować to, co czym mówią, czyli te wszystkie klechdy o jakichś rajach, ogrodach, gdzie w dole płyną strumyki, Ewach, Adamach, hurysach z odnawialnym dziewictwem i tak dalej, i tak dalej. Dlatego jednego jestem pewien: internet w niedalekiej przyszłości zabije wszystkie religie! Wykosi je jak leci. Co będzie w zamian i czy w ogóle coś będzie, to już inne zagadnienie. Ja mówię jedynie o skutkach, jakie niesie ze sobą rozwój cywilizacyjny i łatwy dostęp do wiedzy. Jestem jednak przekonany, że na tym trupie zrodzi się coś nowego, coś, co będzie odpowiadało mentalnie i intelektualnie wymaganiom i oczekiwaniom w tej sferze człowiekowi XXI wieku.

On: Aleś trzasnął mowę! Urodzony nauczyciel. Powinieneś jednak wrócić do szkoły.

Ja: Chrzań się!

On: Mówię serio! Zawsze lubiłem z tobą rozmawiać, bo masz ciekawe argumenty, poparte oczywiście wiedzą. A co myślisz o brexicie, cwaniaczku?

Ja: To akurat jest proste: politycy nawywijali, wiedzą o tym, dlatego robią wszystko, żeby społeczeństwo zadecydowało jeszcze raz w referendum, czy rzeczywiście chce wyjścia z Unii Europejskiej. Nikt nie chce wziąć pełnej odpowiedzialności za to, co się może wydarzyć w przyszłości w związku z tą decyzją. A wydarzyć się może wiele. Oczywiście, Wielka Brytania sobie poradzi gospodarczo, ale ile będzie musiała przejść, tzn. jej obywatele, ile będą musieli znieść różnych niedogodności, tego nie wie nikt i tego właśnie obawiają się ci, którzy parli do brexitu. Dlatego uważam, że nie ma się co martwić: wszystko skończy się na strachu i tej histerii, jaka się wokół tego rozgrywa do dzisiaj.

On: Tylko tyle?

Ja: A co byś chciał jeszcze? God save the queen! And Great Britain!

30.03.2019 r.

 

12:27, adelmelua
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 25 marca 2019

Poza mną kolejna rozmowa z przyjacielem na temat transcendencji, tzn. na temat wiary i religii, które dla mnie nigdy nie były i nie są jednak tożsame. I po raz kolejny potwierdziło się w naszej dyskusji, że nie jestem zadeklarowanym ateistą, co zapewne dla mojego przyjaciela było jakimś zaskoczeniem, lecz jednak osobą wierzącą, tyle że z całą pewnością nie wierząca w te wszystkie religijne pierdoły, które ludzkość wyprodukowała przez długie ciemne wieki i którymi nadal karmi wszystkich naiwniaków tego świata. Nie wierzę również w takiego osobnika jak Bóg, bo to tylko puste stworzone przez człowieka słowo, któremu nadał takie a nie inne znaczenie. Oczywiście po to, aby jakoby swoim istnieniem ten Ktoś tłumaczył nam wszystko: świat zwierząt, roślin, istnienie planet, kosmosu, złożoność naszego bytu i w ogóle całego wszechświata! A także, żeby tym, którzy zarządzają w sferze ducha, żyło się wygodnie. Na koszt właśnie tych wszystkich naiwniaków, którzy wierzą w powtarzane od setek lat pierdoły!

A prawda wydaje się dużo prostsza: otóż to Coś, dzięki czemu istniejemy, zwyczajnie znajduje się poza naszym rozumem i tyle. Jeżeli ktoś próbuje nam wmówić że jest inaczej i że on wie, i że to wszystko właśnie ktoś taki jak Bóg sprawił, to łże jak najęty!

Ja oczywiście, jako sceptyk, powiedziałem w pewnym momencie naszej rozmowy, że nie potrzebuję w swoim życiu protezy w postaci jakiegoś Boga, która wytłumaczy mi wszystko to, na co nie mam odpowiedzi. Bo ja ją tak naprawdę znam! Dla mnie odpowiedzią jest Energia  i Czas, które wypełniają zarówno nasz świat, jak i cały ten wszechświat. Może to prostackie rozwiązanie, ale mnie odpowiada w zupełności. Tym samym mam też odpowiedź na wszystko, co może mnie w przyszłości nurtować w zakresie życia tu i teraz, jak i w ogóle po życiu, o czym nie raz już w tym miejscu pisałem znacznie szerzej.

A co do wiary, to jeżeli mogę wybrać, to wolę wiarę w tego, który jest tutaj, żyje ze mną na co dzień, który pomaga mi a ja jemu, czyli w człowieka, niż w jakiegoś tam wyimaginowanego boga. Bo to właśnie wiara w drugiego człowieka, wbrew wszystkiemu, mogłaby nam tak naprawdę pomóc w jednej podstawowej rzeczy: aby nasze życie było znacznie lepsze niż jest. A o to przecież powinno nam w życiu chodzić, czyż nie?

24.03.2019 r.

11:12, adelmelua
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 19 marca 2019

Dwóch kumpli ze szkoły średniej spotyka się przypadkowo w jakimś nie do końca konkretnym miejscu.

Waldek: Staszek?

Staszek: Waldek?!

Waldek: Kurcze! Kopę lat minęło, a ty, mam wrażenie, w ogóle się nie zmieniłeś?

Staszek: Tak – tak, gadaj zdrów.

Waldek: Ale naprawdę! W końcu bez problemu cię rozpoznałem, a minęło przecież… Ile to już lat…?

Staszek: Będzie blisko pół wieku, Walduś.

Waldek: No sam przyznasz – pięćdziesiąt lat szlag trafił, a ja jakbym cię widział wczoraj. Patrz, jak ten czas zapieprza. Ale gadaj, co u ciebie? Pewnie emeryturka, wnuki…

Staszek: Nie powiem, zdarzyło się. Ale, tak po prawdzie, nie ma o czym mówić. To, co najlepszego miało się wydarzyć, już się zdarzyło i szlus. Sam dobrze wiesz. Ale co tam ja – mów, co u ciebie?

Waldek: Ja? Żyję, Stasiu – i to najważniejsze. Bo to rarytas. W końcu święty Pietrek zaczął brać z naszej półki, psiakrew!

Staszek: To znaczy?

Waldek: A choćby Wojtusia sobie wziął, psia jego mać!

Staszek: Nie mów, że Wojtek nie żyje. Ale jak?

Waldek: Samochód go trzepnął na pasach. Jakiś pijany skurwysyn…

Staszek: A, daj spokój z tymi bandziorami za kółkiem. Zwykli zabójcy, a traktuje się ich z przymrużeniem oka, jakby śmierć pod kolami była czymś innym od śmierci nożem, czy innym narzędziem. Draństwo i tyle.

Waldek: Sławek też nie żyje.

Staszek: Cholera! A z tym, co znowu?

Waldek: Utopił się. Stara historia. Niedługo po szkole to się stało. Zresztą, Jolka też nie żyje – raczysko ją zżarło.

Staszek: Taka piękna dziewczyna. Kochałem się w niej.

Waldek: Nic dziwnego, każdy się w niej kochał. To znaczy każdy heteroseksualny. Bo wiesz, pamiętasz Jarka – ten od zawsze wolał chłopaków. Niestety, on też nie żyje. AIDS.

Staszek: Kurwa, rzeczywiście śmierć hasa po naszej półce.

Waldek: Tak, Stasiu – śmierć, to samo życie. Samo życie!

19.03.2019 r.

08:35, adelmelua
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 146
O autorze
więcej: www.kiler.blox.pl kontakt: czaplinski@tlen.pl