Blog > Komentarze do wpisu

Szczyt megalomanii albo…

Kilka dni temu miała miejsce rozprawa sądowa pomiędzy posłem J. Kaczyńskim, a b. prezydentem L. Wałęsą. 6 grudnia ma zostać ogłoszony w tej sprawie wyrok. Ja dzisiaj chciałbym jedynie w tym kontekście podzielić się pewną refleksją, a także przytoczyć fragment mojej sztuki, która dotyczy właśnie jednego z bohaterów tej rozprawy.

To, że poseł Kaczyński zakłamuje rzeczywistość, że fałszuje najnowszą historię Polski przy pomocy swoich posłusznych mu, a bezmyślnych sztabowców, starając się uczynić ze swojego brata – na marginesie słabego prezydenta – demiurga naszej wolności i pierwszą osobę Solidarności lat 80-tych – to rzecz tyleż pewna, co i z gruntu fałszywa; to, że tylko on i jego ugrupowanie polityczne, przy trudnych do opisania stratach, „zyskało” niepomiernie na nieszczęsnej katastrofie smoleńskiej, również nie powinno wzbudzać najmniejszych wątpliwości. Jednak, przy okazji ww. rozprawy: J. Kaczyński – L. Wałęsa, okazało się, że mimo tych oczywistych zysków i strat, jest on również megalomanem, i to niezwykle potężnym!

W oczekiwaniu na rozprawę obu panów na korytarzu sądu, miała miejsce pewna sekwencja, kiedy to L. Wałęsa powiedział, iż popełnił koszmarny błąd w przeszłości, kiedy zrobił powoda ministrem i że tego żałuje i – tego jestem pewien! –  będzie żałował do końca dni swoich. J. Kaczyński, nie chcąc być dłużny, błyskawicznie ripostował, mówiąc: a ja niepotrzebnie zrobiłem pana prezydentem. I w tym momencie okazało się, że to nie naród tylko właśnie pan Kłamczyński wskazał i wybrał na to stanowisko Lecha Wałęsę!

Powiem tak: prezes Prawa i Sprawiedliwości w zasadzie nigdy chyba nie miał dobrego kontaktu z rzeczywistością, co w zasadzie, gdy weźmie się pod uwagę jego karierę, poczynając od  filmu a skończywszy na byciu posłem od prawie trzydziestu lat, nie powinno jakoś szczególnie dziwić. Taka ścieżka życiowa jak najbardziej  może wypaczać ogląd świata. W przypadku pana Kłamczyńskiego tak najprawdopodobniej się stało. Stąd zapewne takie kosmiczne wręcz niedorzeczności, co może świadczyć, niestety, nie tylko o megalomanii i utracie kontaktu z rzeczywistością, ale również może być oznaką niezbyt dobrej kondycji umysłowej.

Oczywiście, zawsze istnieje szansa wyjścia z tego typu amoku, tyle, że musiałby zostać tutaj spełniony jeden podstawowy warunek: pisowskie przydupasy pana Prezesa musiałyby w końcu przestać go izolować od prawdziwego życia. W innym przypadku będziemy mieli do czynienia z tym, co poniżej:

Generał: Cholera! Ale leje. (spluwa na podłogę) Tfu!

Donek: Kto leje?

Prezes: Kogo?

Generał: Nie wiem. Ale paskudnie leje. Jak byłem mały…

Prezes: Właśnie. Dlatego nie poszedłem.

Donek: Gdzie?

Prezes: Na pogrzeb. W taką pogodę aż strach!

Donek: Przeziębić się łatwo. Pogrzeb?

Prezes: Nie po-grzeb, tylko pogrzeb!

Donek: Przecież mówię.

Prezes: Nie jestem głuchy. Powiedziałeś po-grzeb, a ja mówię, że nie poszedłem na pogrzeb!

Donek: Ale jaki?

Generał: Właśnie. Mówisz tylko ciągle o pogrzebie – zwariować można! Idź sobie na niego i nie zawracaj… tej, no…

Donek: Głowy.

Generał: Nie – nie, ale też jakoś tak na gie. Muzyki. To znaczy gitary! Nie zawracaj gitary.

                                               Po chwili.

Donek: Więc, jaki to pogrzeb?

                                               Milczenie.

Prezes, pytałem, jaki to pogrzeb.

Prezes: Taki zwykły.

Donek: Czyj?

Prezes: Jakiegoś umarlaka. Nie pamiętam nazwiska…

Donek: Aha.

Generał: Wiecie dlaczego?

Donek: Co „dlaczego”?

Generał: No, są pogrzeby oczywiście.

Donek: No. Właśnie.

Prezes: Wiadomo. Bo są umarlaki.

Generał: (ścisza głos) Chodźcie bliżej.

                                               Pauza.

Bo są ludzie. A ludzie są różni: są tacy, którzy dobrze żyją, są też tacy którzy źle żyją, ale są też właśnie i tacy, którzy nie żyją w ogóle!

                                               Chwila ciszy

Donek: No tak. To by się zgadzało.

Prezes: No raczej. Też mi odkrycie!

                                   Po chwili milczenia.                

Generał: Dziwne, ale dawno nie widziałem Jolki. Nie wiecie…

Prezes: Kręciła się gdzieś tutaj.

Donek: No tak, była. Kiedyś. Pamiętam.

Generał: Kiedy?

Prezes: Może wczoraj. Może dzisiaj. Kto by to spamiętał.

Generał: Dziwne.

                                                           Po chwili.

Donek: A ja bym nie poszedł!

Prezes: Gdzie?

Donek: No, na pogrzeb naturalnie.

Prezes: A jakbyś musiał?

Donek: Nie ma takiej możliwości!

Prezes: A na swój?

Donek: Na swój to co innego… Ale nie, na swój tym bardziej bym nie poszedł. Szkoda nóg. Ja już się nachodziłem w swoim życiu. Jeżeli chcą, żebym na nim był, to muszą mnie zawieźć.

Generał: Właśnie. Olać pogrzeb! (spluwa na podłogę) Tfu!

Donek: Co ty tak ciągle plujesz, Generał?

Generał: I tak stąd odchodzę. Poza tym lubię sobie splunąć.

27.11.2018 r.

wtorek, 27 listopada 2018, adelmelua
Własność: Jarosław Czapliński

Polecane wpisy

  • Równość. Gdzie i kiedy?

    Do niniejszego wpisu skłonił mnie przyjaciel, który na moje zawarte tutaj kiedyś przemyślenia co do tego, że wszyscy ludzie są sobie równi, aż się żachnął i pow

  • Wspomnienie.

    Jako że dzisiaj rocznica stanu wojennego, pomyślałem sobie, że nie od parady będzie przytoczyć tutaj pewien epizod. Mój on czy nie mój, nieistotne, ważne, że zw

  • Występek jednych, odrzucenie bojaźni przez drugich.

    Każda zamknięta społeczność, mniejsze czy też większe grupy ludzi, odseparowane od tzw. większości, zamknięte w swoim hermetycznym świecie, mają to do siebie, ż

TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do wpisu:
więcej: www.kiler.blox.pl kontakt: czaplinski@tlen.pl