RSS
poniedziałek, 18 grudnia 2017

          Dzisiaj upajacie się władzą, jesteście przekonani – podobnie jak swego czasu komuniści – że jej nie oddacie przez długie dziesięciolecia, co zagwarantuje wam bezkarność dzisiejszych czynów. Mylicie się, nic nie jest trwałe. Oprócz zmienności naturalnie. Na dodatek czasy się zmieniły, ludzie się zmienili, możliwości komunikacyjne również ewoluowały. Dzisiaj skrzyknięcie tysięcy ludzi w proteście pod wspólnym hasłem, które łączy, nie stwarza żadnego problemu. Z kilku tysięcy ludzi niepostrzeżenie tłum może urosnąć do setek tysięcy w wielu miastach, a wówczas… Cóż, tak jak szybko robiliście swoje szalone zmiany, łamiąc Konstytucję i demokrację, tak samo błyskawicznie tę władzę oddacie.

O ile siedem lat temu myślałem o Smoleńsku w kategoriach dramatu tylko tych, którzy tam zginęli, oraz najbliższych członków ich rodzin, o tyle dzisiaj, po przeszło siedmiu latach od tamtych tragicznych wydarzeń, jestem pewien, że to również dramat tych, którzy nie akceptują metod dzisiejszej władzy, która wyrosła na tej tragedii i ustawicznie się nią żywi dzień po dniu, miesiąc po miesiącu, rok po roku, niczym nigdy niezaspokojony sęp, lub jeszcze gorzej – wilkołak ustawicznie łaknący krwi. Dlatego z tego miejsca zwracam się do tych wszystkich, którzy przynależą do dzisiejszego obozu władzy, czy też są jego zwolennikami:

Dziady kalwaryjskie! Zachowujecie się niczym stado bezmyślnych owiec prowadzonych na zatracenie przez jednego barana. Tworzycie nowe fakty, z gatunku tych wirtualnych; fałszujecie historię, stawiacie pomniki ludziom, którzy w naszej przeszłości niczym szczególnym się nie wyróżnili, podczas gdy prawdziwymi bohaterami czasów walki pogardzacie i zrzucacie ich z postumentów tylko dlatego, że nie pochodzą z waszego nadania. Opozycyjnych polityków i zwykłych obywateli wyzywacie od ORMO-wców, ubeków i targowiczan, podczas gdy sami zachowujecie się właśnie niczym targowiczanie! Przypatrzcie się waszej działalności, przeanalizujcie ją w kontekście historycznym – komu takie postępowanie służy – poddajcie je refleksji i wyciągnijcie wnioski, może wówczas przyjdzie opamiętanie i zdecydujecie się opuścić twierdzę, w której wielu z was bezmyślnie się zamknęło, mając gdzieś rozsądek i zwykłą przyzwoitość. Jeżeli uczciwie to zrobicie i ponownie zakrzyknięcie: zdrada!, jestem pewien, że niniejsze pojęcie będzie się odnosiło jedynie do was samych!

Dziwicie się że ktoś próbuje podpalić drzwi biura jakiejś posłanki; jesteście oburzeni że ktoś rzuca w samochody waszych przedstawicieli politycznych jajkami, czy nawet strzela do jakiegoś polityka w siedzibie partii. Tylko że tak naprawdę nie ma się czemu dziwić: kto bowiem sieje wiatr, ten zbiera burzę. A wy, niestety, siejecie wiatr nienawiści, więc tym samym zbieracie podobne żniwo. Więcej – wiedzcie, że jeżeli nie zmienicie swojego postępowania, swojej narracji politycznej, będzie tylko gorzej! Tego, niestety, jestem dziwnie pewien.

Nie dziwcie się, że ludzie są wami zmęczeni i nie chcą was słuchać ani na was patrzeć. Sposób uprawiania przez was polityki, traktowanie opozycji i tych wszystkich, którzy się z wami nie zgadzają, z pogardą i nieuprawnioną wyższością, powoduje w wielu obywatelach nie tylko niechęć do was, czy złość na was, ale również wściekłość, czy wręcz ową właśnie nienawiść! Macie w sobie tyle wylewającej się z was pychy i niepohamowanej buty, że nic dziwnego, iż jedyną reakcją wielu ludzi na waszą działalność są niezbyt sympatyczne uczucia. Niestety, macie dar wywoływania u innych niskich instynktów!

Jakiś czas temu myślałem, że wraz z upływem czasu dotrze do niektórych z was ogrom zła i podłości, jaki wypływa z Nowogrodzkiej i przetacza się potem przez sejm i senat, i że w końcu pojawi się u niektórych z was refleksja, a tym samym opamiętanie, że tak dalej nie można. Niestety, łudziłem się. Zachowujecie się nie tylko jakbyście nagle oślepli i ogłuchli, ale, co gorsza – sprawiacie wrażenie jakbyście stracili rozum, a tym samym również instynkt samozachowawczy!

Nadal więc pogardzajcie nami, nadal nie liczcie się z głosami milionów obywateli tego kraju – ludzi, którym leży na sercu jego dobro. Wiedzcie jednak, że magma ludowego oporu rośnie i pewnego dnia wyleje się lawą, a wtedy… wtedy jedno jest pewne: nadejdzie czas rozliczeń i zapłaty za szkody, jakie wyrządziliście temu krajowi i jego obywatelom za ostatnie lata. Nadejdzie czas zapłaty za butę, pychę i nierzadko zwykłe chamstwo. Prokuraturę przygotowaliście już do tego w odpowiedni sposób.

18.12.2017 r.

20:43, adelmelua
Link Dodaj komentarz »
piątek, 15 grudnia 2017

Po wielu latach od premiery ponownie obejrzałem tryptyk filmowy K Kieślowskiego Trzy kolory, w podtytule: czerwonyniebieski, biały, i muszę z przykrością stwierdzić, że tego rodzaju filmy, mimo że ważne i w zasadzie się nie starzeją, bo dotyczą spraw uniwersalnych, to jednak nie obezwładniają. Tak samo bowiem jak wówczas, gdy oglądałem je po raz pierwszy, tak również i teraz nie doznałem jakiegoś magicznego olśnienia czy objawienia i nie postrzegam ich jako filmów wyjątkowych. To znaczy, ściślej – z całą pewnością są niezwykle ważne nie tylko w dorobku naszego reżysera, ale również w kinematografii europejskiej, czy też światowej, tworząc w pewien sposób wizytówkę filmową K. Kieślowskiego, jednak, niestety, nie stanowią według mnie kamieni milowych, tak jak to ma miejsce w przypadku choćby dwóch innych jego filmów pochodzących ze słynnego Dekalogu, mam tutaj na myśli Krótki film o zabijaniu, czy Krótki film o miłości.

Bo o czym jest np. Niebieski?

Dwoje ludzi – ojciec i córka, giną w wypadku samochodowym. Cało – jeżeli w ogóle można użyć w tym przypadku takiego określenia – z tej opresji wychodzi matka dziecka i jednocześnie żona kierowcy. Tylko czy przeżycie tragedii, w której giną najbliższe jej osoby można nazwać darowaniem życia, gdzie można się nim w jakikolwiek sposób cieszyć? Czy można powiedzieć, mimo uratowania swojej egzystencji, że się żyje?

Główna bohaterka, którą gra Juliet Binoche, tak tego nie odbiera. Ona wewnętrznie czuje się rozbita. Co prawda oddycha, je, śpi, chodzi, jednak właśnie zupełnie nie czuje, że żyje! Z tego też wynika podjęta przez nią w pewnym momencie próba samobójcza. Na szczęście nieudana. Więc – żyje dalej.

Żeby jednak poradzić sobie ze sobą, ze swoją traumatyczną przeszłością, wie, że musi coś zrobić, coś, co niejako przywróci ją życiu. Dlatego postanawia się od niej odciąć. Zrywa ze wszystkimi znajomymi, wyprowadza się, chce sprzedać posiadłość i zacząć niejako wszystko od nowa. Tyle, że próba ta jej się nie udaje – przeszłość ją dopada. W postaci pracy, ludzi, czy decyzji i czynów, jakie podejmował jej nieobecny już mąż.

            I właśnie to wszystko udowadnia, że bez względu na to, co zrobimy w okolicznościach utraty kogoś, nie jesteśmy w stanie uciec od przeszłości – ona zawsze będzie nie tylko obecna w nas, ponieważ jest w nas niejako zakodowana, ale również będzie zawarta w czynach i ludziach, którzy w niej zaistnieli. Zawsze będzie się wlokła za nami niczym cień, przypominając nie tylko o dobrych chwilach, ale również, co gorsza, o rzeczach bolesnych, od których chcielibyśmy się uwolnić definitywnie i na zawsze, a od których, niestety, zwyczajnie nie da się tego zrobić.

           15.12.2017 r.

14:46, adelmelua
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 12 grudnia 2017

To, że człowiek nie jest istotą doskonałą, nie podlega żadnej wątpliwości. Nie żyjemy tak długo, jak np. żółwie czy rekiny polarne; nie zachowujemy młodego wyglądu do  śmierci jak np. golce; no i, niestety, zapadamy na mnóstwo chorób, które są obce większości zwierząt. Oczywiście, w świecie fauny i flory jesteśmy królami i nikt, że tak powiem, nam nie podskoczy! Górujemy nad naszymi braćmi mniejszymi w sposób bezapelacyjny dzięki naszemu intelektowi. Posługując się nim bowiem osiągnęliśmy nad nimi tak dużą przewagę, iż można powiedzieć, że staliśmy się panami ich życia i śmierci. Tylko czy jest to powód do chwały i dowód naszej doskonałości? Pod żadnym pozorem!

 To pewne, że posługujemy się rozumem w odmienny sposób od nich, ustawicznie się kształcimy, rozwijamy się, jednak jest coś, w czym bezsprzecznie ustępujemy światu zwierzęcemu – to umiejętność posługiwania się instynktem. W tym zakresie góruje on nad nami w sposób bezdyskusyjny. I mimo że wymyślimy jeszcze tysiące urządzeń, które będą nam pomocne w codziennym życiu, stworzymy systemy zabezpieczeń przed różnego rodzaju niespodziankami ze strony natury, to jednak nasi bracia mniejsi zawsze będą krok przed nami, zawsze będą dysponowali takim wewnętrznym narzędziem, któremu żadne z naszych nie dorówna. Ich genialny instynkt bowiem zawsze wcześniej uprzedzi ich o grożącym im niebezpieczeństwie, nadchodzącym kataklizmie, którego my albo nie dostrzeżemy na swoich nowoczesnych urządzeniach, albo zwyczajnie zbagatelizujemy.

Jest jednak coś, co w pewnym, zawężonym naturalnie zakresie, przybliża nas do świata zwierząt i skraca różnicę pomiędzy nimi a nami, mianowicie – nasza intuicja. Niestety, na skutek wyboru takiej a nie innej drogi naszej ewolucji, odseparowania się od świata natury, utraciliśmy ścisły kontakt tak z nią, jak i z naszymi zmysłami. Oczywiście, nie w definitywny i ostateczny sposób – w końcu korzystamy z nich na co dzień, niemniej robimy to w niezwykle ograniczonym zakresie, na skutek ich wielowiekowego przytępiania, co z kolei działa, bo musi działać na naszą niekorzyść w dłuższej perspektywie.

Oczywiście, nigdy nie osiągniemy w tym aspekcie egzystencjalnym takiej biegłości co pozostali przedstawiciele fauny i flory, niemniej, myślę, moglibyśmy, ba – powinniśmy robić znacznie więcej w tym kierunku. Dla naszego dobra.

Bo co z tego, że ustawicznie się doskonalimy, podnosimy swoje kwalifikacje, poszerzamy granice wiedzy, skoro w każdym elemencie odnoszącym się do naszej natury przegrywamy? Co z tego, że wzniesiemy jeszcze tysiące zapierających dech w piersiach mostów, czy drapaczy chmur, wyprodukujemy tysiące jeszcze szybszych i wygodniejszych samochodów, skoro nie będziemy mogli w o wiele lepszy, efektywniejszy sposób skorzystać właśnie z naszych zmysłów?

Naturalnie, dzisiaj również z nich korzystamy, w końcu posługujemy się na co dzień wzrokiem, słuchem, węchem, smakiem czy dotykiem. Robimy to jednak w sposób niezmiernie zubożony: patrzymy – nie dostrzegając; słuchamy – nie słysząc; dotykamy – nie czując; smakujemy – nie odczuwając; wąchamy – nie odróżniając. Dzieje się tak, jak już wspomniałem wyżej, na skutek wielowiekowego przytępiania owych zmysłów. I w tym aspekcie doświadczania naszej egzystencji pozostajemy niezwykle daleko w tyle za naszymi zwierzęcymi kuzynami. Dlatego, aby odczuć istnienie w szerszym zakresie, powinniśmy się od nich uczyć, ustawicznie pracując nad sobą, poznając siebie i swoje możliwości, aby stać się w przyszłości istotami, jeżeli nawet nie doskonałymi, to z całą pewnością doskonalszymi. Innymi słowy chodzi o zwrócenie się ku naszej naturze i doskonaleniu naszych zmysłów, co z całą pewnością przybliży nas do doskonałości, która może się okazać naszym ratunkiem – ratunkiem, tak naprawdę, gatunku ludzkiego.

12.12.2017 r.

12:55, adelmelua
Link Dodaj komentarz »
piątek, 08 grudnia 2017

        Aha, i jeszcze jedno: ruch o wymianie premierów posiada, tak myślę, jeszcze dodatkowe dno, mianowicie – przedwczesne wybory. Wierząc w ogromne poparcie dla Prawa i Sprawiedliwości, jakie widać w sondażach, Prezes zagrał vabank, licząc, że ewentualne wybory dadzą mu pełnię władzy i wówczas uniezależni się zarówno od współkoalicjantów, jak i – przede wszystkim! – od biznesmena w sutannie z Torunia. Ot i cała strategia posła Kłamczyńskiego!

Czy taki właśnie plan mu przyświeca? A jeżeli tak, to czy się urzeczywistni? Oczywiście czas pokaże. Jeżeli mam rację, co do powyższej diagnozy, to zrealizuje się ona pod jednym warunkiem: że ja zostanę prezydentem, i to najlepiej Stanów Zjednoczonych! Albo papieżem. Albo szefem Radia Maryja – i tak dalej, i tak dalej.

08.12.2017 r.

17:08, adelmelua
Link Dodaj komentarz »

Można by tutaj zapytać: po kim, lub po czym? Od wczoraj wieczór wiadomo, że po B. Szydło. Była tak dobrym premierem, że aż złożyła dymisję na ręce swojego guru politycznego (a nie pełniącego obowiązki prezydenta Andrzeja D.), co zostało ochoczo przez niego przyjęte. I to pomimo tego, iż wielokrotnie była radykalniejsza w swoich poglądach i działaniach od swojego plenipotenta! Okazało się, że to nie wystarczyło – została zamieciona, czy też zmieciona przez wiatr pisowskiej historii sianego przez wielkiego Jarosława, naturalnie wielkiego z tych mniejszych, czy też pomniejszych.

 Oczywiście nie miałoby to żadnego znaczenia, gdyby pani ta dysponowała jakąś samodzielną władzą, albo przynajmniej zdecydowanym poparciem swojego szefa. Nie miała ani jednego, ani drugiego, więc nadeszło w końcu to, co nieuniknione – kryska na Matyska!

Kto na jej miejsce? Oczywiście Mateo Morawiecki. I to wbrew wielu członkom Prawa i Sprawiedliwości oraz sympatykom tego ugrupowania.

Dlaczego nie zostanie nim poseł Kłamczyński? To oczywista oczywistość: ponieważ nie chce wchodzić w konflikt z capo di tutti capi z Torunia. A wszedłby w taki konflikt, próbując odwołać A. Macierewicza czy J. Szyszkę. Delfin Mateo natomiast będzie mógł to zrobić bez większych konsekwencji dla Prezesa i całego ugrupowania. Tym bardziej, że takie posunięcie jest niezbędne dla osiągnięcia porozumienia z panem Andrzejem D., który zapewne w zamian za nieblokowanie ustaw pisowskich, oczekuje spełnienia jednej podstawowej rzeczy: właśnie usunięcia świątobliwego Antoniego z funkcji największego szkodnika polskiej armii po przemianach zapoczątkowanych dwadzieścia osiem lat temu! A że przy okazji polecą zapewne również inne głowy, np. J. Szyszki, W. Waszczykowskiego, czy K. Radziwiłła, to też dobrze. W końcu, jakby powiedział rzeczony wyżej minister środowiska – gdzie drwa robią, tam wióry lecą.

 Teraz nowy premier będzie miał zadanie niezmiernie ułatwione w sprawowaniu swoich powinności: to bowiem, co złe i fatalne, nie tylko od strony prawnej, ale również wizerunkowej, zostało już zrobione rękami innych, pod czym swoją zdecydowaną parafę postawiła jego bezrefleksyjna poprzedniczka. Od tej chwili Delfin Mateo będzie mógł grać rolę dobrego policjanta. Do końca, czyli, niewykluczone, aż do zostania naturalnym następcą Prezesa.

Czy w całym tym rządowym zgiełku żal mi jest pani Beaty S., kobiety, która nie będąc brzuchomówczynią, mówiła nie otwierając ust? Pod żadnym pozorem! Gdybym żałował, przypominałoby to sytuację, w której mimo iż czułbym się fatalnie, niemiłosiernie by mnie mdliło, żałowałbym, że zwymiotowałem. A przecież wiadomo, że aby poczuć się lepiej, należy nierzadko „rzucić” pawia. Więc, to oczywiste – nie żałuję, ani trochę!

Get out of my life!

08.12.2017 r.

09:39, adelmelua
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 04 grudnia 2017

Jakiś czas temu przeczytałem Pisarza przemówień Macieja Karpińskiego. Powieść z pewnością nie należącą do wybitnych, niemniej do dobrych, rzetelnie napisanych „czytadeł” z całą pewnością.

Wydana w 2005 roku opisuje hipotetyczne wydarzenia z roku 2015, można więc śmiało powiedzieć, że jest to rzecz z gatunku politycznej fikcji, czy też politycznego jasnowidztwa. Do jakiegokolwiek jednak gatunku tej książki bym nie zaliczył jedno wydaje się pewne: mimo iż pierwowzorem postaci głównego bohatera był tutaj, jak mniemam, Andrzej Lepper, co ostatecznie się nie sprawdziło, to z całą pewnością postać tę śmiało można odnieść do posła K(ł)a(m)czyńskiego, co w sumie świadczy na korzyść autora niniejszej powieści, bo aż tak bardzo w kreacji naszej przyszłości się nie pomylił!

Druga z moich lektur, to Moc truchleje Janusza Głowackiego. Rzecz nawet nie tyle o strajku na wybrzeżu w roku osiemdziesiątym, ile bardziej o niezwykle prostym, szczerym robotniku stoczniowym, wkręconym w wir ówczesnych ważkich dla naszej historii wydarzeń. Rzecz napisana świetnym językiem, z dużą wrażliwością i nietuzinkowym zmysłem obserwacji rzeczywistości. Ci, którzy dotąd jej nie przeczytali, gorąco namawiam do lektury!

Kolejną pozycją, jaką postanowiłem przeczytać, była książka Marcina Wójcika W rodzinie ojca mego. To zbiór artykułów, reportaży na temat ludzi, którzy więcej niż sympatyzują z Radiem Maryja i jej szefem T. Rydzykiem. Nie będę się tutaj wdawał w opisywanie poszczególnych bohaterów niniejszej książki, za dużo czasu by to zajęło, powiem krótko: tak jak wyżej również i do tej lektury gorąco wszystkich namawiam! Szczególnie teraz warto po nią sięgnąć w okresie przedświątecznym. Jako pewnego rodzaju nie tylko kontrast do tego, z czym będziemy mieli lada moment do czynienia, ale również jako poznanie tła "bożonarodzeniowych" dni.

04.12.2017 r.

11:48, adelmelua
Link Dodaj komentarz »
piątek, 01 grudnia 2017

1.Obecni władcy Polski, co i rusz powtarzają czysty idiotyzm o jakiejś jakoby istniejącej u nas totalnej opozycji, że ona to, tamto, siamto i że w ogóle jest największym nieszczęściem Polski i Polaków. Słucham tego fałszywego ględzenia, oglądam tę, pożal się Boże, opozycję, i w zasadzie jej nie dostrzegam! Widzę natomiast co innego: totalną władzę, która z nikim i z niczym się nie  liczy i która prostym, wręcz defiladowym – chińskim, rosyjskim, czy też północnokoreańskim krokiem, zmierza wprost ku rządom autorytarnym!

Dlaczego tak się dzieje? Można by tutaj podać wiele przyczyn, tyle, że one wszystkie byłyby jedynie diagnozą opartą na tym, czego byliśmy świadkami w ostatnich latach i czego doświadczyliśmy na sobie, czyli, co odcisnęło jakieś piętno na naszym życiu. Prawda jest jednak diametralnie inna, albowiem przyczyna tego, z czym mierzymy się dzisiaj, jest umiejscowiona w głębszej przeszłości, a ściślej – w zaniechaniu ojców dzisiejszych panów i władców Polski.

Mój kolega w pracy mówi o takich ludziach, że ojcowie zrobili ich na próbę i zapomnieli od razu zabić. Całkiem prawdopodobne, że w tym właśnie jest pies pogrzebany, tego właśnie zaniechania ponosimy dzisiaj bolesne konsekwencje.

2.O polskim Kościele katolickim można powiedzieć zapewne wiele, jednego jednak z całą pewnością nie da się zrobić: że króluje w nim mądrość! Ale to nic dziwnego, skoro zamyka się usta takim księżom jak A. Boniecki czy W. Lemański, a zabrać głosu już nie mogą tacy ludzie, jak abp J. Życiński, czy ksiądz prof. J. Tischner.

Ma więc dzisiaj tym samym Kościół polski facjatę taką, jaką proponuje nam na co dzień biznesmen z Torunia T. Rydzyk: gnuśną, obleśną, chytrą, przebiegłą i zacofaną.

3.Na szczęście jest coś takiego jak śmierć. I nie chodzi tylko o sprawiedliwość, jaka w tym aspekcie naszej egzystencji czeka wszystkich ludzi, rzecz jest znacznie szersza w swoim zakresie: chodzi również o śmierć pewnych idei, w tym przede wszystkim tych zbrodniczych!

4. Gdy przyszedłem na świat obiecywano mi lekkość bytu. Z czasem okazało się, że wszystko to bzdura i wierutne kłamstwo! Istnienie bowiem nie ma nic wspólnego z lekkością, to przeogromny ciężar – z bólem na wstępie, cierpieniem pośrodku, a rozczarowaniem na końcu.

Ech, życie! Życie ty moje...

01.12.2017 r.

09:54, adelmelua
Link Komentarze (2) »
wtorek, 28 listopada 2017

Ponad tydzień temu mieliśmy się dowiedzieć, do jak bardzo zgniłego porozumienia doszło pomiędzy Prawem i Sprawiedliwością, a panem A. Dudą w sprawie KRS i SN. Bo to, że mamy do czynienia na wskroś ze zgniłym kompromisem, myślę, iż nikt myślący zdroworozsądkowo nie ma najmniejszych wątpliwości. Niestety, nie dowiedzieliśmy się – nie mogliśmy, ponieważ to, co się dzieje od dwóch lat w naszym państwie, nie polega na jawności i przestrzeganiu zasad demokracji, zasadza się raczej na nieczystej grze tych wszystkich, którzy dzięki nieszczęśliwemu zbiegowi okoliczności, znaleźli się u władzy.

Ale mimo że nie wiadomo, czym ów pak nieczystych sił ostatecznie się zakończył, to w zasadzie wiadomo, czego można się po nim spodziewać: za ustępstwa – najpewniej związane z MON-em i polityką zagraniczną – poczynione przez Prawo i Sprawiedliwość na rzecz A. Dudy, ten ostatni zaakceptował pisowskie zmiany. Co tym sposobem zyskał dla siebie? Bez wątpienia jedno: marginalizację swojego urzędu!

Bo czym grozi przyjęcie choćby jednej z ww. ustaw?

Jako że Sąd Najwyższy decyduje o ważności odbytych wyborów, tak parlamentarnych jak i samorządowych, a KRS z kolei wyznacza sędziów do Sądu Najwyższego, wystarczy PiS-owi położenie łapy na jednym z tych podmiotów sędziowskiej niezawisłości, żeby było tak jak chcą, czyli, czy dobrze czy źle, będą rządzić długie dziesięciolecia. Od tej bowiem pory PiS będzie mógł zrobić wszystko, co sobie zaplanuje. To nic, że pisowscy aparatczycy przeprowadzą to w sposób niekonstytucyjny i bezprawny, ważne, że będą mogli to zrobić i to w niby demokratyczny sposób, bo wolą większości parlamentarnej!

Dopóki żył Lech Kaczyński, Prezes PiS-u opowiadał się za silną prezydenturą. W ostatnich jednak latach wiele się zmieniło na naszej scenie politycznej – brat prezydent nie żyje, a on sam nie ma najmniejszych szans, żeby ten urząd piastować. Więc co pozostaje? Przede wszystkim w przypadku krnąbrnego prezydenta należy go osłabić i wzmocnić rolę premiera na wzór urzędu kanclerskiego w Niemczech. Gdy taki scenariusz się zrealizuje, wówczas już nikt nie będzie potrzebny w roli wykonawcy zaleceń pana Prezesa, wtedy on sam będzie mógł w końcu zasiąść za sterem rządów w państwie!

Czy taki scenariusz się sprawdzi? Wątpię. W końcu, jak wiadomo, nic, co żyje, nie trwa wiecznie. A jako że poseł Kłamczyński ma już swoje latka, więc siłą rzeczy i natury może mu zwyczajnie zabraknąć czasu. Dlatego raczej szybciej ja zostanę papieżem, niż on zrobi z tym krajem to, co ulęgło mu się w tej biednej główce. Poza tym nadal mam głębokie przekonanie, że na dłuższą metę z tym narodem nie przejdą takie numery! Oczywiście, rządzący dzisiaj Polską mogą trzymać w swoich rączkach władzę przez jakiś czas – zdecydowanie krótszy niż dłuższy – podobnie jak to robili komuniści przy poparciu potężnego brata ze Wschodu. Na szczęście moi rodacy to taki naród, że gdy wyczuwają zakłamanie, wykorzystywanie i nieuczciwość, bardzo szybko się narowią. A jeżeli do tego dojdą jeszcze próby zbyt dużego sterowania i wtrącania się w ich życie prywatne, wówczas każda władza może zabierać swoje zabawki i spieprzać, gdzie pierz rośnie! I jakoś dziwnie głęboko jestem przekonany, że z tą nie będzie inaczej.

Ale to nic zaskakującego: zawsze tak się dzieje, gdy ci, którzy zaczynają rządzić, gdziekolwiek zresztą w świecie, mają łby wykonane z tego samego materiału, z którego barany mają torby!

28.11.2017 r.

14:11, adelmelua
Link Komentarze (5) »
sobota, 25 listopada 2017

Mówili i mówią różnie – a to że była jedną z uczennic Jezusa i kobiet dbających o wikt i opierunek Mistrza i całej reszty męskiej gawiedzi wałęsającej się z nim po Palestynie prawie dwa tysiące lat temu: a to że była najbliższą współpracowniczką Nazareńczyka, która pozostawała z nim w bardzo bliskich, bo intymnych relacjach; ba – była nawet tym, czym tak naprawdę nigdy nie była, czyli kobietą lekkich obyczajów, z której jakoby Mistrz wypędził aż siedem złych duchów!, a co sobie wymyślił pod koniec VI wieku dla podkreślenia naturalnie boskości Jezusa, papież Grzegorz Wielki.

Dla mnie więcej niż pewne jest jedno: Maria Magdalena pochodziła z Magdali (stąd drugie imię; zwykle pochodziło ono od męża lub ojca, tutaj raczej wywodzi się ono z miejscowości, z której Maria pochodziła) i była kobietą nie tylko majętną, ale również, co istotne w tej historii, wolną, to znaczy pozostającą w stanie bezżennym, chociaż, bardziej prawdopodobne jest, iż jej samotność wynikała z wdowieństwa. Samotną była jednak tylko do pewnego momentu – do chwili poznania Jezusa i związania się z nim. Od tej bowiem chwili staje się jego żoną, czy też konkubiną! Najdobitniej o tym świadczy nie tylko zachowanie Jezusa, który przy uczniach całuje ją w usta (Ewangelia Filipa), ale przede wszystkim fakt, że stosunki społeczne, jakie w tamtym czasie panowały wśród ludności żydowskiej, niejako wymuszały związanie się z kobietą i spłodzenie potomka. A najlepiej wielu. Chodziło bowiem tutaj o to, że mężczyzna pochodzenia żydowskiego nie mógł, ot tak sobie, pozostawać w stanie wolnym, tym bardziej, gdy miał swoje lata, a Jezus, przypomnę, zbliżał się już do czterdziestki! Taki status był zwyczajnie niezgodny z judaistyczną tradycją i jako taki mógł podlegać, jak myślę, pewnemu napiętnowaniu! W końcu nie na darmo zapisane zostało w Pięcioksięgu, iż Żydzi mają się żenić i rozmnażać, czyli dawać życie następnym pokoleniom. Tak przecież chciał sam Jahwe, ów Ojciec Niebieski, na którego powoływał się w swoim nauczaniu sztukmistrz z Nazaretu! Czy więc mógł ostentacyjnie wystąpić przeciwko owemu Ojcu i ustanowionym przez Niego prawom wieki temu? On musiał być w związku z kobietą, był niejako do tego zobligowany! Tego samego zresztą dowodzą historie jego uczniów, którzy, koniec końców, byli mężczyznami żonatymi nierzadko z porządnym przychówkiem!

To, co może tutaj dziwić i zastanawiać – a mnie osobiście właśnie dziwi i zastanawia – to fakt, że po śmierci Jezusa Maria Magdalena znika z kart historii chrześcijaństwa. Zostaje niejako wygumkowana z wszelkich opowieści dotyczących tego, co się dzieje po śmierci Nazareńczyka. Jakby gdzieś wyemigrowała i uczniowie jego nie mieli z nią żadnego kontaktu.

Myślę, że przyczyna tego stanu jest prosta: Jezus nie umiera na krzyżu, a Maria Magdalena, doglądając go w grocie należącej do Józefa z Arymateii, z jednej strony stara się ukryć jego cielesność, z drugiej zaś – zdając sobie sprawę z tego, iż powinno się dokonać to, co przepowiadał Nazareńczyk,  postanawia ogłosić wszem i wobec właśnie jego zmartwychwstania! Temat, co oczywiste, podejmują następnie jego uczniowie i… fama niesie się dalej o cudownym wniebowstąpieniu! Podwaliny więc pod boskość Jezusa zostały położone! Co prawda trzeba aż trzech stuleci i rządów Konstantyna Wielkiego, aby dogmat o jego boskości został ogłoszony i przyjęty przez Kościół katolicki, niemniej w końcu zostaje przyjęty i ogłoszony. Od teraz wszystko się zgadza: on gra rolę Syna Bożego, my natomiast, pokorne i niemyślące owieczki, możemy wznosić swoje modły do swojego guru, który nam załatwił zbawienie i życie wieczne.

A Maria Magdalena, co z nią? Gdzie się podziewa i co robi? Cóż, kobietka znajdująca się blisko Mesjasza i Syna Bożego mogła mu jedynie służyć, poza wszystkim innym była przeszkodą. Zbyt bliskie relacje pomiędzy nimi mogłyby bowiem jedynie niepotrzebnie podważać boskość Nazareńczyka! Ona, w momencie gdy zrobiła swoje, mogła już zniknąć. Najlepiej na zawsze i definitywnie. Stąd właśnie jej zniknięcie z kart wszystkich pism dotyczących Jezusa, skorelowane niejako z jego śmiercią, było niezbędne. W końcu podwaliny pod mit o jego boskości zostały stworzone! Reszta potoczy się już bez niej.

Tyle że tak dla niej, jak i Jezusa, to najlepsze rozwiązanie. Dla niego dlatego, bo ratuje swoje życie; dla niej – ponieważ on jest najważniejszy. Uratowała go, więc wszystko ostatecznie dobrze się kończy: przetrwał swoją kaźń! Od teraz może żyć tylko dla niej. I dzieci, które potencjalnie mogą się w przyszłości oczywiście pojawić.

 25.11.2017 r.

12:39, adelmelua
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 21 listopada 2017

W języku stworzonym przez Prawo i Sprawiedliwość, czyli w tak zwanym języku odwróconym, chodzi o to, że słowa, których znaczenie znamy od wieków, w pisowskiej  terminologii oznaczają zupełnie coś innego, dokładnie coś przeciwstawnego, krótko mówiąc – oksymoron! I tak np. prawda to kłamstwo, fakt to zmyślenie, mądrość to głupota, a geniusz to mizerak. Takie przestawienie pojęć bierze się oczywiście z potrzeby zakłamywania rzeczywistości i chęci przedstawiania jej własnej wizji, która jest niezbędna z czysto propagandowych pobudek.

Dlatego gdy znajdzie się ktoś, kto o PiS-ie i o tym, co to ugrupowanie robi, mówi źle, podważa jego działalność, wówczas, co logiczne i zrozumiałe, znajduje się od razu na cenzurowanym. O PiS-ie bowiem można mówić jedynie dobrze, albo wcale. Każdy, kto tę zasadę łamie, kto odważy się działalność tej wodzowskiej partii krytykować, z miejsca zostaje zaliczony do tzw. totalnej opozycji (chociaż, prawdę mówiąc, w zetknięciu z totalną władzą nie ma innego wyjścia, jak właśnie znaleźć się po stronie totalnej opozycji), a także, co najgorsze w tym wszystkim, również zdrajcą narodowym z gatunku tych sprzed ponad dwóch wieków, czyli targowiczan. Jakby tylko oni mieli prawo być i czuć się patriotami, jakby patriotyzm mieli przydzielony, nawet nie z racji urodzenia, a przynależności do tej właśnie partii.

Ale mylą się ci wszyscy z obozu rządzącego – to nie krytycy przynależą do obozu targowicy, to dużo szybciej  ludzie związani z obozem władzy pozostają w swojej działalności tą formacją, która sprzyja wrogom Polski. Tak jak to miało miejsce w drugiej Polowie XVIII-ego wieku, tak i dzisiaj ci mieniący się patriotami ludzie grają w jednej drużynie – choćby i nieświadomie – z tymi krajami, które nie należą do naszych przyjaciół (czytaj: Rosja).

Dlatego jak najbardziej należy ich ganić i krytykować! Oczywiście nie za te działania, które są dobre i oczekiwane przez społeczeństwo – bo koniec końców takie decyzje również zostają przez nich podejmowane – lecz za to, że starają się wszystko robić w taki sposób, który z poszanowaniem demokracji i wolności osobistej tak naprawdę niewiele ma wspólnego. Albo nawet nic.

Grzmią, że własne brudy należy prać na własnym podwórku! Bo to są nasze, polskie sprawy, a nie Unii Europejskiej. Więc odpowiadam wam, pisowscy nienawistnicy, wyjątkowo pokracznie pojmujący patriotyzm – mylicie się! Tak, to bez wątpienia są oczywiście nasze sprawy, nasze problemy, ale jak najbardziej dotyczą również Europy, ponieważ, tak się składa, tworzymy wespół z dwudziestoma ośmioma innymi państwami jeden wspólny organizm i Parlament Europejski jest tak samo naszym parlamentem, jak ten tutaj, w Polsce! Poza tym należy być konsekwentnym: jeżeli chcemy i chcieliśmy jakiejś pomocy od UE, np. w kwestiach ekonomicznych, to znaczy, że w innych sprawach, jak np. przestrzeganie prawa, również powinniśmy respektować to, czego Unia od nas żąda i nas obliguje! Nie może nas obowiązywać moralność Kalego: nam można wszystko, innym w Unii i samej Unii już nie za bardzo.

21.11.2017 r.

19:45, adelmelua
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 134
O autorze
więcej: www.kiler.blox.pl kontakt: czaplinski@tlen.pl