Blog > Komentarze do wpisu

Dlaczego małe – nie wielkie.

Zawsze miałem słabość do małych, naturalnie z perspektywy dużych aglomeracji, wręcz mikroskopijnych miejscowości. Wolałem tzw. pipidówki, ze swoim niewielkim ryneczkiem, kilkoma sklepikami, jakimś kioskiem Ruchu, niż rozpasane w swojej architektonicznej perspektywie molochy. Takie bowiem małe mieściny zawsze miały i mają nadal – przynajmniej dla mnie – pewien niezaprzeczalny walor: nieodparty urok polegający na pewnego rodzaju skromności i intymności, co niewątpliwie może stwarzać wrażenie nieuświadomionego sobie przez wielu z nas przyciągania do siebie. W takich miejscowościach mieszkańcy znają się wzajemnie, są bardziej ze sobą zżyci, co może i zapewne nierzadko stwarza nawet pewien rodzaj oczekiwanej zażyłości. Innymi słowy są niejako bliżej siebie.

Z kolei duże miasta zawsze posiadały coś, co mnie w nich przerażało i niejako w naturalny sposób odpychało. Przygniatały mnie ich gwarne, zbyt szerokie ulice i przytłaczające swoim ogromem budynki, przerażał natłok ludzi, wzmożony ruch i ustawiczny, niesłabnący gdzieś pośpiech. Więcej – moje przerażenie zawsze rosło, nadal zresztą tak jest, wraz z wielkością miasta, ściślej – im dana aglomeracja większa, tym proporcjonalnie do tego również moje przerażenie potężnieje.

Oczywiście, są ludzie, którzy w takich miejscach czują się świetnie, jak przysłowiowe ryby w wodzie. To zapewne osobnicy należący do żywiołu ognia i powietrza. Ja jednak jestem przedstawicielem wody, a ta, jak wiadomo, lubi przestrzeń, delikatny nurt lub leniwe trwanie w swoich brzegach. I zapewne stąd bierze się moja ogromna wstrzemięźliwość w odniesieniu do zmian miejsca zamieszkania, do wszelkich dalekich podróży – choćby i krótkotrwałych. No, chyba że muszę, wbrew sobie. Jak choćby do Warszawy, która mnie właśnie przytłacza, uświadamiając mi jednocześnie moją, czyli tak naprawdę ludzką, nas wszystkich, maleńkość i kruchość. Bo to my, co prawda, tworzymy te molochy, niejako powołujemy do życia jak co najmniej jacyś bogowie!, stawiamy coraz większe drapacze chmur – takie współczesne wieże Babel, sami jednak nadal pozostajemy w odniesieniu do nich przy swoich mikroskopijnych wręcz rozmiarach. Tacy mali!

Jeżeli jest inaczej z jakimś większym miastem, to z pewnością z Krakowem, do niego zawsze lubiłem i nadal lubię się zapuszczać. On jakoś nigdy mnie nie przerażał, bardziej, może wydać się to w jakiejś mierze dziwne, szczególnie w kontekście tego co napisałem wyżej, przyciągał. Swoją historią, klimatem starych murów, Wawelem, rynkiem…

Naturalnie, jeżeli ktoś szuka anonimowości, nie rzucania się w oczy, pragnie pozostać anonimowym, to właśnie w dużym mieście może się szybciej ukryć, bo tutaj jest zdecydowanie łatwiej to zrobić. Tyle tylko że, paradoksalnie, jednocześnie z tą anonimowością pojawia się niebezpieczeństwo samotności. Każdy bowiem w takim molochu żyje dla siebie. Obok. Niby wszyscy są razem w tym ludzkim mrowisku, jednak w odróżnieniu od nich (mrówek) nie współpracują ze sobą. Raczej są do siebie odwróceni plecami. Żyją obok siebie, indywidualnie, ale tylko dla siebie. Egoistycznie!

I to jest chyba jeszcze jeden powód, dlaczego lubię małe mieściny.

04.11.2018 r.

niedziela, 04 listopada 2018, adelmelua
Własność: Jarosław Czapliński

Polecane wpisy

  • Śmierć – samo życie!

    Dwóch kumpli ze szkoły średniej spotyka się przypadkowo w jakimś nie do końca konkretnym miejscu. Waldek: Staszek? Staszek: Waldek?! Waldek: Kurcze! Kopę lat mi

  • Pokraczna Solidarność.

    Polska, jak wiadomo, jest miejscem, gdzie w latach 80-tych zrodził się związek zawodowy, dzisiaj już właściwie mit, pod nazwą Solidarność – związek, któr

  • A może jest tak?

    Różnie się mówi o Kim Dzong Unie, podobnie zresztą jak i o Donaldzie Trumpie. O ile jednak ten ostatni ma jedynie ciągoty dyktatorskie, o tyle ten pierwszy jest

TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do wpisu:
więcej: www.kiler.blox.pl kontakt: czaplinski@tlen.pl