RSS
środa, 20 czerwca 2018

Wczoraj miał miejsce długo oczekiwany pierwszy mecz naszej reprezentacji piłkarskiej na mistrzostwach świata w Rosji z Senegalem i jedyne, co chciałoby się o nim powiedzieć, to jedynie tyle, że się właśnie odbył. Niestety.

Mógłbym tutaj oczywiście pastwić się nad naszymi reprezentantami, mógłbym być zgryźliwie ironiczny, tylko po co i co by to dało, kiedy człowiekowi jest zwyczajnie smutno i przykro po tak żenująco słabym spotkaniu. Stało się i się nie odstanie. Mleko się rozlało, czy też musztarda po obiedzie, a ściślej: przegraliśmy po bezbarwnej grze, a co gorsza – bez walki. Na szczęście to tylko jedna bitwa, nie cała wojna, więc, póki co, istnieje nadal realna szansa na awans do dalszego etapu rozgrywek.

Obejrzałem sobie dzisiaj kilka wypowiedzi naszych kibiców i szczególnie spodobała mi się jedna z nich, w której młoda kobieta podsumowała występ naszej drużyny mniej więcej tak, trafiając zresztą idealnie w sedno: widowisko mi się podobało, mecz dużo mniej. Graliśmy słabo, ale strzeliliśmy trzy bramki: Cionek, Krychowiak i Szczęsny. Szkoda tylko, że nie wszystkie były dla nas i nie dały nam zwycięstwa. Od siebie dodam może jeszcze to: Panie Wojtku – jeżeli chce pan grać w polu, nich pan porzuci rolę bramkarza. Wtedy interwencje blisko połowy boiska będą miały większy sens i swoje uzasadnienie.

Czy to koniec marzeń dla nas na tych mistrzostwach? Oczywiście nie. Tyle tylko, że teraz należy wygrać dwa następne mecze i zerkać na pozostałe rozstrzygnięcia w naszej grupie.

A tak w ogóle, to wiele drużyn zawiodło w swoich pierwszych spotkaniach. Oprócz Polski fatalnie zaprezentowali się Szwedzi, nie lepiej Duńczycy, słabo wypadli Serbowie, Anglicy nie zachwycili, a Niemcy też nie pokazali zbyt wiele. Podobnie zresztą jak Francja. Dlatego należy pamiętać, że jest to jednak długi turniej i wygra go ten, kto zachowa najwięcej sił, świeżości i regularności. Błysk, choćby najpiękniejszy w pierwszym meczu jeszcze niczego nie załatwia i o niczym definitywnie nie decyduje.

Oby nasza reprezentacja w następnym meczu weszła na właściwe dla siebie tory i zagrała to, do czego przyzwyczaiła nas w ostatnich latach.

20.06.2018 r.

16:42, adelmelua
Link Dodaj komentarz »
piątek, 15 czerwca 2018

Jakiś czas temu użyłem w tym miejscu sformułowania, że – chce mi się rzygać na ten kraj! Użyłem tych słów w odniesieniu do tekstu z dnia 22.11.2014 r. zatytułowanego: Wybory – wierzchołek pewnej góry. Niestety, nic się nie zmieniło od tamtego czasu w moich mentalnych odczuciach – nadal, ilekroć obserwuję nasze życie, chce mi się właśnie rzygać. Tym razem jednak ów wymiot związany jest z pożarami składowisk śmieci – w tym z wieloma nielegalnymi! – z którymi mieliśmy w ostatnim czasie do czynienia niemal w całej Polsce. Teraz, co prawda, pożary wygasły, problem jednak pozostał. I to kolosalny!

Pytanie, jakie się tutaj pojawia, brzmi: Dlaczego ten problem w ogóle się pojawił? Odpowiedź jest niezwykle prosta: ponieważ od początku lat 90-tych kwestia śmieci sprowadzanych z Zachodu była wręcz ostentacyjnie przez polityków lekceważona, co jest zresztą jeszcze jednym jaskrawym przykładem i dowodem na to, jak bardzo politycy wszelkiej maści, od prawa do lewa, mieli nas i nasze zdrowie w dupie. To jest jednak dopiero jedna strona medalu, drugą jest, jak zwykle w takich sytuacjach, kwestia finansowa. Nie od dzisiaj przecież wiadomo, że z tego procederu zyski są wręcz ogromne! Co prawda, śmieci śmierdzą, ale szmal z tego procederu już niekoniecznie, w myślę zresztą przysłowia cesarza Wespazjana: pecunia non olet. Dlatego różnego autoramentu cwaniaki się bogacili, a problem narastał: śmieci wwożono do kraju tonami! Z reguły zapewne w sposób zupełnie niekontrolowany.

Gdy się jednak głębiej nad tym zastanowić, to należy dojść do wniosku, że tak naprawdę nie jest to znowu wcale takie dziwne, szczególnie, gdy się weźmie pod uwagę fakt, iż od niemal trzydziestu lat mamy do czynienia z wieloma dziadowskimi rozwiązaniami prawnymi.

Nie chcę oskarżać obecnej ekipy rządzącej o zaniedbania w tym obszarze naszego życia, ponieważ nie tylko oni pokpili tutaj sprawę. Tak jak napisałem wyżej – problem był jawnie i ostentacyjnie olewany przez wszystkie dotychczasowe ekipy rządzące i trzeba było dopiero nieszczęścia w postaci masowych pożarów tych niebezpiecznych dla zdrowia składowisk, żeby śmierdzącym problemem zajęli się posłowie, czyli władcy naszego życia i śmierci. Oczywiście, świetnie że w ogóle w końcu to zrobili, wiadomo jednak jednocześnie o tym, że zrobiono to o przeszło ćwierć wieku za późno!

Kto za utylizację tych śmieci dzisiaj zapłaci? Naturalnie my wszyscy, czyli polskie społeczeństwo! Bezpośrednio jednak największe straty, bo zdrowotne, poniesie społeczność lokalna. A zrobi to zdrowiem swoim i swoich dzieci. Bo to, co się na tych składowiskach śmieci znalazło, to niemal cała tablica Mendelejewa. Począwszy od najbardziej rakotwórczych związków do najsilniejszych trucizn, powodujących nawet uszkodzenia w naszym DNA!

15.06.2018 r. 

06:12, adelmelua
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 12 czerwca 2018

Singapur. W końcu doszło do spotkania prezydenta USA D. Trumpa z przywódcą Korei Północnej Kim Dzong Unem. Cel spotkania: rozbrojenie atomowe państwa koreańskiego. Czy do tego dojdzie? Pożyjemy – zobaczymy. Na dzisiaj sprawa, ku zaskoczeniu wielu obserwatorów życia politycznego wygląda niezwykle pomyślnie.

Ja również nie wiem, czym się zakończy niniejsza polityczna randka. Jak zawsze jednak istnieją dwa wyjścia: albo nasza przyszłość zabarwi się na różowo, tzn. dojdzie do denuklearyzacji Półwyspu Koreańskiego, albo nie zmieni się nic i nadal będzie obowiązywać status quo, czyli szantażowanie świata zachodniego przez Kim Dzong Una.

Osobiście przyznaję, że postawą Kima tak bardzo zaskoczony nie jestem. Z jednego prostego powodu: jego dotychczasowa retoryka wojenna powodowana była jednym aspektem: wewnętrznym umocnieniem swojej pozycji. On musiał być niejako krok przed armią po to, żeby nie zostać przez nią któregoś dnia usuniętym ze stanowiska w wyniku zamachu stanu. Gdy to zrobił, gdy uzyskał zaufanie w swoim najbliższym otoczeniu, gdy opanował armię, postanowił zrobić to, co zamierzał chyba od początku swojego urzędowania.

Dlaczego tak uważam? Myślę, że tutaj również odpowiedź jest niezwykle prosta i logiczna: jeżeli myślał o komunizmie, o jego ratowaniu, to musiał również spojrzeć na przykłady, zarówno sąsiednich Chin, jak i Rosji, w końcu kolebki tej ideologii, która jednak odeszła od tego krwawego ustroju. Więcej – w ostatnim czasie nawet Kuba zaczęła się powoli otwierać na świat. Jemu w tej sytuacji nie pozostało nic innego, jak w końcu zdecydować się na zmiany. Jeżeli nie chciał wylądować w jakimś geopolitycznym zoo.

To, że na naszych oczach dochodzi do wydarzenia wyjątkowego i historycznego – dla nikogo chyba nie ulega wątpliwości, pytanie jednak, jakie się tutaj pojawia, brzmi: czy intencje przywódcy koreańskiego są rzeczywiście szczere, czy jedynie poprzez zmiękczenie swojego stanowiska chce on coś wytargować i wrócić na swoją wcześniejszą pozycję – straszaka światowego pokoju.

Jestem pewien, że Kim Dzong Un gra jednak w otwarte karty. Oczywiście, nie może być tak, że rozbroi się za darmo. Niewykluczone, że zażąda np. usunięcia z półwyspu koreańskiego wojsk amerykańskich lub chociaż ich ograniczenia. To wszystko wyjdzie jednak dopiero w trakcie politycznego prania. Ważne, żeby D. Trump, jako człowiek postępujący nie tylko nieszablonowo, ale też nieobliczalnie, tej szansy nie spieprzył; żeby dotarło do niego, jak potwornie niebezpieczną pracę musiał wykonać na swoim podwórku Kim Dzong Un, żeby znaleźć się w tym miejscu, w jakim dzisiaj obaj panowie się znajdują i żeby ten drugi nie martwił się podczas tych rozmów tym, że pod swoją nieobecność w kraju zostanie ogłoszony zdrajcą, a następnie pojmany i rozstrzelany.

D. Trump posiada dzisiaj genialną wręcz szansę, jakiej nie mieli jego poprzednicy, szansę na gigantyczny sukces historyczny! Dlatego cholernie ważne jest, żeby to zrozumiał i nie spieprzył tego swoim nieodpowiedzialnym zachowaniem, co, jak wiadomo, jest niejako jego znakiem firmowym.

12.06.2018 r. 

11:26, adelmelua
Link Dodaj komentarz »
piątek, 08 czerwca 2018

Powinienem jednak napisać – po powołaniach: dwudziestu trzech zawodników może spać spokojnie – jadą na mistrzostwa świata. Niestety, niewykluczone, że oprócz K. Glika, który na treningu doznał kontuzji barku, co może go wykluczyć z turnieju w Rosji. Jakkolwiek jednak potoczy się dalej jego historia, pojawia się tutaj pytanie, czy rzeczywiście jest to najlepsza kadra na jaką nas było w tym momencie stać? Być może. Trener tak wybrał i należy to zaakceptować. Co nie znaczy, że nie powinno się z tym dyskutować. Ja taką polemikę właśnie podejmuję. I nie dlatego, że diametralnie nie zgadzam się z A. Nawałką. Jeżeli mam odmienne zdanie, to jedynie w bardzo wąskim zakresie i tylko dlatego, że w kadrze dostrzegam zawodników, których w niej być nie powinno. A to, tak uważam, oprócz kontuzji Glika, kolejne bardzo poważne osłabienie naszej reprezentacji. I jeżeli nawet nie większe, to co najmniej porównywalne z ewentualną nieobecnością filaru polskiej defensywy.

Z reguły nie wypowiadam się kategorycznie o innych ludziach, ponieważ tak naprawdę niewiele się wie na temat drugiego człowieka, jego sytuacji, uwarunkowań, nie zna się powodów takich a nie innych decyzji, zachowań. W tym jednak przypadku sprawa przedstawia się inaczej. Nie chodzi bowiem tutaj o kogoś, kto podjął jakąś złą decyzję, czy też niewłaściwie się zachował, w tym konkretnym przypadku chodzi o nasze emocje i nadzieje związane z naszą piłkarską reprezentacją!

Jacy to piłkarze, którzy według mnie nie powinni się znaleźć w naszej kadrze na mistrzostwa świata? To triumwirat: A. Jędrzejczyk, S. Peszko i Ł. Teodorczyk. I mimo że w zasadzie, jak wspomniałem wyżej, z reguły staram się wypowiadać powściągliwie o innych ludziach, to jednak tutaj zwyczajnie nie chciałem i nie potrafiłem tego zrobić. Uważam bowiem, że właśnie ci ww. zawodnicy więcej mogą przynieść reprezentacji szkody, niż pożytku. Oczywiście, chciałbym się mylić, tyle że, niestety, dotychczasowe poczynania tych panów na boisku  nie nastrajają zbyt optymistycznie. I nie chodzi mi tutaj o piłkarskie umiejętności tych panów, rzecz bardziej w ich cechach mentalnych i w tym, co tak naprawdę mogą dać drużynie narodowej. A dać mogą, niestety, albo bardzo niewiele, albo w ogóle nic. Dlatego ich obecność w kadrze uważam za nieporozumienie, a tym samym jej duże osłabienie.

Nie będę się tutaj rozpisywał w jakiś szeroki sposób na temat tego, dlaczego tak właśnie postrzegam ww. zawodników, napiszę jedynie tyle: S. Peszko, oprócz tego, że przez cały sezon w lidze prezentował się słabo, to na dodatek jest diablo nieskuteczny – co ze śmiechem zauważył już kiedyś Ł. Podolski, gdy się o nim wypowiadał jako napastniku. Dodatkowo i, co najważniejsze, w ferworze walki jego mózg tak się grzeje, że nierzadko idiotycznie fauluje, a wtedy – uchowaj nas, Opatrzności, przed ewentualnymi konsekwencjami jego głupoty!

Z kolei Ł. Teodorczyk, to dla mnie zwykły boiskowy bandzior, który zachowuje się niczym hokeista, tyle że na boisku trawiastym – nierzadko mało brakuje, aby zaraz zaczął się bić. Ja rozumiem rywalizację, nie oddawanie pola rywalowi, ale prawie że bandyterka na boisku jest przeze mnie nie do zaakceptowania. To samo zresztą tyczy się A. Jędrzejczyka. On również nie jest szczególnym geniuszem intelektu i niewiele mu trzeba, żeby zrobił na boisku coś głupiego.

Oczywiście te moje obawy nie muszą się wcale spełnić, tym bardziej, gdy żaden z nich nie wybiegnie na boisko. Niemniej gdy dostaną szansę, to… Powiem krótko: oby jednak moje słowa nie zamieniły się w paskudne proroctwo.

08.06.2018 r.

14:50, adelmelua
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 03 czerwca 2018

W zdecydowanej większości ludzie sądzą, że Bóg stworzył świat. Ba – wszechświat! Jaki Bóg i czy sam, w pojedynkę to zrobił, czy w jakiejś mniejszej czy też większej spółce, osobiście nie wiem, inni, oczywiście, wiedzą i to niezależnie od wyznawanej religii. Czy jednak ta zdecydowana większość ludzkości ma rację, bo wie więcej, zna prawdę w zakresie naszego bytu, która została im objawiona w jakiś cudowny i niepodważalny sposób? Otóż nic bardziej mylnego i złudnego! Wiedzą tyle, co ja, albo jeszcze mniej. I właśnie miedzy innymi dlatego im nie wierzę!

Gdyby jednak przyjąć ich punkt widzenia, to znaczy uznać za pewnik, że Bóg stworzył, zapewne przy pomocy czarodziejskiej różdżki niczym David Copperfield, cały niepojęty dla nas wszechświat, a następnie w niektórych miejscach tego właśnie wszechświata zainicjował życie, znaczyłoby to tyle, że wszystkie planety mają na siebie wpływ, podobny do tego, jaki posiadają dwie gwiazdy – księżyc i słońce na naszą ukochaną ziemię. Bo one przecież ten wpływ mają, czego ewidentnie od tysiącleci dowodzi nie tylko nauka, ale w ogóle zwykłe życie.

Nie chodzi mi w tym momencie o to, że Jowisz np. pełni rolę pewnego rodzaju „ochroniarza” naszej planety i zbiera zdecydowaną większość uderzeń od zabłąkanych w przestrzeni kosmicznej „śmieci” w postaci meteorytów czy asteroid, chodzi bardziej o wpływ poszczególnych planet na nasze zachowanie w skali indywidualnej, w skali szerszej, zbiorowej natomiast, chodzi o wpływ, który dotyczy całych społeczeństw, czy też w jeszcze większym wymiarze całej ludzkości!

I tak na przykład Saturn, który z końcem ubiegłego roku roku wszedł w znak Koziorożca i będzie tam przebywać przez następne trzy lata, do końca 2020, właśnie zacieśnia swoją koniunkcję z Plutonem, a apogeum swojego szkodliwego oddziaływania na skutek ich nieharmonijnego układu przypadnie na styczeń 2020 roku. Więcej – obie rzeczone wyżej planety znajdowały się już wcześniej w koniunkcji, gdy wybuchła I wojna światowa w 1914 roku, druga natomiast podczas ich kwadratury! Ten niezwykle negatywny układ zaistnieje również właśnie w styczniu 2020 roku, co zderzy się z drugim niezwykle niekorzystnym oddziaływaniem na nas – tym razem Urana, który w chwili obecnej znajduje się w znaku Byka i będzie tam przebywał przez kolejnych siedem lat. Zresztą, ta planeta była w podobnej konfiguracji również w przeszłości – w latach 1934-1942, co, jak wiemy z historii, zakończyło się wybuchem drugiej wojny światowej. Niestety, ten nieharmonijny układ planet sprzyja zarówno nieobliczalnej działalności człowieka, jak i niszczycielskiej sile natury. Dlatego i tym razem układ ten grozi nam powodziami, erupcjami wulkanów, dążeniami do rządów autorytarnych (z czym mamy już przecież do czynienia), a w konsekwencji również i zbrojnymi konfliktami.

Dlaczego o tym piszę? Ponieważ, jeżeli jest tak, jak napisałem wyżej o tych niekorzystnych koniunkcjach czy kwadraturach pewnych planet, to znaczy, że ten, który cały ten zgiełk stworzył, a o którym różnego autoramentu fachowcy z ogromną pewnością siebie rozprawiają jako o Bogu niezwykle miłosiernym, jest zwyczajnym okrutnikiem; bo wychodzi na to, że wiedząc, co czyni, bawi się naszym kosztem! Jeżeli jest jednak inaczej, to znaczy, że świat, więcej – cały wszechświat, jak i życie, jakiekolwiek i gdziekolwiek, pojawiło się tylko dlatego, że powstały ku temu odpowiednie okoliczności. Zawsze bowiem tam, gdzie pojawiają się odpowiednie ku temu warunki i okoliczności, jest duża szansa na pojawienie się właśnie życia. Niezależnie od jego formy. I nie trzeba do tego jakiegokolwiek Boga, jako protezy tłumaczącej naszą egzystencję.

Reasumując – sam jestem ciekaw, czy tym razem znów  się „coś” wydarzy w styczniu 2020 roku, czy też planety nam „odpuszczą”, to znaczy, według bogobojnych, czy ów Bóg nam odpuści. I bynajmniej nie chodzi o nasze winy, a o to, czy tym razem uda się nam przejść suchą stopą przez jakąś potencjalnie historyczną pułapkę, czy też pułapki.

Ament.

03.06.2018 r.

06:01, adelmelua
Link Dodaj komentarz »
środa, 30 maja 2018

Jakiś czas temu, całkiem jednak niedawno, napisałem w tym miejscu, że stan, w którym się znajdujemy jest prostą konsekwencją zaniechań poprzedników dzisiejszych Panów i Władców  naszego życia. Lecz to nie wszystko – ten stan, to również prosta konsekwencja smoleńskiej katastrofy!

10 kwietnia 2010 rok. Dla jednych w tym dniu doszło do tragicznego wypadku lotniczego, w którym zginęło prawie sto osób z parą prezydencką na czele, dla innych z kolei, to polityczne paliwo, na którym jadą konsekwentnie do dzisiaj, nie zważając na społeczne i polityczne koszta, twierdząc, że na pokładzie samolotu doszło do zamachu. Ile trzeba mieć w sobie nienawiści i podłości żeby wpaść na tak diaboliczny plan wykorzystywania narodowej tragedii do realizacji własnych partykularnych celów politycznych, najlepiej wiedzą ci wszyscy, którzy tę katastrofę widzą we właściwych, czyli rzeczywistych barwach. Bo tym, którzy byli organizatorami tej hucpy, wydaje się wszystko w jak najlepszym porządku, to znaczy – zawinili inni, tylko nie oni!

To nic, że przeciwko zamachowi przeczą mocne fakty; nic to, że ustawiczne stawianie w ten sposób sprawy potęguje jedynie coraz większy rozdźwięk między Polakami, ważne, że można coś ugrać, coś politycznie zyskać – choćby i za cenę ogólnonarodowego ogłupienia i bardzo głębokiego podziału społeczeństwa.

Czy rzeczywiście jednak jakiś wybuch na pokładzie prezydenckiego samolotu był? Czy rzeczywiście doszło na nim do zamachu i to w sytuacji, na której tak naprawdę nikt w kraju, ani tym bardziej za granicą w tamtym czasie nie zyskiwał?

Oczywiście! Powiem więcej: wybuchów było wiele. Najdonioślejszy i przynoszący najwięcej zniszczeń to ten, odnoszący się bezpośrednio do dewastacji rozsądku u wielu ludzi!

Niestety, prawda w tym konkretnym przypadku jest niezmiernie okrutna: śmierć na pokładzie Tupolewa 96 ludzi była nie tylko niepotrzebna, ona była wręcz głupia! Bo zawiniona zarówno przez arogancję, pychę i zwykłą niekompetencję tych, którzy za jej organizację odpowiadali, czyli przez kancelarię prezydenta, jak i załogę samolotu (kapitana przede wszystkim, bo to on podejmuje ostateczne decyzje odnoszące się do lotu!), a wreszcie przez tych Rosjan z wieży kontrolnej, którzy nie ustrzegli się błędów przy naprowadzaniu samolotu na pas startowy. Nie bez winy również, pośredniej co prawda, ale zawsze, jest tutaj nieżyjący prezydent Lech Kaczyński, a i zapewne jego brat Jarosław, czego mogłaby dowieść ostatnia rozmowa obu braci przeprowadzona tuż przed katastrofą. Niestety, nie znamy jej szczegółów, więc pozostają w tym zakresie jedynie domysły.

Na szczęście dla nas – ludzi jest coś takiego jak śmierć – śmierć w ogóle. Wszystkiego. Również różnego rodzaju sporów, waśni, mniejszych czy też większych wojenek. Dlaczego „na szczęście”? Ponieważ w kontekście różnego rodzaju dramatów, większych czy też mniejszych tragicznych wydarzeń, między innymi takich właśnie katastrof jak wyżej wymieniona, tak naprawdę nic nie jest ważne – ani nasze spory, ani słuszne czy też wydumane pomniki, ani nasza wzajemna wrogość czy też wręcz nienawiść. Ważne, że kiedyś, wcześniej czy później, dojdzie do oczyszczenia ziemi z idiotycznej, szkodliwej działalności człowieka. Co zresztą, myślę, wyjdzie na dobre nie tylko naszej planecie, ale w ogóle w szerszym kontekście całemu wszechświatowi! Nam, co zrozumiałe, już niekoniecznie. My jednak otrzymamy to, na co, tak naprawdę, zasługujemy: na zniknięcie. Na totalne unicestwienie!

Gdyby nie pomogły naturalne siły w pozbyciu się człowieka z planety Ziemia, mamy jeszcze w zanadrzu coś tak genialnego, jak wojna. Tego arcyludzkiego wynalazku nie można nie doceniać i lekceważyć; bowiem wraz z rozwojem broni masowego rażenia sami jesteśmy w stanie zniszczyć życie na ziemi i to bez niczyjej pomocy z zewnątrz. To jeden z przejawów naszego geniuszu! Tego pochodzącego oczywiście od Boga – Boga wojny, gdyby ktoś nie wiedział – który wystrugał człowieka, ponoć, na wzór i podobieństwo swoje. Krótko mówiąc – wcześniej czy później i tak mamy pozamiatane. Kto by się jednak tym martwił? Na pewno nie ów wyimaginowany przez człowieka Bóg!

30.05.2018 r.

05:52, adelmelua
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 27 maja 2018

No i koniec: czterdziestodniowy protest – liczba poniekąd biblijna – dobiegł końca. Wszystkie media i większość z nas powie, że – to koniec protestu w sejmie osób niepełnosprawnych i ich opiekunów o lepsze, godne i łatwiejsze życie. Rządzący mogliby z ulgą powiedzieć: Nareszcie! Dobrze się stało dla wszystkich – zarówno dla protestujących, jak i dla nas, rządzących. Ja złośliwie mógłbym zauważyć, że – to koniec „turnusu rehabilitacyjnego”, jaki został, niezamierzenie zapewne, przez rządzących zorganizowany dla osób niepełnosprawnych i ich opiekunów. Z wyżywieniem, noclegiem i dostępem do łazienki co prawda, turnusu jednak, po pierwsze wątpliwej jakości, a po drugie, i co ważniejsze, zupełnie niechcianego!

Mamy zatem koniec protestu, ale czy naprawdę przysłowiowe zwinięcie flag przez protestujących oznacza koniec problemu? Oczywiście nie. To dopiero początek rozwiązywania tego, wydaje się w chwili obecnej, węzła gordyjskiego.

To, co tutaj jednak istotne, to odpowiedź na pytanie: dlaczego ten protest w ogóle miał miejsce i tak długo trwał? Zapewne rządzący takiego obrotu sprawy nie tylko że nie chcieli, ale też zapewne w ogóle się nie spodziewali. W końcu są w  swoim programie politycznym tak bardzo lewicowi, iż taki rozwój wypadków był irracjonalny w ich pojęciu. Tylko że owa irracjonalność była paradoksalnie niezwykle logiczna. Bo czego to, co się w ostatnich prawie sześciu tygodniach wydarzyło, dowodzi?

Są tylko dwie odpowiedzi na wyżej postawione pytanie: albo rząd od początku miał głęboko w poważaniu postulaty tej niezwykle słabej grupy społecznej, ponieważ nie chciał podobnych konfliktów za jakiś czas z innymi grupami, tak społecznymi jak i zawodowymi, albo też zwyczajnie padli ofiarą własnej polityki propagandy, to znaczy – w budżecie na tak duże wydatki po prostu nie ma pieniędzy!

Jakiejkolwiek byśmy tutaj nie udzielili odpowiedzi, jedno wydaje się pewne: problem jest i to cholernie poważny! Więcej – obawiam się, że to, co ten protest ukazał, to tak naprawdę jedynie wierzchołek góry lodowej. Myślę, że w niedługim czasie możemy się spodziewać dużo gorszych rzeczy, tyle, że teraz w wymiarze ogólnonarodowym.

27.05.2018 r.

11:56, adelmelua
Link Dodaj komentarz »
piątek, 25 maja 2018

1.Wiele już padło bezmyślnych słów niezwykle lekko wypowiedzianych przez polityków rządzącej partii (S. Karczewski, K. Pawłowicz – szczególnie ta ostatnia dała popis swojego chamstwa, pogardy i braku choćby mikroskopijnych śladów empatii) w odniesieniu do protestujących w sejmie osób niepełnosprawnych i ich opiekunów. Zapewne jeszcze niejedną głupią rzecz powiedzą, zanim pójdą po rozum do głowy i zreflektują się, że brną w ślepy zaułek.

Dowodem na moje słowa jest to, co wydarzyło się wczoraj w sejmie, gdzie straż sejmowa, przy użyciu siły, uniemożliwiła protestującym kobietom wywieszenie przez okno baneru, który miał zwrócić uwagę mediów zachodnich na ich sytuację. Niestety, interwencja strażników była tak niezwykle żenująca, że aż przykro było na to patrzeć.

Żeby jednak swoje stanowisko jakoś uzasadnić bezduszni politycy rządzącej partii mówią, że oni postulaty możliwe do spełnienia zrealizowali i że protest ma ewidentnie charakter polityczny, to znaczy, że jest sterowany przez opozycję. To oczywiście bzdura, i to piramidalna! Ale żeby nie być gołosłownym, powiem tak: A jaki ten protest ma mieć charakter skoro odbywa się w miejscu, które stanowi centrum powstawania polityki, na dodatek polityki fatalnej, nikczemnej i upadlającej większą część narodu, hm? Poza tym, tak naprawdę, stosunek rządzących do osób niepełnosprawnych, to jedynie wierzchołek tej koszmarnej góry!

2.Dlaczego służba zdrowia wygląda jak wygląda, czyli dlaczego jest potwornie chora? To proste: dlatego, że jej przedstawiciele, czyli sami lekarze, nie są najzdrowsi. Wystarczy im się przyjrzeć – z pewnością nie są chodzącą reklamą zdrowego życia! Poza tym jest jeszcze jeden słaby punkt tego systemu: mam nieodparte wrażenie, że nas – pacjentów próbuje się, co prawda, wysyłać do lekarza, ale nie pierwszego, lecz ostatniego kontaktu! To oczywiście z pozycji Służby Zdrowia jest i logiczne, i korzystne dla niej samej, jednak dla nas już niekoniecznie.

3.Kiedyś napisałem tutaj, że bogactwo, materialne bogactwo jednych, zawiera w sobie coś szalenie nieprzyzwoitego, mianowicie – ubóstwo innych. Dzisiaj dodałbym do tych słów jeszcze, że bogactwo nie ma oczu. Nierzadko też serca.  Jeżeli bogaci uważają inaczej, nie dostrzegając żadnych zagrożeń dla siebie związanych z bardzo głębokim podziałem majętności, to znaczy, że niewiele rozumieją z otaczającej nas rzeczywistości: ustawiczna bowiem chęć pomnażania swojego majątku, niestety, ale niezwykle szczelnie zasłoniła wszystkie okna, przez które bogaci patrzą na otaczający ich świat. Taka postawa przypomina złodzieja, który kradnie do tego momentu, aż wpadnie w ręce policji. Jakby coś go gnało do przodu i nakazywało robić to dalej; jakby nie mógł powiedzieć sobie w pewnym momencie: Koniec. Dosyć! Teraz żyję z tego, co ukradłem. Wygodnie i bezstresowo. Nie, on musi kraść dalej! Jakby się od tego procederu wręcz chorobliwie uzależnił, jakby nie był jeszcze syty. Dlatego z reguły wszystkie tego typu historie kończą się podobnie: wcześniej czy później złodziej wpada i zwyczajnie idzie siedzieć.

Mam wrażenie graniczące jednak z pewnością, że z bogatymi ludźmi jest podobnie. Tyle że oni, jeżeli prowadzą uczciwie swój biznes, nie wpadają i nie idą do więzienia, ich czekać może jedynie konflikt w wyniku niezadowolenia pracowników w postaci strajku czy masowych odejść. A gdy taka reakcja staje się narzędziem niewystarczającym, niezadowolenie protestujących siłą rzeczy przenosi się na ulice.

Ciekawe, kiedy u nas ulice zapełnią się niezadowolonymi i sfrustrowanymi ludźmi?

25.05.2018 r.

08:41, adelmelua
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 21 maja 2018

Kiedyś już to mówiłem, ale powtórzę raz jeszcze: jestem wdzięczny Prawu i Sprawiedliwości za jedno – że po ich fatalnych dla Polski rządach nie będzie powrotu do tego, co było wcześniej, przed poprzednimi wyborami; że tym razem nie będzie koleżeńskiego wybaczania błędów popełnionych przez poprzedników, przyjacielskich poklepywań po plecach, uśmieszków i pozowania do wspólnych selfie. Teraz, dzięki właśnie takim a nie innym rządom ludzi o ciemnych duszach i nie mniej brunatnych sercach, traktowaniu posłów innych ugrupowań z pogardą i niezasłużoną wyższością, nastąpi w końcu rozliczenie poprzedników przez nową ekipę dochodzącą do władzy, jakakolwiek by ona nie była i jakiejkolwiek opcji politycznej by nie reprezentowała. Więcej – mam nadzieję – a chcę mieć pewność! – że od tej właśnie chwili będzie to niejako obowiązkowym rytuałem!

Nie może być bowiem tak, że każdy z nas, wykonując swoje obowiązki pracownicze, robi to rzetelnie i najlepiej jak potrafi, za co bierze pełną odpowiedzialność, podczas gdy politycy – owi panowie naszego życia!, bez względu swoje najgorsze choćby dla nas decyzje, lub też ich brak, pozostają bezkarni. Tym bardziej że nasze decyzje, tak naprawdę, nie skutkują tak jak decyzje rządzących, ponieważ mają zasięg niezwykle ograniczony – dotyczą bowiem tylko nas, grona rodziny czy bliskich znajomych. Podczas gdy decyzje polityków wpływają tak naprawdę bezpośrednio na życie milionów ludzi, bo przecież całego społeczeństwa.

Tak, za to jestem PiS-owi niezmiernie wdzięczny! To natomiast, za co ich nie cierpię, to przede wszystkim za dewastację państwa prawa. Dewastację, która jest w zasadzie konsekwencją całej ich podłej działalności, polegającej na ograniczaniu wolności, łamaniu prawa i konstytucji, ubezwłasnowolnieniu Trybunału Konstytucyjnego, podporządkowaniu sobie KRS-u i Sądu Najwyższego, a także wszelkich służb mundurowych, począwszy od policji, poprzez ABW, CBA, a skoczywszy na CBOŚ. A wszystko to podlane fałszywą bogobojnością! Na szczęście nic nie trwa wiecznie – oprócz zmienności naturalnie, więc i oni zostaną wkrótce zmienieni. A wówczas nadejdzie czas naturalnych rozliczeń.

Bo nie może być tak, że do władzy dochodzi jakaś partia, która wyciąga z ludzi najpodlejsze instynkty, opiera swoją działalność na wzajemnym szczuciu na siebie obywateli, kłamstwie, bucie, służalczości i donosicielstwie, nieufności i chęci kontrolowania wszystkiego i wszystkich, i jeszcze za to w ogóle prawnie nie odpowiada! Więcej – nie może być bezkarna również dlatego, a może przede wszystkim, że sieje pogardę dla państwa i jego instytucji prawnych!

Dawniej, za tzw. przysłowiowej komuny było tak, że państwa się nie szanowało, nie utożsamiało się z nim do końca, ponieważ nie było ono niezależne, wolne, nasze. I jest to prawda, z którą, co prawda, można polemizować, ale i tak znajdziemy znacznie więcej argumentów za wyżej postawioną diagnozą, niż przeciw. To, że po dojściu do władzy Prawa i Sprawiedliwości mamy do czynienia z restytucją tamtego myślenia o państwie, to również niepodważalna prawda. Bierze się to oczywiście z techniki sprawowania swoich rządów przez PiS, która polega na łamaniu Konstytucji, uchwalaniu niedemokratycznego prawa i nieliczenia się z nim. Tyle że w odróżnieniu do czasów komunizmu dzisiaj jest to o tyle bardziej niebezpieczne, że dotyczy państwa niepodległego i suwerennego. Więc jeżeli robimy coś przeciw temu państwu, to robimy to na własny rachunek i niejako na własną zgubę, jak prawie dwa i pół wieku temu.

Dlatego nie wyobrażam sobie sytuacji, żeby w przyszłości ludzie odpowiedzialni za taki stan rzeczy nie odpowiedzieli za to. Nie wyobrażam sobie, żeby nie odpowiedzieli za reaktywację najgorszej polskiej cechy – nieufności wobec własnego państwa, nieszanowania go i pogardzania nim.

21.05.2018 r.

18:46, adelmelua
Link Komentarze (2) »
czwartek, 17 maja 2018

1.Powszechnie się uważa, że są tacy, którzy szybciej mówią niż myślą. Nieraz to słyszałem. Z reguły jako właśnie usprawiedliwienie tych, którzy jakoby szybciej wypowiadali pewne słowa niż pomyśleli o tym, co mówią. Ale czy rzeczywiście tak jest, a oni twierdząc tak, mają absolutną rację?

Otóż bzdura kompletna! Oczywiście, prawdą jest, że w tym kontekście ludzie ci w rzeczy samej szukają usprawiedliwienia dla swoich niefortunnych słów, które nieopatrznie wypowiadają. Mówią jednak przy tym właśnie to, co chcą powiedzieć, czyli to, o czym i jak myślą! Prawda bowiem w tym przypadku jest taka, że najpierw, i to zawsze, pojawia się myśl – i to jakakolwiek by ona nie była! – a dopiero potem zostaje ona wyartykułowana. Nigdy na odwrót! Jeżeli coś tutaj nie działa jak należy, to jedynie niedostateczna kontrola tego, co się chce powiedzieć, wynikająca ze zbyt małej ilości czasu na przemyślenie tego, co chce się rzucić w eter. W tym tkwi ambaras całej tej sytuacji – w świadomości, do którego momentu można, że się tak wyrażę, oralnie posunąć. To wszystko.

2. Prawda – czym ona jest? Z całą pewnością nie jest kłamstwem! Naturalnie, nie jest to zbyt odkrywcze. Prawda bowiem okazuje się o wiele bardziej złożona. Jej złożoność polega na tym, że posiada ona wiele twarzy, tzn. ściślej – ujęć. Dzieje się tak, ponieważ nie kto inny jak właśnie my – ludzie, określamy ją i formułujemy. A jako że człowiek jest istotą niezmiernie ułomną, jego postrzeganie rzeczywistych zdarzeń może być naznaczone właśnie fałszem, i to niekoniecznie w wyniku braku dobrej woli, więc nierzadko mamy tym samym do czynienia właśnie z wieloma ujęciami prawdy.

Czym zatem powinna być prawda? Przede wszystkim stanem odpowiadającym obrazowi rzeczywistości – obrazowi niezafałszowanemu, odzwierciedlającemu stan istniejący, postrzegany przez okular obiektywizmu.

Oczywiście tak ujęty temat jest prosty, gdyby tylko  można było zachować obiektywizm. Rzecz w tym, że nie jest to wcale ani łatwe, ani takie proste. Z pewnością byłoby takie, gdyby było ono w jakiś sposób uwarunkowane naturą. Wówczas prawda jawiłaby się nam jako rzecz pewna, niezachwiana. Niestety, nasz mózg jest tak skonstruowany, że nierzadko, niezależnie od nas samych i naszej woli, ulega manipulacji, co skutkuje tym, iż trudno mu w wielu sytuacjach zachować obiektywizm, czysty, że tak powiem, ponad osobisty stosunek. Tym samym możemy mieć, i tak naprawdę mamy, do czynienia właśnie z wieloma ujęciami prawdy. W czym właśnie, tak myślę, tkwi sedno prawdy i jej interpretacji jako stanu istniejącego niezależnie od naszych opisujących ją słów.

17.05.2018 r.

20:16, adelmelua
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 138
O autorze
więcej: www.kiler.blox.pl kontakt: czaplinski@tlen.pl