RSS
niedziela, 16 grudnia 2018

Do niniejszego wpisu skłonił mnie przyjaciel, który na moje zawarte tutaj kiedyś przemyślenia co do tego, że wszyscy ludzie są sobie równi, aż się żachnął i powiedział, że to jedynie mydlenie oczu i że taka właśnie poprawność polityczna doprowadziła do tego, co się właśnie dzieje w Europie. Czyli że ta zasada równości jest fatalna, bo tak naprawdę zgubna.

Niewykluczone że ma rację. Ja jednak odparłem mu, że nie pisałem, iż wszyscy ludzie są sobie równie, a jedynie, że powinni być równo traktowani; że powinni być wolni i z całą pewnością mieć takie same możliwości rozwoju. A to, że ludzie nigdy nie byli, nie są i nigdy nie będą sobie równi, to taki sam pewnik jak to, że w dzień nie świeci księżyc a w nocy słońce, i że to kobieta zachodzi w ciążę a nie mężczyzna. Dlatego dopóki tak będzie, nic się również i w tej omawianej przez nas kwestii nie zmieni.

Natomiast co do różnic pomiędzy ludźmi, to oczywiste, że one nigdy nie znikną. Chyba że, dziwnym zrządzeniem losu, stanie się tak, że wszyscy będą wyglądać identycznie, tzn. wszyscy będą mieli taki sam wzrost, wagę, kolor oczu, będą zawsze to samo i tyle samo jedli na śniadanie, obiad i kolację, tak samo będą się ubierali, i w ogóle będą mieli takie same pragnienia. Dopóki jednak jedni są grubi a drudzy chudzi; dopóki jedni są ambitni, a drudzy leniwi; dopóki jedni są inteligentni i wrażliwi, drudzy natomiast mniej lotni o wrażliwości jakiegoś gruboskórnego zwierzaka, itd., itp., to różnice pomiędzy nami będą występowały, bo tak po prostu wygląda nasz świat. Dlatego pytanie, jakie powinno się tutaj pojawić, brzmi raczej: czy ludzkie rasy są sobie równe, czy też nie?

Mój przyjaciel stwierdził, że to niczego nie zmienia w naszej dyskusji, bo nierówność ludzi wynika właśnie z nierówności rasowej! Na potwierdzenie prawdziwości swojej tezy podał przykład wspaniałej Europy i wybitną działalność białego człowieka!

Ja, oczywiście, stojąc na przeciwległym biegunie naszej dysputy, odparłem, że wszystko zależy od warunków w jakich się żyje. A za przykład podałem fakty z historii: cywilizację Sumerów czy Persów i pomniejszych, a żyjących w tamtych rejonach ludów; następnie dorzuciłem Egipcjan, Chińczyków, Majów, Azteków i Inków, a na koniec chlapnąłem coś jeszcze o Wyspie Wielkanocnej i ludzie, który w spadku pozostawił nam na niej ponad pięćset wielotonowych kamiennych postaci. Swoje spostrzeżenia podsumowałem następującą pointą: wszystkie wymienione cywilizacje na pewno nie należały do ludzi tak zwanej rasy białej!

Oczywiście, tak postawiona sprawa wykluczyła znalezienie wspólnego mianownika naszej rozmowy. A jak jeszcze do tej równości – nierówności rasowej dodałem równość płciową i że uważam, iż kobiety są od nas – mężczyzn, lepsze na wielu polach egzystencji, nasza dyskusja nie mogła zakończyć się jakimś wspólnym wnioskiem.

Koniec tego był taki, że kolega stwierdził, iż mówię tak, bo nie znam tego miodu: nie mam żony, tzn. nie mam kobiety na co dzień, nie posiadam dzieci i w ogóle nie wiem o czym mówię. Jak chcę to poznać, to on chętnie mi swoją żonę „odda”, ale pod jednym warunkiem: nie ma zwrotów w razie niezadowolenia czy rozczarowania którejkolwiek ze stron!

Nie można było tego inaczej skwitować jak śmiechem, więc się pośmialiśmy, a następnie rozstali, jak zwykle w dobrych nastrojach.

P.S.

Na marginesie tej rozmowy, co do kobiet i mężczyzn: tak naprawdę chętnie oddałbym rządy kobietom. Mężczyźni rządzą światem od tysięcy lat i nadal tkwimy, według mnie, w czarnej dupie. Może gdyby zaczęły rządzić nim niewiasty byłby on znośniejszy i bardziej sensowny? Może wtedy nie byłyby tak istotne militaria, a ważniejsze stałoby się po prostu nasze ISTNIENIE, hm?

16.12.2018 r.

05:58, adelmelua
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 13 grudnia 2018

Jako że dzisiaj rocznica stanu wojennego, pomyślałem sobie, że nie od parady będzie przytoczyć tutaj pewien epizod. Mój on czy nie mój, nieistotne, ważne, że związany jest on właśnie z MON-em.

                                    xxx

Na szczęście tak się wówczas złożyło, że na studia się nie dostałem i zapewne dlatego, żebym się nie nudził, upomniało się o mnie wojsko. Oczywiście jako zadeklarowany pacyfista, nigdy bym się sam nie zgłosił, więc znaleźli się tacy cwaniacy, którzy zadecydowali za mnie i wręczyli mi bilet do jednostki, niestety, tylko w jedną stronę. Na miejscu zastałem prawdziwy Sajgon: w momencie wcisnęli mnie w żołnierski przyodziewek, kazali zawinąć onuce, włożyć kamasze, mówiąc przy tym krótko i treściwie:

– Odmaszerować, żołnierzu! I nie opierdalać się, bo zostaniecie w tyle. A jak zostaniecie maruderem, to staniecie się ofermą kompanii i dostaniecie bęcki. Wiecie, co to są bęcki, co? No! To marsz. Lewa!... Lewa!...

Mimo że zaczynałem zgodnie z rozkazem, niemal zawsze krok mi się pieprzył. Jakbym od urodzenia miał dwie prawe nogi, albo dwie lewe. Więcej – zawsze byłem jakiś dziwny: kiedy szedłem, to jedna noga zostawała mi z tyle. Do dzisiaj zresztą tak mam. Nie wiem tylko, czy to przez wojsko, czy już wcześniej tak miałem. Czułem się, jakbym był w Danii.

– Klawo jak cholera! – powtórzyłbym za Duńczykiem z gangu Olsena.

                                   xxx

Jako że od przekroczenia przeze mnie bramy jednostki byłem nastawiony na jak najszybszy rozbrat z zielonym kolorem, robiłem wszystko co mogłem, żeby tak właśnie się stało. A że nie dysponowałem innymi środkami jak tylko słowa, więc zacząłem walczyć przy ich pomocy, krótko mówiąc – zacząłem łgać, jak najęty.

Najpierw pojawiła się informacja o rodzinie w Stanach Zjednoczonych, co w tamtym czasie nie było za dobrze widziane, więc po kilku godzinach pobytu w szkółce dla podoficerów zostałem wystrzelony z prędkością światła na kompanię dla przeciętnych szwejów, gdzie spokojnie czekałem na dalszy rozwój wypadków. Jako że nieźle mi poszło przy wpisowym, więc postanowiłem kontynuować gierkę z MON-em. Po każdym spotkaniu z politycznym oficerem rozkręcałem się coraz bardziej. Aż w końcu zdecydowałem się wspomnieć o bracie, który jest jakoby zawodowym żołnierzem w amerykańskim wojsku i o kilku nieszkodliwych pierdołach, których i tak nie mogli sprawdzić. Niestety, bardzo szybko się okazało, że przedobrzyłem: zaproponowali mi współpracę w zamian za częstsze urlopy. Oczywiście odmówiłem. Nawet nie dlatego, że nic nie chciałem powiedzieć, po prostu nic nie miałem do powiedzenia, oprócz tego, co już zmyśliłem.

Wkrótce miało się okazać, że zdecydowanie przeszarżowałem: porucznik, z którym rozmawiałem, porządnie się wkurwił i kazał mi wypierdalać z pokoju. Wyszedłem i czekałem na swojego przełożonego. Serce miałem w gardle, a w gaciach jedynie kupę strachu. Innymi słowy – usrany byłem po pachy. Na zewnątrz jednak zachowywałem niezmącony spokój pokerzysty. W drodze powrotnej dowódca mojej kompanii poinformował mnie, że narozrabiałem i będziemy musieli się rozstać.

– To znaczy? – zapytałem zaskoczony.

– Zostaniesz przeniesiony do innej jednostki.

Nic nie odpowiedziałem. Czułem, że kupy w gaciach przybywa w zastraszającym tempie, jakbym się nagle znalazł na polu minowym. Okazało się że trop, którym chciałem podążać, zaprowadził mnie do jednostki w Łodzi, która pełniła niezwykle chwalebną służbę dla dobra ojczyzny: jej żołnierze wymieniali podkłady kolejowe na torach! Tym bowiem zajmowała się tak zwana Ochrona Terytorialna Kraju, w skrócie OTK-a. Brzmiało oczywiście dumnie, tyle tylko, że jednostka ta tyle miała wspólnego z ochroną, co ja – jak zawsze twierdziłem – z carską ochraną. Krótko mówiąc – odłożone studia w cywilu zacząłem realizować w wojsku. Od tego momentu pomarańczowy kolor był moim znakiem rozpoznawczym.

Cóż, widać takie studia, jakie zdolności.

                                    xxx

Gdy dzisiaj o tym myślę właśnie to jedno przychodzi mi do głowy: że życie jest zaskakujące! Ale nie jak pudełko czekoladek, o którym mówi nierozgarnięty Forest Gump, jest dziwne, ponieważ o ile w tamtym czasie za moje koligacje rodzinne z Ameryką miałem przesrane, o tyle dzisiaj takie same powiązania byłyby powodem do dumy! W ten oto sposób państwa, w których przychodzi nam żyć z wyboru losu, reżyserują nam naszą egzystencję, nie pytając nas przy tym oczywiście o zdanie. Krótko mówiąc – jakby na to nie spojrzeć jedno wydaje się pewne: biednemu statyście zawsze wiatr i deszcz w oczy, nawet w słoneczny dzień.

Zaprawdę – dziwny jest ten świat!

13.12.2018 r.

13:01, adelmelua
Link Komentarze (5) »
niedziela, 09 grudnia 2018

Każda zamknięta społeczność, mniejsze czy też większe grupy ludzi, odseparowane od tzw. większości, zamknięte w swoim hermetycznym świecie, mają to do siebie, że z czasem aberrują, tzn. w ich obrębie dochodzi do odstających od normy zachowań. A jeszcze ściślej – dochodzi w nich do różnego rodzaju wynaturzeń. Tak się dzieje w więzieniach, gdzie warunki odosobnienia tworzą specyficzną subkulturę; podobnie jest w różnego rodzaju ośrodkach odosobnienia np. leczniczego, wychowawczego; tak się dzieje również, co prawda na mniejszą skalę ale zawsze, w wojsku, czy wreszcie w takiej instytucji jak Kościół.

O ile w wielu z wyżej wymienionych ośrodków zachowania negatywne stają się z czasem normą, o tyle w łonie Kościoła, z racji swojego powołania i nauczania, są i pozostaną one na zawsze sprzeczne z ideą ich powołania. Osobnicy w sutannach bowiem będąc, w pewien umowny oczywiście sposób, pośredniakami pomiędzy nami, zwykłymi zjadaczami chleba, a Siłą Stwórczą (Bogiem?), powinni być krystalicznie wręcz moralnie czyści!

Można by się w tym miejscu zastanowić, dlaczego tak się dzieje że nie są, dlaczego ludzie ci obdarzeni a priori naszym zaufaniem, nadwyrężają je, postępując nierzadko podle i niegodziwie? Powiem więcej: dlaczego tak się właśnie dzieje, pomimo ich wiedzy pochodzącej z Nowego i Starego Testamentu?! Myślę, ba – jestem pewien, że odpowiedź jest zaskakująco wręcz prosta: właśnie dlatego że znają zawartość Biblii, postępują tak a nie inaczej! Mają bowiem świadomość iż to, co się w niej znajduje, ale też, dlaczego się w nie znalazło, jest jedną wielką ściemą! I właśnie ta wiedza niejako wyzwala w nich zgodę na nierząd, grzech i postępowanie nierzadko bez najmniejszych skrupułów w celu zaspokojenia swoich fizyczno-ekonomicznych żądz.

Dawniej takie wypadki, z reguły pojedyncze, nienagłaśniane, a wręcz wyciszane, przechodziły w zasadzie bez echa, albo też, ze względu na mniejszą skuteczność (obiegową powolność) informacji, bez jakichkolwiek większych konsekwencji. Dzisiaj świat wygląda diametralnie inaczej niż jeszcze ćwierć wieku temu, więc i w tym zakresie odbiór nieprawidłowości w łonie Kościoła również się zmienił. Dzisiaj informacja płynie w zasadzie z prędkością światła, więc o tym, co zrobił złego jeden, piąty, setny ksiądz, czy jakiś zespół zakonnic prowadzący jakiś ośrodek wychowawczy, wiemy właściwie już następnego dnia! A gdy dodamy do tego jeszcze uporczywe unikanie odpowiedzialności za swoich kapłanów, za ich niegodziwe czyny, nic dziwnego, że ludzie odwracają się od tej zbudowanej na kłamstwie wielowiekowej instytucji. I nie wynika to oczywiście z racji ich wiedzy na temat roli Stwórcy w dziele stworzenia świata, pochodzącej choćby z pogłębionej wiedzy Biblii, ich izolowanie się od Kościoła zasadza się raczej na odrzuceniu tej instytucji w wyniku braku bojaźni przed niewiadomą po naszej śmierci  bojaźni, jaka charakteryzowała jeszcze naszych dziadków, rodziców, czy w ogóle wcześniejsze pokolenia.

I ament. Oczywiście w paździerzu. Czy może szybciej z paździerza.

 09.12.2018 r.

10:27, adelmelua
Link Komentarze (2) »
piątek, 07 grudnia 2018

Co ten powyższy skrót oznacza? Oczywiście Solidarną Polskę, której założycielem był pan Zbiszek, a z której w ostatnim czasie wystąpił Patryk Jaki, niedoszły prezydent Warszawy.

Kim jest pan Zbiszek, chyba wszyscy wiedzą, więc nie będę tłumaczył. Powiem tylko, że dopóki żyje poseł Kłamczyński, pan Zbiszek będzie się liczył w polityce o tyle, o ile będzie jedynie posłusznym wykonawcą planu swego plenipotenta. Aż w pewnym momencie stanie się dla niego bezużyteczny i zostanie „odstrzelony”. I tak zakończy się polityczny żywot pana Zbiszka. Chyba że z niebytu wyciągnie go człowiek od cudów, czyli capo di tutti capi z Torunia, dla niewielu ksiądz, dla większości zwykły biznesmen w sutannie, pan Rydzyk. A jeżeli owo wyciągniecie z niebytu zbiegnie się z jakąś dużą słabością (polityczną, zdrowotną) posła Kłamczyńskiego, wówczas pan Zbiszek znów nabierze politycznego znaczenia. I to bez względu na to, czy rzeczony wyżej redemptorysta będzie współtwórcą jakiegoś nowego ruchu politycznego, czy też nie.

Inaczej natomiast przedstawia się sprawa z panem P. Jakim. Ten, oczywiście, w pewnym momencie wstąpi do PiS-u i odwrotnie proporcjonalnie do pana Zbiszka, dopóki będzie żył prezes Kłamczyński, będzie miał szanse na polityczne pobłyskiwanie. Ale też oczywiście do czasu. Tak bowiem mają ludzie, który są wykorzystywani przez większych graczy do ich własnych celów politycznych.

Czy obu panów z SP coś różni? Nieważne, istotne, jak ich postrzega poseł Kłamczyński. A tutaj obaj panowie już się różnią. I to znacznie. Bo o ile po ostatnich wyborach na prezydenta stolicy, które Patryk Jaki przegrał z R. Trzaskowskim, prezes może być nieco rozczarowany – jak w ogóle takie odczucie może mu towarzyszyć po całych wyborach, szczególnie przy tak potężnych środkach pochodzących z budżetu państwa, jakie zaangażowano – o tyle pan Zbiszek zawiódł go parę lat temu inaczej i znacznie boleśniej, gdy wbił mu niejako nóż w plecy, odchodząc z partii i zakładając własne ugrupowanie polityczne. Właśnie Solidarną Polskę. A takich rzeczy pan Kłamczyński nie zapomina. Nigdy! I nikomu! Więc myślę, że za ten ruch z przeszłości przyjdzie mu kiedyś, wcześniej cz później zapłacić.

Na razie działają razem. Pan Kłamczyński wykorzystuje pana Zbiszka, a pan Zbiszek jest zadowolony, bo jest niejako w swoim żywiole: łamie prawo i ściga tych wszystkich, którzy w jakikolwiek sposób mogą zagrozić rządom jedynie słusznej partii – Prawu i Sprawiedliwości.

W tym kontekście nie powinno też szczególnie nikogo dziwić, że po ostatnich wyborach samorządowych mamy do czynienia co i rusz z przekupywaniem ludzi w tzw. terenie, z reguły niezrzeszonych, którzy stali się w tym momencie niezwykle cennym języczkiem u wagi. Na Śląsku był, co prawda, jeden poseł zrzeszony, pan Kałuża z Nowoczesnej, jednak, mimo dużej krytyki, jaką wcześniej obdarzał PiS, wszedł z nią w koalicję, przeciągając większość w sejmiku na rzecz Prawa i Sprawiedliwości. Dlaczego? Z pewnością nie chodziło o stanowisko i pieniądze z tym związane, bo te miałby, koniec końców, również i na innym stanowisku zagwarantowanym przez Koalicję Obywatelską. Rzecz prawdopodobnie dotyczyć musiała czegoś zupełnie innego. A że PiS nie cofnie się przed niczym, żeby tylko sięgnąć po władzę, więc podejrzewam, że w grę musiało wchodzić coś tak paskudnego, jak szantaż.

Oczywiście, można grać nieuczciwie, sięgać po najpodlejsze zagrywki po to, żeby osiągnąć swój cel, tyle tylko – i tego jestem pewien – że: kto mieczem wojuje, ten od miecza ginie. Prawo i Sprawiedliwość również od cięcia takim narzędziem padnie. Pytanie tylko: kiedy i kto ostatecznie zada ów śmiertelny cios. A może ono samo zada je sobie? W końcu tradycji powinno stać się zadość: honor nakazuje popełnić sepuku. Tylko kto z tych papierowych patriotów gotów jest zachować się honorowo? Pan Czarnecki? (śmiech) Pan Antoni? (jeszcze większy śmiech) A może pani Pawłowicz czy pan Piotrowicz?

– Panowie, dajcie spokój, cały kosmos pęka ze śmiechu! A to, uprzedzam, może mieć niezwykle groźne konsekwencje dla niego.

07.12.2018 r.

08:23, adelmelua
Link Komentarze (1) »
sobota, 01 grudnia 2018

1. Czytam i oczom nie wierzę, a właściwie wierzę, bo obserwuję to od dawna, tylko jakoś zawsze staram się szukać jakiegoś, choćby i pokrętnego usprawiedliwienia. Dzisiaj jednak, gdy o tym przeczytałem, pomyślałem, że nie ma się co dalej oszukiwać, należy spojrzeć prawdzie w oczy i powiedzieć: antysemityzm został przez wielu z nas wyssany, niestety, z mlekiem matki. A oto tego konsekwencje.

W Opolu ktoś dokonał zniszczeń na cmentarzu żydowskim. Nie muzułmańskim, prawosławnym, katolickim czy, cholera, choćby celtyckim – gdyby się taki naturalnie uchował – a właśnie żydowskim! Kto się dopuścił tego czynu? Jak się okazało – dwóch 12-letnich chłopaczków oraz ich 13-letnia kumpela. Dlaczego to zrobili? Tłumaczyli, że dla zabawy. Czyli zgrywy. Tyle tylko, że nie zrobili tego na cmentarzu należącym do innej religii, a właśnie na żydowskim! Jakby ten cmentarz był szczególnie podatny na tego typu „żarciki”. Pytanie zatem, jakie musi się tutaj pojawić, brzmi: dlaczego właśnie na nim?

Odpowiedź, podobnie jak i pytanie, jest również krótka i niezwykle prosta: antysemityzm, ten nieuświadomiony, zbudowany na niechęci, czy to do Żydów jako narodu, czy też w odniesieniu do tej grupy społecznej żyjącej w jakimś kraju, jest wyssany niejako z mlekiem matki. A dokonuje się ten proces poprzez skuteczną filtrację tego mleka przez ojca, czy też środowiska, w jakim dany dzieciak żyje i dorasta.

Żeby jednak nie kończyć tego wpisu zbyt przygnębiająco, przytoczę scenkę, która powinna trafić do tych ludzi, którzy nie powinni mieć dzieci, bo nie potrafią ich wychowywać.

– Ma pani dzieci?

– Oczywiście!

– Dużo?

– Hm?

– Pytałam, czy dużo ma pani dzieci?

– Dwójkę. Dwa małe pieski.

– Ale ja pytałam o dzieci.

– Właśnie mówię. To ratlerek i york. Są urocze!

Gdy mam do czynienia z takimi sytuacjami jak wyżej, dochodzę do przekonania, że rzeczywiście lepiej by było, gdyby niektórzy ludzie mieli psy na wychowaniu, niż właśnie dzieci. Może z nimi poradziliby sobie lepiej. W końcu im trzeba poświęcać znacznie mniej czasu i szczekają na wszystkich jak leci, bez rozróżniania koloru skóry, przynależności narodowej, światopoglądu itd., itp.

2. Ostatnio człowieczak pełniący obowiązki prezydenta w okresie przejściowym, czyli w okresie polskiej smuty trwającej już trzy lata i mającej się zakończyć dopiero, niestety, za dwa, wyskoczył jak Filip z konopi i rzucił w przestrzeń publiczną, że Polska – rzeczywiście cała? Bo ja z pewnością nie! – jest jakoby zainteresowana utrzymywaniem stałej amerykańskiej bazy wojskowej na naszym terytorium, co ma kosztować polskiego podatnika co najmniej dwa miliardy złotych! A żeby zyskać przychylność dla tej propozycji drugiego takiego jak on, czyli kumpla po fachu, tyle że amerykańskiego, obiecał, że owa baza nosiłaby imię – TRUMP, dokładnie: Fort Trump! Ja bym to nazwał nawet: Trump Camp – Camp Trump!! Albo: Camper  Trumper! Jeszcze ładniej się rymuje.

Czy to dobry pomysł? Powiem, że co najmniej dziwaczny! Ale cóż, jaki człowieczak, takie i pomysły; takie pomysły, jacy jego doradcy, słowem – jedzie lipą na odległość! Po prostu niektórzy nigdy nie wyrastają z opowieści o Dzikim Zachodzie. Nasz Dyzio, jak widać, również z nich nie wyrósł. Nadal lubi się bawić w kowboja, co ma niezłego boja

3. Na koniec ze swojskiego podwórka :

Matka: Ustatkowałbyś się wreszcie, synu. Ożeniłbyś się, miał fajną żonę, dzieciaczki…

Syn: Wiesz, mamo, może i bym to zrobił, tylko jedna rzecz mi na to nie pozwala.

Matka: Nie rozumiem. Przecież niczego ci nie brakuje. Jesteś zdrowy, silny, masz dwie ręce, dwie nogi, dobrą pracę też masz…

Syn: Nie o to chodzi.

Matka: Więc o co?

Syn: Boję się nocy poślubnej.

 01.12.2018 r.

12:05, adelmelua
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 27 listopada 2018

Kilka dni temu miała miejsce rozprawa sądowa pomiędzy posłem J. Kaczyńskim, a b. prezydentem L. Wałęsą. 6 grudnia ma zostać ogłoszony w tej sprawie wyrok. Ja dzisiaj chciałbym jedynie w tym kontekście podzielić się pewną refleksją, a także przytoczyć fragment mojej sztuki, która dotyczy właśnie jednego z bohaterów tej rozprawy.

To, że poseł Kaczyński zakłamuje rzeczywistość, że fałszuje najnowszą historię Polski przy pomocy swoich posłusznych mu, a bezmyślnych sztabowców, starając się uczynić ze swojego brata – na marginesie słabego prezydenta – demiurga naszej wolności i pierwszą osobę Solidarności lat 80-tych – to rzecz tyleż pewna, co i z gruntu fałszywa; to, że tylko on i jego ugrupowanie polityczne, przy trudnych do opisania stratach, „zyskało” niepomiernie na nieszczęsnej katastrofie smoleńskiej, również nie powinno wzbudzać najmniejszych wątpliwości. Jednak, przy okazji ww. rozprawy: J. Kaczyński – L. Wałęsa, okazało się, że mimo tych oczywistych zysków i strat, jest on również megalomanem, i to niezwykle potężnym!

W oczekiwaniu na rozprawę obu panów na korytarzu sądu, miała miejsce pewna sekwencja, kiedy to L. Wałęsa powiedział, iż popełnił koszmarny błąd w przeszłości, kiedy zrobił powoda ministrem i że tego żałuje i – tego jestem pewien! –  będzie żałował do końca dni swoich. J. Kaczyński, nie chcąc być dłużny, błyskawicznie ripostował, mówiąc: a ja niepotrzebnie zrobiłem pana prezydentem. I w tym momencie okazało się, że to nie naród tylko właśnie pan Kłamczyński wskazał i wybrał na to stanowisko Lecha Wałęsę!

Powiem tak: prezes Prawa i Sprawiedliwości w zasadzie nigdy chyba nie miał dobrego kontaktu z rzeczywistością, co w zasadzie, gdy weźmie się pod uwagę jego karierę, poczynając od  filmu a skończywszy na byciu posłem od prawie trzydziestu lat, nie powinno jakoś szczególnie dziwić. Taka ścieżka życiowa jak najbardziej  może wypaczać ogląd świata. W przypadku pana Kłamczyńskiego tak najprawdopodobniej się stało. Stąd zapewne takie kosmiczne wręcz niedorzeczności, co może świadczyć, niestety, nie tylko o megalomanii i utracie kontaktu z rzeczywistością, ale również może być oznaką niezbyt dobrej kondycji umysłowej.

Oczywiście, zawsze istnieje szansa wyjścia z tego typu amoku, tyle, że musiałby zostać tutaj spełniony jeden podstawowy warunek: pisowskie przydupasy pana Prezesa musiałyby w końcu przestać go izolować od prawdziwego życia. W innym przypadku będziemy mieli do czynienia z tym, co poniżej:

Generał: Cholera! Ale leje. (spluwa na podłogę) Tfu!

Donek: Kto leje?

Prezes: Kogo?

Generał: Nie wiem. Ale paskudnie leje. Jak byłem mały…

Prezes: Właśnie. Dlatego nie poszedłem.

Donek: Gdzie?

Prezes: Na pogrzeb. W taką pogodę aż strach!

Donek: Przeziębić się łatwo. Pogrzeb?

Prezes: Nie po-grzeb, tylko pogrzeb!

Donek: Przecież mówię.

Prezes: Nie jestem głuchy. Powiedziałeś po-grzeb, a ja mówię, że nie poszedłem na pogrzeb!

Donek: Ale jaki?

Generał: Właśnie. Mówisz tylko ciągle o pogrzebie – zwariować można! Idź sobie na niego i nie zawracaj… tej, no…

Donek: Głowy.

Generał: Nie – nie, ale też jakoś tak na gie. Muzyki. To znaczy gitary! Nie zawracaj gitary.

                                               Po chwili.

Donek: Więc, jaki to pogrzeb?

                                               Milczenie.

Prezes, pytałem, jaki to pogrzeb.

Prezes: Taki zwykły.

Donek: Czyj?

Prezes: Jakiegoś umarlaka. Nie pamiętam nazwiska…

Donek: Aha.

Generał: Wiecie dlaczego?

Donek: Co „dlaczego”?

Generał: No, są pogrzeby oczywiście.

Donek: No. Właśnie.

Prezes: Wiadomo. Bo są umarlaki.

Generał: (ścisza głos) Chodźcie bliżej.

                                               Pauza.

Bo są ludzie. A ludzie są różni: są tacy, którzy dobrze żyją, są też tacy którzy źle żyją, ale są też właśnie i tacy, którzy nie żyją w ogóle!

                                               Chwila ciszy

Donek: No tak. To by się zgadzało.

Prezes: No raczej. Też mi odkrycie!

                                   Po chwili milczenia.                

Generał: Dziwne, ale dawno nie widziałem Jolki. Nie wiecie…

Prezes: Kręciła się gdzieś tutaj.

Donek: No tak, była. Kiedyś. Pamiętam.

Generał: Kiedy?

Prezes: Może wczoraj. Może dzisiaj. Kto by to spamiętał.

Generał: Dziwne.

                                                           Po chwili.

Donek: A ja bym nie poszedł!

Prezes: Gdzie?

Donek: No, na pogrzeb naturalnie.

Prezes: A jakbyś musiał?

Donek: Nie ma takiej możliwości!

Prezes: A na swój?

Donek: Na swój to co innego… Ale nie, na swój tym bardziej bym nie poszedł. Szkoda nóg. Ja już się nachodziłem w swoim życiu. Jeżeli chcą, żebym na nim był, to muszą mnie zawieźć.

Generał: Właśnie. Olać pogrzeb! (spluwa na podłogę) Tfu!

Donek: Co ty tak ciągle plujesz, Generał?

Generał: I tak stąd odchodzę. Poza tym lubię sobie splunąć.

27.11.2018 r.

16:44, adelmelua
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 25 listopada 2018

Dzisiaj jest niedziela, dzień wolny od pracy, w pewien sposób świąteczny, więc powinno być bez nienawiści. I będzie, tym bardziej że zawsze staram się pisać w taki właśnie sposób – może z niechęcią, z całą jednak pewnością bez nienawiści. Co prawda wiele zamieszczonych tutaj tekstów jest napisanych z ironią, nierzadko zjadliwą, to jednak zawsze staram się nie przekraczać w nich granic dobrego smaku. Niniejszy spot zatem będzie się odnosić do uczucia tak szlachetnego, jak miłość.

Przyznaję – już od dawna przymierzałem się do napisania kilku słów o świecie zakochanych. Ten świat bowiem, to całkiem inny obszar naszej rzeczywistości, o wiele mniej, że tak powiem, przyziemny. Nie znaczy to oczywiście, że jest nieprawdziwy, jakoś sztucznie wygenerowany. Oczywiście on jest jak najbardziej realny! Z tą jedynie różnicą, że pozostaje niejako odosobniony, może nawet w pewien sposób odizolowany od świata rzeczywistego, bardziej rozrzedzony nieobecnością innych, a zagęszczony sobą – dwojgiem zakochanych w sobie ludzi.

Wspólnota ich miłości zbudowana na wzajemności łączącego ich uczucia, jest w zasadzie wszystkim, czego w tym momencie dwoje zakochanych pragnie i wszystko i wszystkich innych im ona zastępuje. Zbyteczni są zarówno rodzice, jak bracia i siostry, czy przyjaciele i przyjaciółki – oni bowiem mają w tym momencie siebie nawzajem i to im w zupełności wystarcza. To jest ich świat, świat tu i teraz, właśnie – świat zakochanych! I jeżeli nawet im się nie uda przeżyć całego życia wspólnie, nie zestarzeją się razem, nie zdołają chronić swojej miłości, to jednak warto w tym świecie zaistnieć choćby i przez krótką chwilę. Bo to znaczy należeć od początku do końca do kogoś, kto poza nami świata nie widzi, nic się dla niego nie liczy oprócz nas. Jest bowiem tylko on lub ona i ty, istnieje dla nich tylko tu i teraz, tam i wtedy, i potem, i jeszcze kiedyś…

25.11.2018 r.

15:44, adelmelua
Link Dodaj komentarz »
środa, 21 listopada 2018

Prawdopodobnie nic nigdy nie jest takie, na jakie wygląda, czyli jak coś widzimy. I nie chodzi mi o jakiś motyw, dajmy na to, martwej natury – bo to wygląda właśnie dokładnie tak, jak to coś postrzegamy; bardziej chodzi o ludzi i ich relacje między sobą. Te bowiem nigdy nie wglądają na takie, jakie są w rzeczywistości.

Sześć lat temu przeczytałem Białe zęby Zadie Smith (pisałem o tym tutaj 21.12.2012 r. ), jej literacki debiut i już wtedy była dla mnie niezwykłym literackim talentem! Dzisiaj, po przeczytaniu jej kolejnej powieści O pięknie, mogę tylko potwierdzić tamto spostrzeżenie: świetna literatura! Literatura, w której właśnie nic nie jest takie, jak nam się na początku wydawało.

 O czym ona jest? W zasadzie skupia się na opisie dwóch rodzin – Kippsów i Belseyów, a jako że ich męskie głowy, czyli ojcowie i mężowie są wykładowcami uniwersyteckimi, więc siłą rzeczy, oprócz opisu ich rodzin, mamy również do czynienia z konfliktem naukowym obu panów (Monty’ego i Howarda), a także nakreśleniem środowiska akademickiego w amerykańskim miasteczku Wellington.

Pierwsza z rodzin wygląda na świetnie prosperującą, kochającą się i w ogóle świetnie funkcjonującą. Tyle, że to tylko pozór, z czego zaczynamy zdawać sobie sprawę w miarę upływu czasu; druga z kolei, z którą jesteśmy dzięki pisarce bliżej, w zasadzie od początku posiada jakby wiele niedoskonałości, których, co istotne i co jest, paradoksalnie, według mnie zaletą, nie ukrywa. I nie chodzi o to, że się nimi szczyci, bo jest wręcz odwrotnie(!), rzecz w tym, że w swojej egzystencji jest bardziej szczera, dzięki czemu, im głębiej wchodzimy w treść powieści, tym mniejszego możemy – tak myślę – doznać rozczarowania. Tyle tylko, że mniejszego, nie mieć go bowiem w ogóle jest, jak wiadomo, rzeczą niemożliwą! I nie napiszę że – niestety, ponieważ wiem, jak wygląda życie i że rozczarowanie jest, tak naprawdę, niejako jego częścią składową.

Nie będę się tutaj wdawał w długie opisywanie fabuły tej książki, napiszę krótko – mimo swoich sześciuset stronic książka ani na moment nie nuży, wręcz przeciwnie – wciąga z każdą przeczytaną stroną. Z. Smith niezwykle zgrabnie, z wyczuciem i niezwykłym smakiem ciągnie swoją historię do samego końca. Nie ma tam niepotrzebnych słów, nietrafionych scen – wszystko jest na swoim miejscu i w odpowiednich proporcjach. Jest bowiem i dojrzewanie, i szlachetne zaakceptowanie upływu czasu; jest miłość, zarówno ta prawdziwie głęboka, jak również i ta szybka, przelotna na skutek zdrady; jest radość, smutek i rozpacz, czy wreszcie jest również choroba i śmierć. Ale, co zastanawiające, jest przy tym także szlachetność postępowania i niespodziewana przyjaźń – niespodziewana, bo dotycząca kobiet – żon obu konkurujących ze sobą profesorów, którzy stoją po dwu przeciwległych barykadach tez naukowych, odnoszących się do Rembrandta.

Gorąco polecam!

21.11.2018 r.

15:09, adelmelua
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 18 listopada 2018

Wiadomo, czym zaczyna się ten miesiąc – Świętem Zmarłych, dlatego też nic dziwnego że ludzie umierają, szczególnie właśnie w tym miesiącu.

 Kilka dni temu niespodziewanie (wylew) zmarła koleżanka z pracy. A właściwie żadna koleżanka, ot – bardziej znajoma, mimo że pracowaliśmy razem w tym samym miejscu od kilku już lat. Dlaczego właśnie bardziej znajoma niż koleżanka? Ponieważ była mi ona więcej niż obojętna. Krótko mówiąc – miałem z nią bardziej niż chłodne relacje. Ot – zwyczajowe cześć i takie tam od czasu do czasu sprawy zawodowe.

Nie wiem, jaką była matką, żoną, czy babcią – pewnie dobrą, ja jednak będę ją postrzegał tak, jak sobie na to zasłużyła w pracy: jako plotkarkę – i to tę, która plotki tworzy! – a także jako kogoś, kto robił tzw. bokami: więcej przebywała na zwolnieniach lekarskich w ciągu roku, niż w pracy. A o długości choroby wiedziała już wcześniej, zanim dostała zwolnienie. Oczywiście ani mnie to grzało, ani ziębiło, niemniej moja ocena jej osoby na koniec jest właśnie taka: leserka.

W tym tygodniu odbył się jej pogrzeb. Nie byłem na nim. I nie tylko zresztą ja. Poza tym ona również na moim nie będzie. I to nie tylko dlatego, że fizycznie już jej nie ma, więc jej obecność na pogrzebie, zarówno moim jak i innych osób jest niemożliwa, ale także dlatego, że mojego nie będzie. Nie odbędzie się. Wcześniej zostanę spopielony i jakaś piękna niewiasta – przynajmniej taką mam nadzieję – mnie dmuchnie. To znaczy rozdmucha na wietrze w wybranym wcześniej przeze mnie miejscu.

Można powiedzieć, że akurat w moim przypadku zaskoczenia nie było, ci bowiem, którzy mnie znają, wiedzą, czego można się w tym zakresie spodziewać.  Zaskoczeniem jednak mogło być już jednak to, co powiedziałem jeszcze przed jej pogrzebem:

– Cóż, odeszła, nagle, dla nas nagle, ale widocznie tam – wskazałem kciukiem na sufit – była oczekiwana. Dobrych pracowników tam również potrzebują.

Co niektórzy słysząc to, uśmiechnęli się, a ja poszedłem za ciosem i dodałem:

– Co do mnie natomiast, to co najwyżej możecie powspominać mnie w jakiejś knajpie, mówiąc, że: dobry był z niego (ze mnie naturalnie) herbatnik. I w ogóle dobre było ze mnie chłopisko, tylko jajka nosiłem zbyt nisko.

Tym razem, gdy wybrzmiały moje ostatnie słowa, wszyscy ryknęli śmiechem i tak zakończyło się wspomnienie o koleżance z pracy – dla jednych, o znajomej natomiast dla drugich.

18.11.2018 r.

00:04, adelmelua
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 15 listopada 2018

1.W Święto Niepodległości 11.11.2018 r. przez Warszawę przeszły dwa marsze. Jeden, nad którym ostatecznie patronat objął pan Andrzej Duda, drugi – zorganizowany został, jako cykliczna impreza, przez tzw. Młodzież Wszechpolską. Pytanie, jakie powinno się tutaj pojawić, brzmi: Dlaczego miały miejsce dwa marsze, skoro prawie do końca nikt o takim rozwiązaniu nawet się nie zająknął?

Za to, że tak się stało, niestety, odpowiedzialna jest pani H. Gronkiewicz-Walz, która, jako prezydent Warszawy, podjęła decyzję o rozwiązaniu marszu narodowców. Nie będę się tutaj wdawał w jakieś bardziej lub mniej zawiłe dywagacje, dlaczego to zrobiła, napiszę przede wszystkim o tym, czym to skutkowało, a skutkowało zorganizowaniem drugiego marsz przez p.o. prezydenta A. Dudę, co, tym samym, pozwoliło wyjść z twarzą zarówno jemu, jak i całemu PiS-owi z owego świątecznego zapętlenia.

Nie wiem, kto doradzał w tej kwestii pani prezydent Warszawy i czy w ogóle ktoś to robił, wiem tylko, że taka decyzja miała dwojakie znaczenie: od strony politycznej opozycji okazała się jak najbardziej fatalna, z pozycji jednak mieszkańców stolicy i w ogóle wszystkich obywateli kraju, była w pewien sposób zbawienna, bo charakter obu przemarszów miał w zasadzie przebieg niezwykle spokojny.

2. Wojna, każda oczywiście wojna wydobywa z człowieka najniższe, więcej niż zwierzęce instynkty, gdzie życie w ogóle traci jakąkolwiek wartość. Obok tego jednak jest jeszcze coś, jako element dominacji nad podbijanym narodem: w trakcie wojny podejmowane są przez najeźdźców takie decyzje, które mają podbity naród upokorzyć i pokazać mu, jak bardzo nim się pogardza.

W poniedziałkowym filmie Niepodległość, filmie dokumentalnym złożonym z wielu archiwalnych urywków zebranych w wielu miejscach Europy przez reżysera, a poświęconym 100-leciu odzyskania przez Polskę niepodległości, taką pogardę widać w jednym z jego fragmentów, tym dotyczącym Wawelu i tego, jak to Austriacy urządzili tam koszary wojskowe. Kiedyś w siedzibie, a dzisiaj nekropolii królów polskich!

Wiele było w tym filmie ciekawych momentów, ba – cały film był niezmiernie interesujący! Ten jednak fragment szczególnie zwrócił moją uwagę, tym bardziej że, jak wiemy z historii, nie był to odosobniony przypadek: podobnie postępowali z nami w przeszłości zarówno Rosjanie, jak i Niemcy, którym nierzadko nie wystarczało samo zwycięstwo, trzeba było jeszcze przegranego poniżyć, upokorzyć, podeptać jego godność...

15.11.2018 r.

14:36, adelmelua
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 144
O autorze
więcej: www.kiler.blox.pl kontakt: czaplinski@tlen.pl